
Nowy rok 1551 nie zaczął się pomyślnie dla królewskiej pary, bo chociaż małżonkowie byli razem, to jednak żyli w zmartwieniu. August coraz bardziej niepokoił się powtarzającymi się zasłabnięciami Barbary, ale pocieszał się, że omdlenia są przejściowe i za jakiś czas przeminą. Królowa była jednak chora, gdyż coraz bardziej chudła i mizerniała.
Choroba trawiła ją z coraz większą mocą i coraz trudniej było jej ukryć złe samopoczucie. Odsunęła się więc od wszystkich dworzan i długie godziny spędzała samotnie lub tylko w towarzystwie Augusta. On zaś dwoił się i troił, aby umilić jej czas i złagodzić cierpienie. Obsypywał ją drogimi prezentami, z których Barbara najbardziej ceniła sobie perły. Sława biżuterii polskiej królowej dotarła nawet do mającej niedługo objąć władzę w Anglii, królewny Elżbiety Tudor.
W oczekiwaniu na Piotra z Poznania August wezwał do siebie najlepszych krakowskich medyków. Oni jednak nie chcieli niepokoić nadmiernie władcy i jego małżonki, chociaż wiedzieli, że choroba jest poważna. Wreszcie pod koniec stycznia 1551 roku oczekiwany przez parę królewską medyk pojawił się na Wawelu. Jagiellon słuchał właśnie listu, który czytał mu Trzebuchowski, gdy do komnaty wszedł dworzanin i oznajmił o przybyciu medyków.
-Niech wchodzą – rzekł August i szybko zasiadł na swoim miejscu. Po chwili trójka medyków pokłoniła się przed władcą. – Poznaję cię panie – zwrócił się do Piotra z Poznania. – Nie wiem jeszcze, gdzie, ale gdzieś już cię widziałem. – Dwóch krakowskich medyków ze zdziwieniem spojrzało na swego kolegę po fachu, a ten ze spokojem odrzekł.
-Ja też pamiętam ten moment, miłościwy panier. To było kilka lat temu na Litwie.
-Na Litwie? – zdziwił się August, który nie mógł sobie dokładnie przypomnieć tamtego wydarzenia. – Jeśli na Litwie, to zapewne w Wilnie?
-Kilka lat temu wezwali mnie do siebie panowie Radziwiłły i wtedy to poznałem cię panie. – Tu przerwał na chwilę, a potem dodał. – To było w Gieranonach.
-A tak – rzekł król i od razu przestał się uśmiechać, co dało medykowi do zrozumienia, aby więcej już nic nie mówić. – To gdzie ostatni przebywałeś panie? – zapytał ostrożnie August.
-Gdy ty panie przebywałeś na Litwie, ja usługiwałem twemu ojcu, świętej pamięci królowi Zygmuntowi. Po jego śmierci wyjechałem na Mazowsze z królową Boną, ale że twoja panie matka nie była ze mnie zadowolona, to wyjechałem do Królewca i tam kurowałem księcia Albrechta i jego rodzinę.
-Dobrze, że już jesteś, panie. Myślę, że trzech tak znamienitych medyków ustali na co choruje moja małżonka. Wynagrodzę was tak, jak na króla przystało. – I po tych słowach pierwszy szedł do komnaty swojej małżonki.
Barbara leżąc na swym łożu słuchała Biblii, którą czytała jej dwórka Zofia. August zbliżył się więc do swej żony i pogodnie oznajmił.
-Barbaro, przybył już Piotr z Poznania. Czeka za drzwiami wraz z innymi medykami.
-Ja już nie chcę medyków – odparła błagalnie.
-Ale to ten sam, który ratował cię w Gieranonach i ponoć nie ma od niego lepszego medyka w całej Polszcze – zachwalał August.
-Skoro tak, to dobrze – rzekła z nadzieją w głosie. Zaraz jednak zaznaczyła. – Tylko, że ja nie chcę znowu rozbierać się z odzienia, bo oni tak się wpatrują, jakby nie widzieli nagiej niewiasty.
-Jeszcze tylko dzisiaj i obiecuję ci, że już nie będę wzywał innych medyków. – Na te słowa Barbara tylko westchnęła i odparła.
-Dobrze. Zdejmę szaty, ale oni też mają być nadzy! – rzekła wyraźnie rozbawiona.
-Przednia to myśl, tylko, że kto by wtedy chciał być medykiem? – odparł rozbawiony Jagiellon. – Pójdę po nich – oznajmił i uśmiechnąwszy się do Barbary wyszedł z komnaty.
***
Przez kilkanaście minut August nerwowo czekał na nowiny od medyków, którzy dosyć długo przebywali w komnacie Barbary. Próbował czytać jedną z ksiąg, którą ostatnio zakupiono dla niego w Rzymie, ale daremnie. Rzucił więc księgę i nerwowo chodził po komnacie. Bał się coraz bardziej, że za chwilę usłyszy coś strasznego o ukochanej. Wreszcie drzwi się otworzyły i trzej medycy stanęli przed nim, spuszczając głowy w dół.
-I cóż orzekliście panowie? – zapytał Jagiellon. Wtedy dwaj medycy krakowscy spojrzeli na swego kolegę z Poznania, który zaczął powoli mówić.
-Wasza królewska mość, po naszym konsylium doszliśmy do zgody, co trapi królową.
-Zatem mówcie – i usiadł na swoim miejscu. Żaden z medyków jednak nic nie mówił. – Nie trzymajcie mnie w niepewności – rozkazał nieco poddenerwowany.
-Nie wiem, jak to powiedzieć panie – oznajmił Piotr z Poznania i zamilknął.
-Czekam – rzekł twardo August, a serce biło mu coraz mocniej.
-Może niech wypowie się dostojny Andrzej, bo z naszej trójki to on najdłużej praktykuje w medycynie – zwrócił się do jednego ze swoich kolegów po fachu, który stał po prawej stronie.
-Nie godzi mi się zabierać głosu przed tobą, panie Piotrze – wymigiwał się Andrzej. Wówczas August drżącym głosem raz jeszcze przemówił.
-Na miły Bóg! Mówcie, co to za choroba?
-U nas to nazywamy krótko – i na moment przerwał. – To rak.
-Chryste – wyrzekł August i zakrył twarz dłońmi. W komnacie zapanowała długa cisza. W końcu król z trudem przełknął ślinę i błagalnym głosem zapytał. – Czy to pewne?
-Jesteśmy co do tego zgodni, miłościwy panie – oznajmił Piotr z Poznania. Wtedy August powstał z miejsca i zwrócił się do krakowskich medyków.
-Teraz wiem, dlaczego nie chcieliście nic mówić i czekaliście na niego – i spojrzał na Piotra z Poznania. – Można to wyleczyć? – Zapytała Jagiellon, lecz nie usłyszał odpowiedzi. W końcu nie wytrzymał i zaczął krzyczeć. – Jest do licha jakieś medium, aby to wyleczyć?
-Będziemy leczyć tę dolegliwość, bo taki nasz obowiązek – oznajmił drugi z krakowskich medyków imieniem Jan.
-Mówcie szczerze, czy jest jakaś nadzieja?
-Nadzieja jest zawsze, miłościwy panie i nie wolno jej tracić – wtrącił teraz Andrzej.
-Czy udało wam się kiedyś kogoś z tego wyleczyć? – zapytał z nadzieją August, chociaż rozumiał coraz bardziej, że lekarstwa na to nie ma.
-Można miłościwy panie pohamować tę chorobę – zaczął Piotr z Poznania. – Ostatnimi laty medycyna rozwija się coraz bardziej i myślę, że kiedyś da się tę chorobę wyleczyć.
-A kiedy to może nastąpić?
-Nie tak szybko, panie. Myślę, że za jakieś sto, a może i nawet za dwieście lat.
-Może i trochę wcześniej, panie – wtrącił Jan. – Po tych słowach August zwątpił do reszty, bo wiedział, że dni Barbary są policzone.
-Zatem, gdzie ten rak trapi moją małżonkę?
-Jest w łonie królowej – zaczął niepewnie Piotr – bo widać już liczne tego objawy. Na samym dole brzucha jest stwardnienie, które pokrywa powiększający się przy nim naciek.
-A mówiliście, że to tylko apostema – zwrócił się do krakowskich medyków.
-Apostema czyli wrzód, to tylko zewnętrzny objaw tej choroby – bronił ich Piotr z Poznania. – Wszystko złe jest w środku brzucha, a raczej w środku łona siedzi.
-Zatem co myślicie robić, panowie medycy? – zapytał wyraźnie zdenerwowany król.
-Nie wiemy panie czy to przecinać, czy też czekać, aż się to do końca uformuje i samo zejdzie – wyjaśnił Piotr. Po tych słowach August zastanawiał się przez chwilę, aż w końcu oznajmił.
-Dosyć. Na dziś mi już wystarczy. Przyjdziecie jutro panowie i będziemy się naradzać, co robić dalej. I jeszcze jedno. Nie wolno wam o tym nikomu mówić, a zwłaszcza królowej. – Po tej zapowiedzi medycy pożegnali króla i skierowali się do wyjścia. Wówczas August zwrócił się do jednego z nich. – Zostań jeszcze, panie Piotrze. – Następnie Jagiellon poczekał aż z komnaty wyjdą krakowscy medycy i przemówił do medyka z Poznania. – Powiedz mi panie, tylko prawdę, tak jak na spowiedzi, czy ten rak jest dlatego, że wtedy w Gieranonach przecięto brzemię królowej?
-Zapewne to jedna z przyczyn, panie, ale nie jedyna.
-Małe to pocieszenie, ale zawsze – odparł Jagiellon i przyjął pokłon od odchodzącego medyka.
Po krótkim namyśle udał się do komnaty Barbary, aby nie wzbudzać u niej żadnych podejrzeń. Gdy tylko zamknął za sobą drzwi uśmiechnął się do ukochanej i udając wesołość zaczął mówić.
-Barbaro wszystko będzie dobrze. To tylko chwilowa dolegliwość, ale to przejdzie – i mocno przytulił ją do siebie.
-Tylko, że boli mnie coraz bardziej, Auguście.
-Wiem Barbaro, ale to przejdzie i gdy tylko ten wrzód pęknie poczujesz się lepiej. Medycy nie wiedzą, czy go przecinać, czy też czekać aż sam pęknie. Mają się naradzić i jutro dadzą mi odpowiedź. – W tym czasie łzy coraz bardziej cisnęły mu się do oczu, ucałował więc Barbarę i znowu uśmiechnął się na siłę. – Muszę teraz iść, bo poseł turecki czeka na posłuchanie od kilku dni i nie można już dłużej odkładać audiencji.
-Auguście, ty masz łzy w oczach? – zauważały Barbara, która już dawno nie widziała Augusta w takim stanie.
-Bo tak bardzo się bałem Barbaro, ale wszystko będzie dobrze. – Tu na chwilę aż zacisnął zęby, żeby się nie rozpłakać. Następnie szybko opuścił jej komnatę i gdy tylko znalazł się za drzwiami, łzy spłynęły mu po policzkach. Widząc to Trzebuchowski, który czekał na zewnątrz, nieśmiało zapytał.
-Co się stało, panie?
-Nic. Niech nikt mi nie przeszkadza. – Chwilę później Jagiellon znalazł się w swym gabinecie i usiadł przy małym stoliku. Następnie wpatrywał się w niewielki portrecik Barbary, a wtedy łzy coraz bardziej spływały mu z oczu. Po chwili zaś cały drżał, a jego serce ściskało się z bólu.
***
Trwał tak dobrą godzinę, gdy nagle cicho otworzyły się drzwi. August myślał, że to któryś z dworzan złamał jego zarządzenie i wrzasnął na całego.
-Przecież powiedziałem, żeby nie wchodzić! – i nagle uśmiech pojawił się na jego twarzy. – Lasota! Na miły Bóg, co cię tu przyniosło?
-Stęskniłem się panie za Wawelem, bo przecie miesiąc już minął.
-Dobrze, że jesteś. Tak ci się sprzykrzyło za mną? – zażartował August.
-Sprzykrzyło mi się, ale nie tylko o to chodzi. Zawsze wierzyłem w sny, a ostatnio straszne rzeczy mi się śniły. A po drodze dowiedziałem się, że królowa Barbara choruje.
-Lasota, ona choruje na raka – i objąwszy go za ramiona rozpłakał się na dobre.
-To pewna rzecz? – zapytał Lasota. August westchnął tylko i odparł łamiącym się głosem.
-Tak orzekli medycy.
-A może królowa na coś innego?
-Lasota, ty przecież nie jesteś medykiem, tylko moim ex-sekretarzem – zauważył Jagiellon.
-Medykiem nie jestem, ale już nie raz widziałem i słyszałem, że medykom przyszło się mylić i przez to wiele ludzi posłali do nieba.
-Bóg mi cię zesłał. Powiedz zatem, co robić?
-Nie wolno poddawać się panie. Jaka by to nie była choroba, to trzeba ją leczyć. Od tego są medycy, chociaż niektórzy potrafią tylko brać pieniądze. Myślę panie, że można popróbować ziół. Mnie już nie raz pomogły, to może i tu pomogą.
-Dobrze Lasota. Medycy niech leczą Barbarę, a ja każę wezwać jakieś wiedźmy, tylko żeby były dobre.
-Myślę, że tu pod Krakowem dobrych wiedźm nie brakuje.
-Od dziecka słyszałem, że najlepsze wiedźmy są na Litwie. Tam medyków jest mało, a ludzi przecież ktoś leczy. Trzeba je tylko ściągnąć na Wawel.
-Tylko które sprowadzić, bo tam na Litwie to co druga to wiedźma – zażartował Lasota.
-Jeszcze dziś wyślę listy do obu Radziwiłłów. Przede wszystkim do podczaszego, bo Rudy to przecież brat Barbary i on się postara. Marszałek Czarny, jak go znam, to wziąłby pierwsze lepsze – oznajmił August i zamyślił się na chwilę. Nagle klepnął Lasotę w ramię i z zapałem rzekł. – Trzeba będzie kogoś wysłać na Litwę, kto je tu bez rozgłosu przywiezie.
-To może Trzebuchowski.
-Trzebuchowski? – zdziwił się król. – Przecież nie wyślę mojego prywatnego sekretarza na Litwę, żeby wiedźmy przywiózł.
-To kto pojedzie?
-Ty pojedziesz, Lasota.
-Żartujesz panie? – rzekł ex sekretarz Jagiellona, chociaż wiedział, że to nie jest żart.
-Tobie ufam, Lasota. A skoroś przyjechałeś na Wawel, żeby mi pomóc, to mi pomożesz i pojedziesz na Litwę.
-Panie, ale to kilkanaście dni drogi i to w towarzystwie wiedźm.
-Jeszcze mi będziesz dziękował, Lasota i wierz mi, że będziesz miał co wspominać do końca życia – zażartował Jagiellon.
-Pojadę panie, bo widzę, że taka jest potrzeba, tylko daj mi dwóch jeźdźców.
-Dam ci nawet czterech – i ucieszony postawą Lasoty zaproponował. – Zatem chodźmy do królowej. Zapewne się ucieszy. – Po chwili obaj wyszli z gabinetu, ale pod drzwiami czekał już Trzebuchowski, który oznajmił.
-Panie, marszałek Kmita czeka na posłuchanie.
-Skoro przybył na Wawel w takie zimno, to zaproś go na obiad. Czas wreszcie coś zjeść.
-Człowiek od razu jest głodny, gdy pomyśli o dobrze zastawionym królewskim stole – zażartował Lasota i uśmiechnął się do Augusta, który na chwilę zapomniał o chorobie Barbary.
***
Wkrótce potem Jagiellon wraz ze swoim dawnym dworzaninem zasiedli przy stole. Barbara pomimo choroby wciąż wyglądała pięknie i w czasie posiłku próbowała żartować, co sprawiło, że w Augusta na nowo wstąpiła nadzieja. Po długo trwającym obiedzie marszałek Kmita zwrócił się do króla.
-Wiedzę, że wasza królewska mość dalej boczy się na mnie i nie chce ze mną mówić.
-Dziwi cię to panie marszałku? Po tym co spotkało nas w Wiśniczu?
-Miłościwy panie, kazałem dokładnie przeszukać to pogorzelisko i znalazłem ciekawe rzeczy przy spalonym ciele podpalacza.
-Jestem ciekaw, co to takiego? – rzekł z ironią Jagiellon.
-Znalazłem sześć włoskich monet, które moim zdaniem ten szaleniec dostał od królowej Bony – oznajmił stanowczo Kmita.
-Uważaj panie marszałku co mówisz, bo oskarżasz moją panią matkę!
-Oskarżam, bo wiele widziałem i wiem do czego zdolna jest królowa Bona. – August stał i słuchał marszałka, aż nagle spojrzał na Lasotę i Trzebuchowskiego, którzy przysłuchiwali się tej rozmowie i rozkazał.
-Wyjdźcie obaj! – Wówczas tamci opuścili pospiesznie pomieszczenie, a wtedy król zwrócił się do Kmity. – O czym ty mówisz panie marszałku?
-Ćwierć wieku temu byłem w komisji, która badała przyczynę zgonu ostatniego księcia mazowieckiego Janusza. Znaleźliśmy wtedy truciznę i wiele wskazywało na to, że stała za tym królowa Bona. Pan nasz miłościwy, świętej pamięci król Zygmunt, wiele się natrudził, żeby całą sprawę cicho zakończyć.
-Mówisz marszałku, że to pani matka?
-Sam cię ostrzegałem panie i mówiłem w Piotrkowie, że byli tacy, którzy za zgodą królowej Bony chcieli osadzić twoją panie małżonkę w klasztorze.
-To słyszałem od wielu osób, zatem musi to być prawda – przyznał August.
-Miłościwy panie, nie chciałbym narzucać pewnych podejrzeń, ale przecież twoja panie służba, jak chociażby kucharze, to dawne sługi królowej Bony. Nie wiadomo czy nie robią czegoś za podszeptem twojej panie matki?
-Nie pomyślałem o tym. Możesz mieć rację panie marszałku. Trzeba ich wszystkich sprawdzić – i po tych słowach wyszedł na korytarz. – Dziękuję ci marszałku za tę radę. Nie będzie ci to zapomniane. – Następnie zwrócił się do Lasoty, który czekał na jego dyspozycje. – Idziemy do królowej i omówimy wszystko co trzeba. A Trzebuchowski napisze zaraz listy do Radziwiłłów. – Tu Jagiellon rozejrzał się po ośnieżonym dziedzińcu wawelskim i szybkim krokiem szedł do komnaty Barbary.
