Ostatnio sięgnąłem po powieść, która długo nie dawała mi spokoju — Żona rzeźnika Li Ang. Nie wiem, czy można ją nazwać lekturą, którą się po prostu czyta. To raczej przeżycie, jakby zderzenie z czymś tak surowym, że aż bolesnym. I jeśli ktoś jest szczególnie wrażliwy, zwłaszcza na cierpienie zwierząt czy ludzi, nie radzę podchodzić do niej bez pewnej dozy ostrożności. Bo ta powieść to nie przyjemna rozrywka, lecz piekło zapisane słowem — brutalne, okrutne i wstrząsające.

Mało tego, ta historia jest oparta na prawdziwych wydarzeniach. Tajwańska kobieta, uwięziona w koszmarze małżeństwa z sadystycznym psychopatą, który nie tylko bezwzględnie znęca się nad nią, ale i nad zwierzętami w rzeźni, gdzie pracuje — wprowadza nas w dwie przestrzenie przemocy: dom i rzeźnię. Obie są scenerią bezmiaru okrucieństwa i upodlenia. Gdy kobieta zabija męża — choć to akt ostateczny, wyrwany z rozpaczy — zostaje rozstrzelana. To obraz, który wstrząsa i nie pozwala przejść obojętnie.

Czytając tę powieść, uderzyła mnie jedna rzecz: to nie jest tylko feministyczny manifest przeciwko patriarchalnym represjom. Li Ang mówi o tym wyraźnie — początkowo chciała pisać o losie kobiet uwięzionych w tradycyjnych, chińskich wartościach, ale szybko dostrzegła, że chodzi o coś znacznie szerszego. O naturę ludzką, o głód, śmierć i seks, które splatają się w jedno, tworząc obraz naszego istnienia. To uniwersalny, choć drastyczny, portret człowieka.

Zastanawiam się, ile z tego piekła kryje się też gdzieś w nas — w naszych emocjach, w codziennych relacjach, które ranią i niszczą. Bo przemoc wcale nie jest tylko dalekim, egzotycznym problemem zamkniętym w tradycji i kulturze odległych krajów. Wystarczy choćby obejrzeć polski film „Dom dobry”, w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego, by przekonać się, że przemoc jest bliżej niż nam się wydaje. Jest tu, w naszych miastach, domach, czasem rodzinach. Przemoc psychiczna, emocjonalna, ekonomiczna, bywa równie cicha i równie zabójcza. Czy nie ignorujemy jej, bo jest mniej spektakularna niż fizyczna?

Żona rzeźnika każe spojrzeć prawdzie w oczy i zapytać: co z nami? Co z cywilizacją, która potrafi tworzyć takie potworności i równocześnie się ich bać? Jak to możliwe, że obok postępu technologicznego i intelektualnego, nadal tli się w nas pierwotna, bezwzględna przemoc?

W świecie, który zdaje się gnać naprzód — w chaosie informacji, presji społecznej i nieustannego wyścigu, w kryzysie wartości i empatii — historia Li Ang jest jak zimny prysznic. Przypomina, że nie wolno nam zapominać o człowieczeństwie, że każda historia cierpienia jest wołaniem o uwagę, o zrozumienie, a przede wszystkim o zmianę. I że to nie tylko sprawa odległych kultur, ale również nasza własna, uniwersalna odpowiedzialność.

Nie każdy wytrzyma tę lekturę, ale jeśli zdecydujecie się ją podjąć, przygotujcie się na prawdę, która rani i prowokuje do myślenia. I może — tylko może — pomoże lepiej dostrzec to, co kryje się pod powierzchnią pozornie normalnego świata. Bo literatura, nawet tak „koszmarna” jak ta, potrafi być zwierciadłem naszej rzeczywistości. A czasem najbardziej potrzebujemy właśnie takich odbić, żeby nie zapomnieć, kim jesteśmy.

Li Ang – „Żona rzeźnika” , przekł. Maria Jarosz, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2022, str. 161.