
Gdy miałem dwadzieścia lat, nie wysłano mnie na reedukację do Junanu. I nie musiałem dźwigać świńskich odchodów o świcie, ani znosić chłopskiego pogardliwego spojrzenia, które wbijało się głębiej niż najcięższa motyka. Ale czy na pewno? Czy i mnie nie przeszkolono — choćby subtelnie, metodycznie — w duchu innej, nowoczesnej reedukacji: tej cyfrowej, gładkiej, której narzędziem są powiadomienia z przeróżnych aplikacji?
Czytam Złote czasy Wanga Xiaobo i często się śmieję. Ale ten śmiech nie przynosi mi żadnej ulgi. Jest raczej rodzajem spazmu. To śmiech, który dławi. Ironia tej prozy jest jak nóż ze szlachetnej stali — błyszczący, precyzyjny, raniący bez wysiłku. Wang nie tylko kpi ze „złotych czasów” – on wbija szpile prosto w mitologię cierpienia, która obrasta każdą rewolucję. Bo jak długo jeszcze będziemy gloryfikować ofiary, które nigdy nie poprosiły, by uczynić z nich pomniki?
Bohater tej książki – ironista, buntownik i erotoman – jest nie tylko głosem pokolenia chińskich inteligentów skazanych na reedukację. Jest lustrem, które podtyka nam pod nos nasze własne współczesne śmieszności. Bo czym, jeśli nie reedukacją w duchu nowoczesności, jest dzisiejsze korporacyjne zniewolenie? Albo ten nacisk na emocjonalną przezroczystość: „bądź sobą”, „pokochaj siebie”, „zbuduj markę osobistą” – to tylko nowe formy dawnego przymusu. W Złotych czasach przymus był cielesny. Dziś jest psychiczny. Ale skutek ten sam: podporządkowanie.
I właśnie dlatego ta książka działa na mnie jak piorun. Jej szczerość – bezwstydna, soczysta, często wulgarna – otwiera przestrzeń do prawdy, którą współczesny świat skrzętnie omija. Seks w prozie Wanga nie jest dodatkiem do fabuły. On jest samą treścią egzystencji, wyzwoleniem, buntem przeciwko ideologicznemu zlodowaceniu. Czytam te sceny i myślę, jak straszliwie zakłamani jesteśmy w naszym zachodnim dyskursie o seksualności – gdzie erotyzm ma być jednocześnie emancypacyjny i poprawny, zmysłowy i sanitarny. A u Wanga? Tam ciało mówi głośno, bez filtra. Seks nie jest estetyzowany. Jest żywy. A więc prawdziwy.
Zastanawiam się, skąd ta różnica? Może Chińczycy nigdy nie porzucili w pełni swojej dawnej ikonografii, nie odcięli się od tradycji cielesnej zmysłowości? Może „Kwiaty śliwy w srebrnym wazonie” są bliżej współczesnego Chińczyka niż nasze Opowieści kanterberyjskie są dla nas? U nas wszystko zostało zoperowane, przykryte chirurgicznym prześcieradłem terapeutycznego języka. Ich – przynajmniej w tej prozie – jeszcze nie.
A co z nami, dziećmi epoki coachingu, mindfulnessu i biodra lewego przesuniętego o dwa centymetry w jodze? Jesteśmy reedukowani w kierunku „dobrego życia” – a tak naprawdę, wyzuci z ironii, seksualności i autentycznej zmysłowości, dryfujemy w plastikowym oceanie samodoskonalenia. Wanga się nie da zreedukować. On parska śmiechem. A ten śmiech wybucha na każdej stronie: kiedy bohater mówi o zakładaniu spółdzielni produkcyjnej, o romansie z lekarką, o absurdach wiejskiego życia w maoistycznych dekoracjach. To śmiech człowieka, który już niczego nie musi udowadniać.
Dlatego Złote czasy to nie tylko książka o Chinach. To książka o naszej własnej, współczesnej pułapce. O świecie, który stracił kontakt z rzeczywistością, bo zbyt długo udaje, że nie istnieją brudy, pot, pożądanie, śmierć, samotność. A przecież właśnie z tych składników ulepione jest życie.
I jeszcze jedno: Wang Xiaobo to mistrz prawdy. Werystycznej, ostrej, rentgenowskiej. U niego nie ma znieczulenia. Czytasz jego prozę i masz wrażenie, że ktoś zdarł z ciebie wszystkie warstwy iluzji. A jednak nie jesteś nagi – jesteś oczyszczony. Tak, jego styl jest soczysty, barwny, pełen groteski. Ale ten barok formy nie tłumi istoty. Bo u Wanga ironia, erotyzm i prawda to nie oddzielne składniki – to jedno i to samo narzędzie: skalpel, którym przecina się współczesną hipokryzję.
Czy dziś, w świecie opanowanym przez technologię, przez coaching duszy i ciała, jest jeszcze miejsce na taki bunt? Myślę, że nie tylko jest, ale że bez niego umrzemy z przejedzenia banałem. Dlatego Złote czasy to książka, którą należy czytać tak, jak Wang pisał: bez litości, bez cenzury, bez iluzji. I może właśnie wtedy – w tym gwałtownym, śmiesznym, bezwstydnym akcie lektury – uda nam się odzyskać coś z tej złotej, choć gorzkiej, prawdy o nas samych.
Wang Xiaobo – „Złote czasy”, przekł. Katarzyna Sarek, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021, str. 275.
