
Nie wiem, kiedy dokładnie poczułem, że nie czytam książki, lecz wchodzę do niej jak do wielkiej, rozkołysanej świątyni – bez dachu, bez ścian, bez jednej dominującej doktryny. Może wtedy, gdy Jezus na kartach „Sutry Serca” wisiał na krzyżu, nie mogąc umrzeć, bo zbyt wiele głosów podpowiadało mu, jak powinien? A może wtedy, gdy ludzie przychodzili na Golgotę z koszami piknikowymi, jakby właśnie skończyła się promocja w hipermarkecie, a Mesjasz był kolejną atrakcją weekendu?
W każdym razie – „Sutra Serca” Yana Lianke to książka, po której człowiek wychodzi nie tyle odmieniony, co rozszczepiony. W niej nawet dusza zaczyna mówić kilkoma językami.
I to właśnie ta polifonia – ten wielogłos, z którego składa się powieść – uderza najmocniej. Jakby autor zorganizował na jednej scenie kongres wszystkich możliwych bóstw, filozofii, świętych tekstów i świeckich traum, a potem kazał im tańczyć wspólny taniec, który na początku wygląda na chaos, ale przy dłuższym patrzeniu okazuje się skomplikowaną choreografią istnienia.
Czytałem tę książkę długo. I niespiesznie. Nie dlatego, że jest nieprzystępna – chociaż jest – ale dlatego, że po każdej stronie coś mnie zatrzymywało. Czasem było to zdanie, które brzmiało jak mantra, a czasem absurdalny obraz, rodem z kabaretu Monty Pythona. Śmiałem się. Zamyślałem się. Wściekałem. I co chwila odkładałem książkę, patrząc w okno i pytając siebie, czy świat naprawdę zmierza ku świętości, czy raczej tonie w grotesce.
W „Sutrze Serca” Lianke daje nam coś więcej niż fabułę – daje panoramę duchowego bankructwa i jednoczesną tęsknotę za metafizyką. Przecież to jest nasza epoka: z jednej strony wzmożenie duchowe, jogowe maty, buddyjskie mantry z YouTube’a, a z drugiej – puste kościoły i memy z papieżem. To właśnie ów łabędzi śpiew cywilizacji duchowej, o którym pisze Joanna Krenz w znakomitym posłowiu. Śpiew, który nie tyle wzrusza, co niepokoi, bo przecież my – współcześni czytelnicy – jesteśmy jego częścią.
Wielkie religie – buddyzm, chrześcijaństwo, islam, judaizm – w tej powieści nie tyle współistnieją, co wchodzą ze sobą w groteskowy, tragiczny taniec. To nie jest ekumeniczna idylla, tylko raczej rodzaj duchowego sitcomu, który powstał w umyśle zdesperowanego demiurga. Bóg się zawahał. Człowiek nie wie, w co wierzyć. A świat, jak zwykle, poszedł na zakupy.
I może właśnie dlatego ta książka tak mocno rezonuje z dzisiejszym doświadczeniem – naszą społeczną schizofrenią. Z jednej strony wzrost zainteresowania duchowością (byle jaką, byle szybką), a z drugiej – kompletna dezorientacja emocjonalna, depresyjność młodych, samotność w cyfrowym tłumie. Czytając „Sutrę Serca”, nie sposób nie widzieć tych wszystkich ludzi przyklejonych do ekranów, którzy szukają Boga na TikToku i sensu życia w formacie „shorts”.
Powieść Yana Lianke jest też głęboko emocjonalna – ale nie sentymentalna. Dotyka tematu cierpienia, które nie jest spektakularne, lecz codzienne. Nie dramatyczne, lecz wyciszone. Podobne do tego, które widzę u ludzi stojących rano na przystanku – zgarbionych, nieobecnych, zgaszonych. W „Sutrze Serca” cierpi nie tylko człowiek – cierpi też Bóg, któremu zabrano możliwość działania. Cierpi sens, który nie potrafi się już wyartykułować wśród nadmiaru hałasu.
Ta książka mówi: jesteśmy zagubieni. Ale mówi to bez patosu. Z humorem. Czasem wręcz szyderczym. Jakby autor chciał nas uderzyć w głowę, ale jednocześnie pogłaskać. Jak nauczyciel, który wie, że i tak nie zrozumiemy, ale próbuje mimo wszystko.
Jako czytelnik, miałem też wrażenie, że obcuję z czymś bardzo osobistym – nie tylko dla autora, ale i dla tłumaczki. Joanna Krenz – z precyzją filologa i czułością mistyczki – w swoim „przyczynku do egzegezy” otwiera przestrzenie, które inaczej mogłyby pozostać nieczytelne. I robi to bez protekcjonalności, bez hermetyzmu. Dzięki niej wiem, że wolno mi mieć skojarzenia z Dantem, Joycem, Singerem czy Olgą Tokarczuk – nawet jeśli sam autor takich porównań unika, a wręcz je potępia. No cóż – książki mają to do siebie, że po napisaniu należą już nie tylko do pisarzy.
Długo myślałem, jak zakończyć ten felieton. „Sutra Serca” jest przecież książką bez końca – nie dlatego, że ma otwarte zakończenie, ale dlatego, że zostawia człowieka z pytaniami, które nie mają jednej odpowiedzi. Dlatego powiem tylko tyle: jeśli czujesz, że coś w tobie pękło, jeśli szukasz sensu w epoce śmiechu przez łzy, jeśli Bóg ci się zgubił – przeczytaj tę książkę. Nie zrozumiesz jej do końca. Ale może usłyszysz jakiś głos. Może twój własny.
I choć świat – jak pisał Eliot – nie skończy się hukiem, ale skomleniem, to gdzieś w tym skomleniu słychać jeszcze coś na kształt modlitwy. Albo jej ostatnie echo.
Yan Lianke – „Sutra serca”, przekład Joanna Krenz, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2023, str. 516
