Czasem człowiek czyta książkę i nie wie, czy bardziej ją pamięta, czy śni. „Dzień, w którym umarło słońce” Yana Lianke nie zostaje w głowie jak fabuła – zostaje jak choroba. Jak sen, z którego budzisz się z przyspieszonym pulsem, ale który długo jeszcze ciągnie się za tobą jak cień.


Zaczęło się niepozornie. Otworzyłem książkę z ciekawości – choć z Liankem spotykałem się już wcześniej, to tym razem było to coś innego. Coś złamanego w języku, coś gasnącego w obrazie. Tak jakby sam autor pisał z wnętrza snu – z miejsca, w którym rzeczywistość jest już tak zniekształcona, że trudno odróżnić żywego od martwego, jawę od majaku. I może właśnie dlatego nie mogłem się oderwać.

Narratorem powieści jest czternastoletni chłopak – z pozoru dziecko, a przecież jedyny, który nie poddał się chorobie lunatyzmu. W świecie, gdzie wszyscy śpią, nawet stojąc, on jeden zdaje się rozumieć, że coś jest nie tak. I patrzy. Patrzy i notuje. To on mówi: „Dziwne, że ludzie wierzą w sny, nie w jawę”. Jakby to miało cokolwiek zmienić.

Ale nic się nie zmienia. Słońce znika. Nie na chwilę – na zawsze. Wioska pogrąża się w ciemności, tak zwyczajnej, że nikt nie zauważa, kiedy przestaje istnieć czas. I świat. I człowiek.

Myślałem, że to tylko metafora – do momentu, kiedy zorientowałem się, że opowiada też o mnie. O nas. O świecie, w którym żyjemy jak lunatycy, przewijając ekrany, gubiąc poczucie sensu, zamykając się w kapsułach komfortu i samotności. Każdy z nas gdzieś to czuł – że coś się przesunęło, że świat przygasł, że brakuje mu słońca. Ale nikt nie mówi o tym głośno. Bo trzeba działać. Funkcjonować. Pracować. Produkować. Być pozytywnym.

A przecież jesteśmy zmęczeni.

Kiedy czytam Lianke, myślę o tych wszystkich ludziach, których spotykam codziennie: uśmiechniętych, zalogowanych, wiecznie dostępnych. Ale wystarczy zajrzeć w ich oczy – nie patrzą, jakby widzieli. Nie słuchają, jakby słyszeli. Jak ci lunatycy z powieści – funkcjonują, ale jakby we śnie. Jakby ktoś zgasił światło, a oni nie chcą, nie potrafią go zapalić z powrotem.

Tymczasem narrator patrzy. Opowiada. A wokół niego rozpada się rzeczywistość: rodziny, pamięć, język, wspólnota. To nie tylko opowieść o katastrofie – to lament nad społeczeństwem, które utraciło serce. Joanna Krenz, tłumaczka książki, napisała, że to świat, „w którym pozostał tylko tępy, nieuchwytny ból”. I trudno mi o lepsze określenie tego, co dziś czuję, patrząc na naszą cywilizację.

Technologia miała nas zbliżyć – odsunęła. Psychologia miała nam pomóc – zamknęła w diagnozach. Postęp miał dać światło – a tymczasem coś umarło. Nie słońce, może nie dosłownie – ale coś, co dawało sens.

Pamiętam moment, kiedy skończyłem książkę. Zamknąłem ją bardzo powoli, jakby w obawie, że za chwilę rozpadnie się na popiół. I zapadła we mnie cisza – nie taka zwykła, ale ta, o której pisze Lianke: „bez odrobiny szlochu”. Jakby świat się zatrzymał, zamilkł, i udawał, że wszystko jest w porządku.

A przecież nie jest. I może właśnie dlatego potrzebujemy takich książek – żeby w tym śnie ktoś nas potrząsnął. Nie brutalnie. Nie krzykiem. Ale jak narrator Lianke – spojrzeniem. Zdaniem. Historią. Cieniem.

Bo póki możemy jeszcze o tym czytać – może nie wszystko stracone.

Yan Lianke – „Dzień, w którym umarło słońce”, przekł. Joanna Krenz, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2022, str. 390.