Po losowaniu grup eliminacyjnych zakładaliśmy, że znajdziemy się w tym miejscu. Holandia? Punkty trzeba zbierać z innymi. Finlandia? Solidna, ale co najmniej cztery oczka to obowiązek. Malta i Litwa? Dajcie spokój.

Tymczasem najlepsze mecze w tych eliminacjach Polska rozegrała właśnie z faworytem. Dwa remisy, w których nie ma żadnego przypadku, nie przywróciły może mody na reprezentację niczym za Nawałki, ale wiarę w drużynę – po koszmarnych trzech niemal latach z Santosem i Probierzem – obudziły. Na razie małą, ale nawet w taką wątpić nie należy. Polscy piłkarze udowodnili, że MOGĄ. Po prostu.

Ten ostatni remis z Holandią sprawił nawet, że prawie natychmiast wybaczyłem przebrzydły mecz z Maltą, wieńczący eliminacje. Ale zapomnieć łatwo nie jest. Co ten mecz pokazał? Że polska obrona jest w stanie powtórzyć koszmar z Kiszyniowa. Jan Urban widział, co wyprawiał w tym meczu Jakub Kiwior. To naprawdę dobry obrońca, który swoją wartość udowadnia w FC Porto. Ale też jest to piłkarz, który po jednym-drugim złym zagraniu ma wielki problem, żeby wrócić do równowagi. W rezultacie do końca spotkania na National Stadium popełniał błędy (oczywiście był zamieszany w oba stracone gole). Wracając do Urbana: jeśli selekcjoner to zauważył, to następnym razem po prostu zdejmie Kiwiora z boiska po kwadransie. Oby nie musiał. A skoro Kiwiorowi zdarzył się taki mecz – to lepiej teraz, niż w marcu.

Słabo zagrał Lewy, ale przy golu pokazał wielką klasę. Zieliński miał tyle złych podań, że po czymś takim w Interze Christian Chivu odstawiłby go na dłużej. Z drugiej strony, analogicznie – gola strzelił. Kamiński od Holandii zmienił się nie do poznania. A Zalewski znów był nijaki, w dodatku dostał żółtą kartkę, która wyklucza go z pierwszego (oby nie ostatniego) meczu w barażach. Liderzy polskiej ofensywy zawiedli w komplecie, więc dobrze być nie mogło. Maltańczycy nie odstawali od Biało-Czerwonych, a przegrali tylko dlatego, że mają ledwie jednego przytomnego piłkarza.

W ciągu trzech dni od meczu sytuacja Polaków przed losowaniem barażów zmieniała się dynamicznie. Nasze wygodne rozstawienie, skutkujące uniknięciem gry z najmocniejszymi, szkoccy prześladowcy wyrzucili do kosza strzeleniem dwóch goli w końcówce ich meczu z Danią. Ci drudzy zajęli „polskie” miejsce, natomiast my trafiliśmy do grupy z Czechami, Słowacją i Walią. Zamiast Szwecji, Rumunii, Macedonii lub Irlandii Północnej czekaliśmy na dolosowanie kogoś z czwórki: Kosowo, Bośnia i Hercegowina, Irlandia, Albania. Na papierze trudno orzec, który zestaw jest mocniejszy; większym zmartwieniem wydawała się w momencie zakończenia meczu Szkocji z Danią nieudana próba ucieczki przed Włochami (ostatnio słabymi, ale na pewno podrażnionymi), Ukrainą czy Turcją w finale baraży…

Skoro jednak chcemy jechać na mistrzostwa, powinniśmy przestać użalać się na zdarzenia, na które nie mamy wpływu. (Nawet, jeśli sędziuje nasz człowiek…). Tym bardziej, że „wylosowało się” nie najgorzej. Zagramy z Albanią; i myślę, że wystarczającą motywacją dla piłkarzy będzie wzięcie rewanżu za upokorzenie sprzed dwóch lat. Wówczas rywal, będący w najlepszym swoim momencie od lat, bezdyskusyjnie ograł nas – będących z kolei w najgorszym okresie od czasu końcowego Fornalika – w eliminacjach Euro 2024. Wielka smuta wyglądała zza rogu. Teraz, kiedy powoli odgrzebujemy się z ówczesnego marazmu, odpłacenie Albańczykom może być kolejnym krokiem ku powrotowi do bycia poważną drużyną.

A jeśli wygramy…

A żeby tak się stało, Ukraina musi wygrać z będącą w wielkim niewytłumaczalnym kryzysie Szwecją.

Ale najpierw Albania. W marcu zagramy o nasze być albo nie być w dziwacznym Mundialu.