Przez październik, miesiąc tak piękny w jej historii, reprezentacja przeszła suchą stopą. Wygrała towarzysko z Nową Zelandią, w którym to meczu jednym z nielicznych godnych uwagi momentów była akcja bramkowa, zakończona ładnym golem Zielińskiego. Nikt (poza Piątkiem…) wyraźnie nie zawalił, nikt (z rezerwowych w meczach eliminacyjnych) abonamentu na podstawowy skład nie wywalczył. Do barażu o wyjazd na mundial zbliżyła się planowym zwycięstwem z Litwą, w którym to meczu jeden ze stanowczo zbyt rzadkich błysków miał Sebastian Szymański. Miesiąc później – trzy dni po Święcie Niepodległości – przyjechała Holandia…

(…a kilka godzin przed Pomarańczowymi przybyli młodzi Włosi, których coraz bardziej niezwykła Polska U-21 pokonała w pięknych okolicznościach. Drużyna Jerzego Brzęczka rośnie z każdym meczem. Jakaś ta młodzież lepsza technicznie, bardziej pomysłowa… A może to jest przełomowe pokolenie, które rozpocznie naszą pogoń za najlepszymi?)

Początek mógł być wymarzony, ale świetną okazję na gola, po składnej akcji i „ciasteczku” od Casha, zmarnował Zalewski. Pomocnik Atalanty był wczoraj trochę nieswój w grze do przodu, ale buty ciągnącego drużynę włożyli zań inni.

Na przykład Kamiński, którego każda akcja pachniała zagrożeniem. Przeniósł świetną formę z Bundesligi na kadrę (ach, gdybyż to zawsze tak działało!). Czterdzieści minut nie wystarczyło Holendrom, żeby się w tym połapać. Kamiński ruszył na wolne pole, nie przestraszył się Van Dijka i pewnie pokonał Verbruggena. A to podanie Lewandowskiego…

Pierwsza połowa w wykonaniu Biało-Czerwonych na pewno usatysfakcjonowała Jana Urbana. Eksperymentalnie zestawiona (brak Bednarka i Wisniewskiego) linia defensywy spisywała się świetnie, a zwłaszcza szefujący jej Kędziora. Kto by przypuszczał, że w kilka lat z ofensywnie usposobionego bocznego obrońcy można uczynić centralną postać w trójce stoperów? Zaskakujący (gdy zobaczyłem skład, to myślałem, że na środku zagra Ziółkowski albo Kiwior; Kędziorę z góry „ustawiłem” na półprawym) i trafiony pomysł selekcjonera. Na bokach harowali Cash i Skóraś, a w środku ciekawe piłki rozdawał Zieliński, który może powoli dorasta do bycia fałszywą „szóstką” (jak kiedyś Andrea Pirlo). Wczoraj ustawienie go głębiej zadziałało, zatem trzeba to kontynuować. Tym bardziej, że nie mamy defensywnego pomocnika na odpowiednim (po Krychowiaku…) poziomie.

Szkoda tylko, że rzetelna robota z pierwszej połowy poszła wniwecz tuż po rozpoczęciu drugiej. Holendrzy, choć oczywiście prowadzili grę, do tamtej chwili w zasadzie nam nie zagrozili. No, ale Gakpo kiedyś musiał się urwać Cashowi, Malen wyprzedzić Skórasia (poza tą sytuacją świetny w obronie), a Depay pokazać, dlaczego to on ma najwięcej goli w historii Oranje (mimo wielkich konkurentów z przeszłości i swojej słabej – trzeba przyznać – gry wczoraj).

Podcięli skrzydła, ale nie złamali. Za moment Polacy na powrót mogli prowadzić, ale świetnego (kolejnego!) podania ze skrzydła Casha nie wykorzystał Lewandowski. Verbruggen stał akurat tam, gdzie poleciała piłka…

Skończyło się remisem ze wskazaniem na Polskę. Tak: na Polskę, bo miała więcej okazji na gola. Poza tym to był dobrze taktycznie rozegrany mecz. Będący zawsze blisko siebie w fazie obronnej Polacy nie pozwolili De Jongowi na rozpędzenie swojej drużyny nieszablonowymi piłkami. I to się naprawdę dobrze oglądało: zamiast prymitywnego antyfutbolu była przemyślana gra w obronie i zorientowanie na kontry przy każdej nadarzającej się okazji. A także nierzadkie próby ataku pozycyjnego. Oby tak dalej.

Już przed meczem wiedzieliśmy, że Polska jest pewna udziału w barażach, wskutek wstydliwej porażki Finlandii z Maltą w Helsinkach. Helsinki… Czy ktoś jeszcze pamięta?