
Rozdział VI
W połowie czerwca 1791 roku Michał przybył w swoje rodzinne strony, gdzie spotkał się ze stryjem Józefem, który tydzień wcześniej został mianowany sufraganem wileńskim. Obaj Kossakowscy udali się wówczas do Wilna, aby tam pomodlić się przed cudownym obrazem Matki Boskiej Ostrobramskiej. Biskup inflancki, a zarazem biskup pomocniczy wileński, uklęknął centralnie przed obrazem, zaś jego bratanek klęczał po jego prawej stronie. Po kilku minutach Michał zakończył swoją modlitwę i czekał cierpliwie, aż to samo zrobi jego stryj. Ponieważ trwało to jakiś czas, Michał ruszył w stronę karety stojącej na początku ulicy, przy której znajdowała się kaplica z cudownym obrazem.
-Witam naszego bohaterskiego posła – rzekł ksiądz Jan Żubrowicz i uśmiechnął się do młodego Kossakowskiego.
-Witam cię księże kanoniku – odpowiedział Michał i skłonił się nieco przed duchownym.
-Dawno nie byłeś waszmość w Rudominach, oj dawno. A ja zapraszam.
-Obiecuję, że jak sejm się zakończy, to przyjadę.
-Widzę, że waszmość nadal jesteś kawalerem. Po co się rozglądać za cudzymi żonami, jak można mieć swoją – zażartował Żubrowicz.
-Jeszcze nie znalazłem takiej.
-Nie wolno za bardzo wybrzydzać, bo później trzeba brać kogo popadnie – i po tych słowach ponownie uśmiechnął się do Michała. – Zanim Święty Piotr otworzy mi bramy niebios, a mam nadzieję, że mi otworzy, to chciałbym waszmość być na twoim weselu.
-Nie wiem czy mi to pisane – zażartował tym razem Michał.
-Obyś waszmość rychło spotkał tę, dla której warto zrezygnować z wolności. Szczęść Panie Boże – i po tych słowach Żubrowicz ruszył w stronę kaplicy, w której znajdował się cudowny obraz. Michał zaś zbliżył się do karety i przemówił do woźnicy stryja Józefa, którym był Walenty Kociszko.
-Ksiądz biskup zaraz przyjdzie. Powiedz mi Walenty, czemuś się jeszcze nie ożenił, bo przecież masz już przeszło trzydzieści lat.
-Mam panie trzydzieści dwa, albo trzydzieści trzy lata, ale dokładnie nie wiem, bo i moja matula nie pamięta.
-Rok mniej, rok więcej, co to za różnica, ale po trzydziestce przydałoby się ożenić, bo to podobno grzech – zażartował Michał.
-Ożeniłbym się panie, a pewnie żebym się ożenił, bo w nocy tak markotnie samemu, ale jeszcze nie naskładałem pieniędzy. Jeszcze mi trochę brakuje – odparł wyraźnie zawstydzony Walenty. W tym samym momencie przy karecie pojawił się Józef Kossakowski.
-Podziękowałem Matce Boskiej za to, że zostałem sufraganem wileńskim, ale też modliłem się o twój rychły ożenek.
-To już lepiej, żeby stryj pomodlił się o zdrowie dla Kożuszka, bo ostatnio cały czas choruje – zaproponował Michał.
-Kożuszkowi już pewnie nic nie pomoże, ale muszę myśleć o przyszłości rodu Kossakowskich – i w tym momencie zbliżył się do swojej karety, a wówczas jego sługa pospiesznie otworzył drzwi. – To gdzie jedziemy Michale?
-Nie wiem, ale na obiad jeszcze za wcześnie.
-A co ty na to, gdybyśmy pojechali na ryby? – zaproponował Józef, a Michał od razu się uśmiechnął na myśl o tym.
-Już tak dawno nie łowiłem z tobą stryju, tak że chętnie połowię.
-Jedź zatem Walenty nad jezioro.
-Znaczy się pod Niemież? – zapytała sługa.
-A jest tu gdzieś inne jezioro? – zakpił nieco biskup inflancki.
-Najbliżej jest pod Niemieżą – oznajmił sługa i pospiesznie usiadł na swoje miejsce i strzeliwszy z bata ruszył gwałtownie.
-Aż tak to nam się nie spieszy, Walenty! – krzyknął Józef i wówczas jego sługa zastosował się do polecenia. Przez pewien czas obaj Kossakowscy jechali w ciszy, aż w końcu Michał zaczął rozmowę.
-Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego zostałeś stryju duchownym?
-A słyszałeś o czymś takim jak powołanie!
-Słyszałem, ale u ciebie stryju to powołanie przyszło dość późno, bo o ile się nie mylę, to miałeś przeszło dwadzieścia lat, jak przyjąłeś święcenia kapłańskie – stwierdził Michał.
-Miałem tyle lat co ty teraz. Zatem co w tym dziwnego, skoro ty też masz już 25 lat, a jakoś do małżeństwa ci nie spieszno. – Po chwili zaś dodał. – A przecież małżeństwo to też powołanie.
-Pytam stryju, bo przecież zanim przyjąłeś święcenia duchowne, to byłeś już sędzią ziemskim kowieńskim, a nawet szambelanem królewskim.
-Chciałem coś w życiu osiągnąć, tak jak mój ojciec i dziadek – odparł z uśmiechem Józef.
-Tylko, że jak ktoś od początku chce zostać duchownym, to raczej nie zabiega o urzędy – oznajmił Michał.
-Co do urzędów, to najwyższy czas, abyś i ty dostał jakiś urząd, a nie tylko był kasztelanicem inflanckim po swoim ojcu.
-Nigdy nie dbałem o takie rzeczy – odparł krótko Michał.
-To najwyższy czas zadbać. Będę musiał ci w tym pomóc, chyba że król ciołek cię wynagrodzi.
-Podpadłem ostatnio królowi na objedzie czwartkowym, to na nic nie liczę.
-Jakże to podpadłeś? Przecież uratowałeś królowi konstytucję, bo nie wiadomo czy tej jego bandzie udało by się ją uchwalić – zauważył Józef.
-Uchwalenie konstytucji to zasługa marszałka Małachowskiego, a nie moja.
-Ty do niczego nie dojdziesz, jak będziesz tak myślał. To może mi opowiesz, czym to niby podpadłeś królowi?
-Nic godnego, żeby opowiadać – uciął Michał.
-Jeśli mi powiesz, to może i ja powiem ci coś o swojej młodości – zaproponował Józef.
-Jeśli tak, to opowiem – rzekł Michał i siedząc wygodnie w karecie rozpoczął swoją opowieść. Po kilku minutach jego stryj wiedział już o wszystkim i był niezwykle zadowolony z faktu, że Michał stanął w jego obronie. Wkrótce potem Kossakowscy znaleźli się na jednej z wypożyczonych od miejscowego rybaka łodzi i trzymając w rękach wędki, rozpoczęli połów. Nie mieli jednak szczęścia, gdyż przez blisko godzinę nie złowili żadnej ryby.
-Tyle czasu i nawet jednej rybki – wtrącił Józef.
-Miałeś mi stryju opowiedzieć o swojej młodości – przypomniał po raz kolejny Michał.
-Rozmyśliłem się po drodze – zażartował Józef.
-To ja ci już stryju nigdy o sobie niczego nie powiem.
-Żadnej ryby. Chyba ci Tatarzy wszystkie wyłowili. – Po tych słowach Michał roześmiał się na całego.
-W tym jeziorze jest tyle ryb, że Tatarzy by ich nie przejedli.
-Ty nie wiesz ile oni mogą zjeść! – oznajmił Józef. – Kiedyś byłem u nich to widziałem…
-Wybacz stryju, że przerywam, ale miałeś opowiadać o swojej młodości, a nie o Tatarach.
-No dobrze. Ale nikomu ani słowa. Nawet stryjowi Szymonowi.
-Wiesz dobrze, że nie lubię stryja Szymona i nigdy nic mu nie powtórzę – odparł Michał stanowczo.
-Gdy byłem w twoim wieku poznałem w Warszawie jedną ze szlachcianek z powiatu trockiego. Wtedy przyszło mi do głowy, żeby się z nią ożenić. Gębę miała nie najgorszą, a że była jedynaczką, to wiedziałem, że posag będzie konkretny…
-A jak miała na imię? – zaciekawił się Michał.
-Jeszcze raz mi przerwiesz, a skończę opowiadać!
-Wybacz mi stryju. Zamykam gębę na kłódkę.
-Imienia ci nie powiem! Albo powiem ci imię, ale nie powiem ci nazwiska – i tu spojrzał na Michała, który już chciał przemówić, ale ugryzł się w język i słuchał dalej. – Imię miała pospolite, znaczy się Katarzyna. Powiem ci tylko tyle, że im częściej ją widziałem, tym bardziej chciałem się z nią ożenić. I gdy zostałem sędzią ziemskim kowieńskim, poprosiłem jej rodziców o rękę – i po tych słowach wymownie spojrzał na Michała. – Powiedzieli mi wtedy, że Katarzyna jest jeszcze młoda, i że nie musi się spieszyć z ożenkiem. A ona już miała dwadzieścia dwa lata, a zatem już pierwszej młodości nie była. Tak czy nie?
ciąg dalszy za tydzień
