Villareal nie miał nic do stracenia. Piłkarze Unaia Emery’ego postanowili zrazu zabrać się do odrabiania strat z Anfield. Rzucili wszystkie siły, za co po przerwie zapłacili z naddatkiem. Lecz zanim się to stało, porządnie przestraszyli Liverpool.

Prowadzenie objęli już w trzeciej minucie. Z próby strzału Capoue wyszła idealna asysta do Dii, któremu nieporadnie przeszkadzał Alexander-Arnold. Senegalczyk trafił, a jego drużyna tylko dokręcała śrubę. Zbliżenia kamer na twarze piłkarzy The Reds pokazywały ich strach, dezorientację i brak pomysłu na przejęcie kontroli nad meczem. W pierwszej połowie Liverpool nie miał „z czego” strzelić gola. A gospodarze – owszem! Udało się w końcu Coquelinowi, który uderzeniem głową wykończył dośrodkowanie (znowu) Capoue. Tym razem nie popisał się drugi boczny obrońca Liverpoolu, Andy Robertson, którego asystujący Francuz z łatwością nawinął. W dwumeczu mieliśmy zatem remis!

Ciekawe, w jaki sposób Juergen Klopp natchnął swoich piłkarzy w przerwie. Salah i Mane nagle stali się aktywni, zaczęli wygrywać pojedynki (zwłaszcza Senegalczyk). Thiago jął celnie podawać, Keita dynamicznie szarżować, a Fabinho odbierać piłkę w środku pola. A przede wszystkim niemiecki trener wprowadził Luisa Diaza w miejsce wręcz niewidzialnego Joty. To przy Kolumbijczyku odżyły dwa asy – wspomniani Salah i Mane.

Sił na szaleńczą grę z pierwszej połowy starczyło gospodarzom tylko na dziesięć minut drugiej. Potem byli już coraz bardziej bezradni. Emery zdjął doskonale dyrygującego linią obrony Raula Albiola; zrobił ofensywne zmiany licząc na to, że jego piłkarzy będzie stać na jeszcze choć jeden zryw. A był on potrzebny, bo Liverpool w przeciągu dwunastu minut strzelił trzy gole…

Najpierw trafił Fabinho, którego strzał winien był obronić dobrze spisujący się do tej pory Rulli. Następnie głową uderzył Diaz, i choć piłka znowu przeszła golkiperowi Villareal między nogami, to tym razem trudno go winić – strzał był mocny i z bliska. Prowadzenie gościom dał Mane, który inteligentnie przyczaił się na własnej połowie, unikając spalonego, a następnie wykorzystał spóźnienie Foytha i niezdecydowanie Rulliego, finiszując akcję strzałem do pustej bramki.

Wielkie brawa należą się hiszpańskiej drużynie. Za postawę w rewanżu, a przede wszystkim za to, że dotarła do półfinału; miała przecież zakończyć swoją przygodę dwie rundy wcześniej! A Liverpool? Wygrał rewanż jakością i umiejętnością płynnego powrotu do swojego grania. The Reds są w finale LM po raz trzeci w ciągu ostatnich pięciu sezonów.

Takim wynikiem nie pogardziłby Pep Guardiola i jego Manchester City. Szejkowie pompują forsę w ten projekt głównie po to, by wygrać Ligę Mistrzów, bo w Anglii mogą czuć się spełnieni. Pozostając na krajowych podwórkach – Real Madryt to świeżo upieczony mistrz Hiszpanii, a Carlo Ancelotti to pierwszy trener, który wygrał pięć najmocniejszych lig Europy. W Manchesterze Królewscy wyciągnęli maksymalnie dużo z tego, co dał im los i rywal. Nie pierwszy raz w tym sezonie. A u siebie wyjęli jeszcze więcej!

Ale po kolei. Obie drużyny wyciągnęły wnioski z jazdy bez trzymanki sprzed tygodnia. Tym razem panowała koncentracja w defensywie, co nie znaczy, że źle oglądało się ten mecz. W pierwszej połowie nieco bliżsi powodzenia z przodu byli goście, ale ponownie (po krótkiej przerwie w Manchesterze) pewnym punktem Realu był Thibaut Courtois. Królewscy odpowiedzieli dwiema wyraźnie przestrzelonymi próbami Karima Benzemy, który przez większość meczu spisywał się blado. Gospodarze grali nerwowo, ale przynajmniej ostrożnie z tyłu. Goście nie zabrali piłki, jak mają w zwyczaju, lecz spotkanie toczyło się według ich scenariusza.

Tuż po przerwie Real powinien objąć prowadzenie, ale Vinicius strzelił fatalnie. Później w dobrej sytuacji zbytnio zwlekał z uderzeniem Modrić. A Manchester się rozkręcał. Gundogan zagrał do środka do Bernardo Silvy (najlepszy w szeregach gości), który miał mnóstwo miejsca, bo Real zostawił krater w środku pola. Portugalczyk dobiegł z piłką do pola karnego, podał do Mahreza, a Algierczyk strzelił mocno i precyzyjnie w krótki róg. Królewscy leżeli na deskach.

Mecz ostatecznie mógł zamknąć Grealish, ale najważniejszą interwencją w życiu piłkę z linii bramkowej wybił Ferland Mendy. Ancelotti puścił z ławki do boju Rodrygo i to była jedna z jego najlepszych decyzji w długiej trenerskiej karierze. Brazylijczyk najpierw wykończył ekwilibrystyczne dośrodkowanie Benzemy (zamienili się na chwilę miejscami), zaś zaledwie minutę później strzelił celnie głową po centrze Carvajala. To była dziewięćdziesiąta i dziewięćdziesiąta pierwsza minuta meczu! Sir Alex Ferguson zapewne cmokał z uśmiechem przed telewizorem. Po tym, jak Real był liczony, to nie dosyć, że wstał; jeszcze posłał rywala na deski!

W dodatku perfekcyjnie rozegrał pierwszą fazę dogrywki. Drugi raz błysnął tego wieczora Benzema, który w polu karnym był odrobinę szybszy od Diasa. Portugalczyk sfaulował kapitana Realu, a ten pewnym strzałem z „wapna” pokonał Edersona, wyrównując rekord Cristiano Ronaldo w liczbie goli w fazie pucharowej Ligi Mistrzów (mają po 10). Co ważniejsze, w ten sposób Francuz wprowadził Real do finału. Manchester City mógł jeszcze doprowadzić do konkursu jedenastek, ale Fernandinho przestrzelił w dobrej sytuacji. Obywatele polegli mentalnie – nie oni pierwsi w starciu z Realem!

Carlo Ancelotti polubił się z kwintetami. Do zdobycia mistrzostw w tylu krajach, dołożył piąty finał Ligi Mistrzów. Z Liverpoolem zarówno poległ (Stambuł 2005!), jak i wygrał (dwa lata później), będąc trenerem Milanu. The Reds mają z Realem rachunki do wyrównania za finał sprzed czterech lat. Decydujący mecz odbędzie się 28 maja w Paryżu.