Jesteście mocną drużyną. Czołową w kraju i na kontynencie. Macie pierwszy mecz na terenie przeciwnika, w teorii jeszcze silniejszego od was.

Mimo to stwarzacie sobie szanse, będąc bliższymi otworzenia wyniku niż gospodarze. Ale to oni obejmują prowadzenie. Po przerwie nadal nacieracie, w niczym nie ustępując rywalowi. Ale to oni podwyższają wynik. A potem jeszcze raz. W końcówce macie szansę zmniejszyć rozmiary porażki, ale oni też mogą was jeszcze bardziej pogrążyć. Nic się nie zmienia – jesteście przed rewanżem w sytuacji beznadziejnej.

Liverpool wyszedł kiedyś zwycięsko z sytuacji jeszcze gorszej. W najsłynniejszym finale Ligi Mistrzów, w 2005 roku, przegrywał do przerwy z Milanem 0:3. Wtedy miał na odrobienie strat 45 minut, teraz aż 90. No, ale łatwo powiedzieć… Barcelona, z tytułem mistrzowskim w kieszeni, wypoczętymi zawodnikami, ze spokojem przystąpiła do rewanżu na Anfield. Wszyscy w klubie prawili o wyciągnięciu wniosków z zeszłorocznej wtopy, kiedy zaprzepaścili trzybramkową przewagę z pierwszego meczu z Romą. To się miało nie powtórzyć. Tego nie można było schrzanić.

The Reds ruszyli na Barcę od początku, bo, doprawdy, co mieli zrobić? Po raz pierwszy ukąsili w siódmej minucie – nikogo to nie zdziwiło. U gości – nadal spokój. Szybko opanowali sytuację na murawie, zaczęli stwarzać sobie okazje do wyrównania, szwankowało wykończenie. Wyglądało na to, że tutaj nie ma prawa wydarzyć się nic nadzwyczajnego. W przerwie Juergen Klopp postanowił wprowadzić na plac Georginio Wijnalduma. I to był strzał w dziesiątkę – w 54 minucie Holender podwyższył na 2:0. Jak się miało okazać, od tego momentu było już „po Barcelonie”. Dwie minuty później Wijnaldum pięknym strzałem głową wyrównał stan dwumeczu. Zawodnikom gości miękły kolana, nie potrafili podejść pod bramkę Liverpoolu. Nie było widać u nich wiary, choć przecież jeszcze nie odpadli. Messi ze spuszczoną głową błąkał się, nie potrafił poderwać drużyny; Rakitić i Lenglet byli słabiutcy, a Alba, Busquets, czy Suarez – klubowe gwiazdy – wręcz fatalni. Po prostu powtórka rzymskiego koszmaru. To wszystko sprawia, że nie dziwi sposób, w jaki Barcelona straciła decydującego gola:

Barcelona nie wyciągnęła wniosków. Ta drużyna jest znakomita, ale niemal pozbawiona charakteru. Kiedy przeciwnik nie pozwala jej na grę, którą lubi, a do tego udaje mu się zneutralizować Messiego, to jest koniec. Plan B nie istnieje. Natomiast Liverpool pokazał determinację rzadko spotykaną, nawet na takim poziomie. Całkowicie zasłużył na ten awans, którego okoliczności przejdą do historii, niczym finał w Stambule!

Dopiero wyeliminowaliście w bratobójczym starciu krajowego hegemona, jednego z głównych faworytów całych rozgrywek. W sensacyjnych okolicznościach. A teraz czekała na was ta zgraja małolatów, co grają, jak na konsoli. Kilka miesięcy temu cieszylibyście się z wylosowania ich, ale dziś wiecie, że to nie są leszcze. Myślicie: „cholera, oni leją każdego, do kogo przyjadą!”, a pierwszy mecz gracie właśnie u siebie. No i ci chłopcy szybko strzelają wam gola, panują nad sytuacją, wy próbujecie się odgryźć, ale nie bardzo wiecie jak. Trudno, trzeba ich gonić na wyjeździe. Jedni przecież ich ograli, drudzy zremisowali. Ale niestety, dzieciaki są jeszcze bardziej bezczelne… Do przerwy strzelają dwa gole, a wy nie jesteście w stanie się przeciwstawić.

Czterdzieści pięć minut przed końcem dwumeczu kompletnie nic nie przemawiało za Tottenhamem. Nic też nie wskazywało na to, że Ajax się zatrzyma. Tyle, że gospodarzom Amsterdam Areny zabrakło doświadczenia. Cofnęli się zbyt głęboko, co nie jest tożsame z ich DNA. Młoty to wykorzystały, w odstępie czterech minut strzelając dwa gole. Pół godziny przed końcem brakowało im jednego do awansu. Ajax zdążył się jednak otrząsnąć, wrócił do swojego grania, ale kompletnie zatracił skuteczność. Nie do wiary, że Ziyech nie zamknął tego dwumeczu. Tadiciowi też zabrakło charakterystycznego dla niego spokoju pod bramką. Mimo to, niemal do końca niewiele wskazywało na sukces londyńczyków. A jednak, w ostatniej minucie doliczonego czasu kolejna długa piłka na Llorente – który dał znakomitą zmianę, wygrywając każde takie zagranie z Blindem – została przez Hiszpana zgrana do Allego, ten jakimś cudem dostarczył ją Lucasowi Mourze, a Brazylijczyk strzelił swojego trzeciego gola w tym meczu! Ajax już nie mógł odpowiedzieć.

Szkoda Ajaxu. Zagrał jedną SŁABSZĄ (ale nie SŁABĄ!) połowę w fazie pucharowej Ligi Mistrzów i zapłacił za to najwyższą cenę. To koniec tego zespołu w takim kształcie, ale nie koniec, miejmy nadzieję, takiej filozofii futbolu. Czapki z głów przed Tottenhamem za reakcję po przerwie. I jeszcze jedno – gdzie jest PSG, a gdzie wypychany stamtąd kilkanaście miesięcy temu Lucas Moura?

Za podsumowanie niech wystarczy stwierdzenie, że to najlepsze półfinały Ligi Mistrzów w jej historii.

Epilog: Anglia bierze wszystko. W finale Ligi Europy czekają nas derby Londynu – Chelsea zagra z Arsenalem!