
Bez legitymacji prasowych, w nieprzyjemnych okolicznościach atmosferycznych, głodni bluesa i rocka w najlepszym wydaniu. Kozirynek i Przyjaciele odwiedzili wczoraj Kraków, dawną stolicę Polaków.
Odwiedził ją bowiem również Eric Clapton z zespołem. Kiedy kilka miesięcy temu Slowhand ogłosił swój przyjazd, chętnych wśród nas nie zabrakło. Mobilizacja była natychmiastowa, światowej klasy nabywca wejściówek („łatw bilety…”) zebrał ekipaż, a potem już tylko czekaliśmy, aż nadejdzie dzień wczorajszy.
Tauron Arena to, w przeciwieństwie do na przykład Stadionu Narodowego, obiekt niezawodny pod względem odbioru widowiska, dlatego obaw co do nagłośnienia raczej nie było. Zanim pojawił się Eric, publiczność zabawili Andy Fairweather Low & the Lowriders. Andy to stary sprawdzony współpracownik Claptona, podobnie jak perkusista grupy Henry Spinetti. Czterech podobnych do siebie łysych gości w okularach + piąty z włosami rozgrzali widownię zawodowo („Night Train” z „Powrotu do przyszłości” rozpieściło mnie!). Tu po raz pierwszy (bo nie ostatni) tego wieczora pojawił się akcent dylanowski, w postaci „Don’t Think Twice, It’s All Right”. Żywiołowy śpiew Fairweathera i jego poklejony akustyk oraz świetne sekcje: rytmiczna i dęta – takie supporty się zapamiętuje.
Clapton z zespołem pojawili się punktualnie o 20:30. (Jak dobrze, że czasy gwiazd wychodzących na scenę kiedy chcą słusznie minęły!) Koncert otworzył mój ukochany „Badge”, kompozycja będąca mieszanką stylów Erica i George’a Harrisona. Dalej coś, od czego Clapton nigdy nie stronił (i dobrze!), czyli hołd dla starych bluesmanów, który towarzyszył nam do końca występu. Z przerwami na piosenki autorskie oraz te od kolegów.
Choćby „I Shot The Sheriff” Boba Marleya, światowy hit za sprawą brawurowej wersji Claptona. „If I Don’t Be There by Morning” to z kolei kompozycja wspomnianego wyżej Boba Dylana, wydana na płycie „Backless”, na której znalazł się również „Golden Ring” – zagrany akustycznie. W tej części koncertu, tradycyjnie już, pojawiła się „Layla” oraz ZAWSZE wzruszające „Tears In Heaven”.
Najmocniejszym punktem był „Old Love” z wyborną solówką gwiazdy wieczoru:
Eric Clapton zawsze otacza się świetnymi muzykami. Od dawna nieodłącznym jego druhem jest (ekstrawagancko ubrany wczoraj) gitarzysta Doyle Bramhall. Na basie legendarny już Nathan East (z kimże on nie grał!), a na perkusji Sonny Emory. Zwraca uwagę i ubarwia występy przemyślana mieszanka klawiszowych stylów w postaci Tima Carmona (moogowo-hammondowy) i starego wygi Chrisa Staintona (subtelniejsze, miejscami jazzowe granie). Im koncert trwał dłużej, tym mieli oni coraz więcej do powiedzenia, co słychać było zwłaszcza w interpretacjach utworów mitycznego Roberta Johnsona: „Cross Road Blues” i „Little Queen of Spades”. No i chórki! Sharon White i Katie Kissoon (znakomicie „zastąpiła” Tinę Turner w „Tearing Us Apart”) z gracją dopełniały wokal Claptona.
Wokal, dodać trzeba, bardzo wolno się starzejący. Słuchanie Erica to wielka przyjemność, bo wciąż świetnie „bluesuje”, potrafi śpiewać delikatnie, wyrabia góry. Zawsze uwielbiałem jego końcówki wersów – trudno to nazwać słowami, zatem proszę się wsłuchać.
W przypadku Erica Claptona i innych indywidualistów tego pokroju oraz charakterystyce (śpiew i gitara, gitara i śpiew), przepis na utrzymywanie najwyższego poziomu jest prosty: sprawne ręce i zdrowe struny głosowe oraz gardło. O sztuce wokalnej wspomniałem przed chwilą, natomiast… Cóż – Clapton to wciąż gitarowy bóg. I na tym poprzestanę, po raz drugi zachęcając do oglądania fragmentów z najświeższych występów.
Czy czegoś mi zabrakło? Oryginalnej, elektrycznej „Layli” (na to nikt się nie nastawiał) oraz może jeszcze jednej chociaż piosenki Cream (ależ wjechałoby takie „White Room”…). Ale to w sumie nieistotne.
Utwierdziłem się podczas tego koncertu w przekonaniu, że najlepsi muzycy to muzycy wytrawni. Eric Clapton to wręcz ich definicja.
Dziękuję Tacie, Wujkowi Jackowi, Adamowi, Tomkowi, Śloperowi, Jarkowi, Pawłowi i Szymonowi!
