
Ella… Ileż w jej muzyce (choć bądźmy fair… te piosenki Ella „jedynie” wykonuje, napisał je ktoś inny), więc ileż w nich światła, spokoju, piękna, autentycznego, niewymuszonego, takiego, które się nie starzeje.
A ja czasami uwielbiam uchwycić się tak klasycznych, niezmiennych, odpornych na czas, na mody „stałości”. One właśnie niezmiennie trzymają mnie po „słonecznej stronie ulicy”, cytując innego klasyka, tym razem z Polski. Za to kocham Ellę, Sinatrę, Ellingtona, wielu innych artystów dzisiaj niestety często zapomnianych.
Dlatego sięgam po albumy ze zdjęciami dawnych mistrzów. Albo po stare filmy. Książki.
Czego w nich szukam? Sam nie wiem. Może piękna , które dzisiaj ma nieco inny charakter? Czułości, czyli czegoś, czego miejsce zajęto natręctwo czy bezduszność? A może po prostu, oszukując sam siebie, nadmiernie gloryfikuję przeszłość? Jest na to przecież stosowna nazwa w psychologii… w zasadzie nawet nie ma to większego znaczenia, bo obcowanie z takimi klasykami jazzu daje mi po prostu dziką frajdę. Choć niewykluczone, że i nieco więcej wiary w człowieka
