Dosypuję światło do szklanki,
jednak wciąż jest pusta.
W kieszeni taszczę drobne –
prawie ciężar.
Oddycham szerzej niż przedtem,
chociaż to tylko ćwierć powietrza.
Skóra pamięta brak,
dotyk staje się gęstszy
i coraz więcej kropli
na krawędzi języka,
nieba za plecami,
a i tak wystarczy nigdy na zawsze.