…nie ma swojego jednego miejsca. Książki są prawie w każdym pomieszczeniu domu – nawet w kuchni, podręczne, kucharskie. Od lat planuję jakieś uporządkowanie księgozbioru, ale póki co na planowaniu się kończy. Za to płyty gramofonowe są uporządkowane alfabetycznie i gatunkowo!

W sypialni mam książki, które czekają w kolejce. To dziesięć, dwadzieścia pozycji. Po przeczytaniu lądują w którymś z książkowych regałów, a czasem w jednej z miejskich książniczek (genialny w swojej prostocie wynalazek – wkładasz tam książki, do których już raczej nie wrócisz, bierzesz inne).

Czytam z reguły dwie, trzy książki równocześnie. Lubię taki płodozmian, bo nie zawsze masz ochotę na tomiszcze biografii Boba Dylana albo na wiersze Rymkiewicza. Ale to oczywistość.

Podstawa mojej biblioteki to kolekcje ulubionych autorów. Zaczęło się od Czytelnikowskiej serii „Pism zebranych” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, którą zacząłem zbierać już na studiach, choć stypendium było liche. Do „Dziennika pisanego nocą” wracam do dziś. Wtedy też nie potrafiłem sobie odmówić kupna kolejnych tomów serii poezji i esejów Zbigniewa Herberta z Wydawnictwa Dolnośląskiego.
Pracę magisterską na polonistyce pisałem z twórczości Mariana Hemara. W tamtych czasach trzeba było polować na książki londyńskie, bo polskie wydawnictwa ruszyły z Hemarem dopiero od połowy lat ’90. Do ’89 roku w PRL-u były to prohibity.

Teraz kolekcjonuję książki Jarosława Marka Rymkiewicza. To ogromna spuścizna, ale robię, co mogę. Najcenniejszy jest poświęcony Mickiewiczowi sześcioksiąg „Jak bajeczne żurawie” (pierwszą część czyli „Żmut” mam jeszcze z paryskiego Instytutu Literackiego z 1987 roku).

Namiętnie zbieram od lat rzeczy zawierające dobrej klasy literaturę niepoważną. Książką – matką jest w tej dziedzinie oczywiście „Pegaz dęba” Juliana Tuwima. Tuwim ma tu ogromne zasługi, ale nie mniejsze hołdy należą się Stanisławowi Barańczakowi (np. „Pegaz zdębiał”, antologia przekładów angielskiej i amerykańskiej poezji niepoważnej „Fioletowa krowa” i, creme de la creme, „Książki najgorsze”) i Wisławie Szymborskiej, która wypisywała przez lata przeróżne śmieszne rzeczy – niedawno wydawnictwo „Znak” zebrało je w książce „Zabawy literackie”. To oczywiście tylko część mojej kolekcji humoraliów – z całej dużej reszty pozwolę sobie wymienić jeszcze dwa tytuły, których zaczytane egzemplarze mam zawsze pod ręką: „Na własne kopyto” Johna Lennona (genialny przekład Roberta Stillera!) i „Limeryki plugawe” Macieja Słomczyńskiego.

Zbieram także książki i albumy poświęcone zespołowi The Rolling Stones. Jest już ich całkiem sporo na półce. Najlepsze to autobiografia Keitha Richardsa pod bezpretensjonalnym tytułem „Życie” (czy widzieliście kiedyś Państwo zdjęcie biblioteki w domu Richardsa? znajdźcie je w sieci! coś niesamowitego…) oraz albumowe, ogromne wydawnictwo „The Rolling Stones” Billa Wymana (księga wspaniała, jako biograf i kolekcjoner pamiątek Wyman jest równie dobry jak w grze na gitarze basowej). W ogóle przeróżnych biografii w domowej biblioteczce mam bardzo dużo. Spory zbiór stanowią także książki poświęcone, o czym wspomniałem przy Rymkiewiczu, Adamowi Mickiewiczowi (ze szczególnym akcentem na „Pana Tadeusza”) i Fryderykowi Chopinowi. Z lektur z dawnych lat króluje Juliusz Verne.

A reszta? Cicer cum caule czyli groch z kapustą… Książki mówią o ich właścicielu więcej niż cokolwiek innego.
Za kilka dni dokupujemy kolejne dwa regały.

 

Tekst ukazał się w  czasopiśmie „Edukacja. Ad rem” 2025, nr 3-4, s. 36