
Stan wojenny nie był „tragiczną koniecznością”, jak chcieli (chcą?) jego obrońcy. Był aktem paniki. I to szczególnego rodzaju: władzy, która nagle odkryła, że rządzi krajem, ale nie ludźmi.
Przez długie lata komuniści żyli w świecie własnej propagandy. Wystarczy zajrzeć do ich wewnętrznych dokumentów, raportów, sprawozdań, by zobaczyć, jak bardzo wierzyli, że społeczeństwo da się opisać tabelką, wykresem i upartyjnieniem narodu liczonym w członkach na tysiąc mieszkańców. Kiedy więc Polacy w 1980 roku powiedzieli „dość” masowym, pokojowym, zorganizowanym solidarnie ruchem, aparat władzy doznał szoku poznawczego. Bo oto złowroga „kontrrewolucja” okazała się nie bandą wichrzycieli, lecz zwykłymi ludźmi: robotnikami, nauczycielami, rolnikami, studentami. Tymi samymi, których propaganda przez dekady nazywała „ludem pracującym miast i wsi”. I nagle ten lud nie chciał już być statystą w komunistycznej tragikomedii.
Stan wojenny był odpowiedzią systemu, który nie potrafił negocjować, bo negocjacje oznaczałyby uznanie podmiotowości społeczeństwa. A tego marksistowsko-leninowski aparat po prostu nie umiał zrobić. Dla niego każda oddolna inicjatywa była zagrożeniem, każda niezależna organizacja – zamachem, każde słowo spoza słownika nowomowy – „wrogą propagandą”.
W dokumentach partyjnych widać, że władza bardziej bała się utraty kontroli niż sowieckich czołgów. Moskwa była wygodnym alibi, ale strach był lokalny, swojski, radzyński, parczewski, bialski, łukowski, podszyty świadomością, że system stoi na glinianych nogach. Gdyby naprawdę wierzyli w swoje poparcie społeczne, nie potrzebowaliby czołgów na ulicach, internowań, godziny milicyjnej i wojska przeciw własnym obywatelom.
Stan wojenny nie był więc obroną państwa, lecz obroną jego aparatu. Obroną przywilejów, nomenklatury, pozycji, całej tej misternie utkanej sieci zależności, w której partia była wszystkim, a obywatel niczym. Solidarność ten porządek rozsadzała normalnością. A normalność bywa dla totalitaryzmu śmiertelnie groźna. Dlatego 13 grudnia 1981 roku nie był „mniejszym złem”. Był logicznym finałem systemu, który wcześniej czy później musiał znowu sięgnąć po przemoc, bo nie miał już żadnych innych argumentów. Ani moralnych, ani ekonomicznych, ani nawet ideologicznych. Reszta to było już tylko administrowanie strachem. Warto pamiętać tę lekcję.
