W tym samym czasie królowa Bona wraz ze swoimi córkami zamieszkała w warszawskim zamku książąt mazowieckich. To właśnie tam przyjeżdżali czołowi oponenci, których ambitna i nieustępliwa władczyni przyjmowała nadzwyczaj serdecznie. Nadchodziło ostateczne rozstrzygniecie batalii między synem a matką, której przyglądała się szlachta z całej Polski i Litwy.

W oczekiwaniu na nowiny z Piotrkowa królowa Bona, będąc w towarzystwie swoich córek, skosztowała wywar z ziół podany jej przez medyka.

-Cóż to jest do diaska? Tego nie daje się pić!

-Miłościwa pani, to najlepsza rzecz na zbolałe gardło – bronił się medyk.

-Coś ty do tego dosypał?

-Ależ miłościwa pani!

-A może to jakaś trucizna? Masz i sam się napij, bo ci nie dowierzam! – Po tych słowach medyk rad nie rad skosztował swojej mikstury i ponownie podał ją królowej.

-Mów mi zaraz z czego to sporządziłeś? – rozkazała Bona i z trudem zmusiła się do picia.

-Wywar z pokrzyw, z kory dębu i nieco psiego sadła

-Łeee – zareagowała Bona i wypluła na niego to, co miała w ustach. – Na drugi raz najpierw mi powiesz z czego to zrobiłeś, a dopiero potem dasz mi do skosztowania.

-Tak uczynię, pani.

-Trudno tu na Mazowszu o dobrych medyków. To nie to co w Krakowie albo w Italii – westchnęła królowa.

-Pochwalę się miłościwa pani, że i ja byłem na studiach w Italii.

-Możeś i tam byłeś, ale niewiele stamtąd wyniosłeś. Leczysz mnie prawie tym samym, co tutejsze wiedźmy – i zaśmiała się spoglądając na swoje córki.

-Ależ miłościwa pani, przecież ostatnio to dzięki mnie opuściła cię pani gorączka.

-Każdemu medykowi od czasu do czasu coś się udaje, bo inaczej nikt by go nie wołał.

-Miłościwa pani, medycy są niczym posłańcy z nieba.

-A ilu ty już posłałeś zawczasu do nieba? – zakpiła z niego Bona, po czy dodała. – Idź już, bo mi nie jesteś potrzebny. Przez ciebie straciłam ochotę do jedzenia.

Po tych słowach medyk w mgnieniu oka znalazł się pod drzwiami. Jednak wychodząc pospiesznie z komnaty uderzył się głową w kant drzwi, przysparzając tym dodatkowej radości królowej i jej córkom.

– Medyk od siedmiu boleści – dodała Bona, po czym spojrzała na swoje rozbawione córki.

– A wy co tak patrzycie na mnie jakbyście zobaczyły ducha?

W tym momencie królewna Anna uczyniła znak krzyża świętego i już chciała odpowiedzieć swej matce, gdy usłyszała jej słowa.

– Jak ty się modlisz, że nikt do ciebie w konkury nie przyjeżdża. Jak tak dalej pójdzie to tylko klasztor ci pozostanie.

-Nie będę tego żałować.

-Do klasztoru idą przeważnie takie, których nikt nie chce. A ty jesteś przecież moją córką, polską królewną, w której płynie krew Sforzów. Do kogo ty się podałaś? Chyba do swego świętej pamięci ojca. Nie był on zbyt urodziwy, tak jak ty, ale był dobry i zaradny – i spojrzała z politowaniem na swoją córkę.

-Pani matko, ja chociażby potrafię wyszywać – odparła pospiesznie Anna.

-Komu to do szczęścia potrzebne – skwitowała szybko królowa. Następnie podeszła do swej córki i ze smutkiem dokończyła. – Przed rokiem mówiono, że kniaź moskiewski myśli się żenić, to pomyślałam, że tam cię wyślę, bo w Moskwie uchodziłabyś za piękność. Tylko, że ten Iwan też się ożenił z poddanką. Co za czasy. Ze wschodu ta zaraza przyszła i ogłupiła Augusta. Niewdzięcznik, ma matkę, która myśli za niego, to mu się zachciało Litewki. – W tym momencie Bona dostrzegła swojego ochmistrza Jana Ocieskiego. – Co masz nowego, ochmistrzu?

-Pani, przybył wojewoda Tęczyński i marszałek Kmita.

-To niech wejdą – rozkazała, po czym przemówiła do swoich córek. – A wy już idźcie stąd. Nie znacie się na polityce, to nie będziecie mi potrzebne.

W chwilę potem w drzwiach stanęli czołowi oponenci królewskiego małżeństwa. Bona uśmiechnęła się do Tęczyńskiego, lecz na Kmitę spojrzała chłodno.

-Wielka to łaska oglądać cię miłościwa pani – przymilił się wojewoda sandomierski.

-Łaska to dla mnie widzieć cię znowu, miłościwa pani – przemówił marszałek.

-Po co ta obłuda, panie marszałku – odparła Bona i surowa spojrzała na Kmitę. – Zawiodłeś mnie bardzo marszałku, a przecież to dzięki mnie zostałeś marszałkiem wielkim i wojewodą krakowskim.

-Nie zapomniałem o tym miłościwa pani. – Po tych słowach poirytowana królowa przypomniała mu jego zachowanie.

-Nie zapomniałeś? – i szyderczo uśmiechnęła się do niego – To dlaczego w ostatnich latach występowałeś przeciwko mnie na sejmikach i na sejmach. Zaiste niezwykła jest twoja wdzięczność marszałku!

-Co mówiłem, to mówiłem dla dobra Rzeczypospolitej i dla ciebie pani.

-Dla mnie? – i ze zdenerwowania aż powstała na chwilę ze swego miejsca. – To przecież ty marszałku sprzeciwiałeś się temu, aby mi nie zapisywano oprawy na Mazowszu. A po śmierci Elżbiety chciałeś, abym powróciła do swoich dóbr w Małej Polszcze.

-Tak było miłościwa pani, ale to dlatego, aby nasz młody król Zygmunt August nie miał co zapisać tej Litewce, którą chce koronować na królową w Polszcze. Jeśli oprawa waszej królewskiej mości znowu będzie na dobrach wokół Krakowa, to wtedy król nic nie będzie mógł przekazać wojewodzinie trockiej.

-I nic jej nie przekaże! Chyba, że znak krzyża świętego na drogę, gdy będzie wracała na Litwę. Dużo narzekałeś na mnie panie marszałku, ale to dobrze, że się wreszcie opamiętałeś.

-Jesteś miłościwa pani jedyną dla nas ostoją, w którą wszystkie głowy w Polszcze są zapatrzone i czekają od waszej królewskiej mości ratunku – pochlebiał jej Tęczyński.

-Zawsze byłeś mi oddany panie wojewodo i nigdy mnie nie zawiodłeś. – Tu uśmiechnęła się do Tęczyńskiego i mówiła dalej. – Dobrze, że występujecie tak otwarcie przeciwko tej nierządnicy, która chce zostać moją synową. Za jedenaście dni zacznie się sejm i myślę, że wszystko się na nim dobrze ułoży. Ksiądz prymas Dzierzgowski całym sercem jest oddany naszej sprawie, tak jak inni biskupi, prócz księdza krakowskiego. A z senatorów świeckich możemy liczyć na całe Mazowsze i na Wielką Polskę. Wprawdzie kasztelan poznański Górka nie jest mi przychylny, ale ostro występuje przeciwko tej Litewce. Mniemam, że ty panie wojewodo dalej będziesz obstawał przy moich zamysłach? –

Na te słowa Tęczyński uśmiechnął się i krótko oznajmił.

-Możesz być spokojna, miłościwa pani. – Teraz Bona popatrzyła na marszałka, który próbując się uśmiechać, przedstawił jej swoje zamysły.

-Wprawdzie moje zdanie różni się często od zdania waszej królewskiej mości, ale w kwestii małżeństwa naszego króla zgadzam się z tobą pani w zupełności. – Po tych słowach królowa uśmiechnęła się do Kmity i oznajmiła.

-Mój syn zobaczy kto ma władzę w Polszcze i będzie musiał odprawić tę przybłędę. Myślę, że po sejmie powrócę na Wawel i przekonam króla, aby odpowiednio nagrodził tych, którzy na to zasługują.

-Pani – włączył się Tęczyński – ja również myślę, że sprawa pójdzie gładko, bo przecież inaczej być nie może.

-Zatem myślimy tak samo, wojewodo. – Następnie powstała ze swojego krzesła i wesoło oznajmiła. – Nie dalej jak wczoraj otrzymałam z Italii kilka beczek dobrego tamtejszego wina. Chętnie waszmościów poczęstuję.

-Nie odmówię – rzekł uśmiechnięty Tęczyński.

-Jako i ja – odparł Kmita i obaj czekali aż służba królowej wniesie puchary i napełni je włoskim winem.

-Skoro tak szybko omówiliśmy tę sprawę, to chciałabym jeszcze usłyszeć zdanie waszmościów o tej Litewce? – Tęczyński rzecz jasna nie dał na siebie długo czekać i jako pierwszy zaczął krytykować Radziwiłłównę.

-Dla mnie ta litewska ladacznica to ścierwo ostatnie, tak jak cały ród Radziwiłłów. Na pohybel im – i uniósł swój puchar w górę. Po chwili to samo zrobiła królowa Bona. Jedynie Kmita nie poszedł w ślady Tęczyńskiego i ze spokojem pił wino.

-Cóż to panie marszałku? Nie wypijesz tego toastu? – Zdziwiła się królowa, nie rozumiejąc zachowania marszałka koronnego.

-Wypiję, ale zdrowie waszej królewskiej mości. Nie będę jednak najeżdżał na ojca tej rozpustnicy, który był dzielnym wodzem i nie jednemu daleko do niego. Myślę, że zgodzisz się pani ze mną, bo Jerzy Radziwiłł godnie bronił naszych spraw. – Po tych słowach uniósł swój puchar do góry i pochylając nieco głowę przed królową, wypił za jej zdrowie. Widząc to Tęczyński skrzywił się tylko i szybko przemówił.

-Mówisz tak panie marszałku, bo piszesz listy do Radziwiłłów, a twoja małżonka jest siostrzenicą tej rozpustnej Litewski. – Na te słowa Kmita nieco się zmieszał, lecz po chwili namysłu odrzekł ze spokojem.

-Pisałem do nich i doradzam im, aby zaniechali tego do czego zmierzają, gdyż narażą się tylko na pośmiewisko, gdy nasz król odeśle ich siostrę na Litwę. – Teraz Kmita drwiąco uśmiechnął się do Tęczyńskiego i zaczął mu przypominać pewne zdarzenia. – Ja wiem panie wojewodo, dlaczego najeżdżasz na ród Radziwiłłów i na wojewodzinę trocką? – Tęczyński wiedząc co Kmita ma na myśli, od razu stracił dobry humor. – Pamiętam dobrze wojewodo, jak starałeś się o rękę matki wojewodziny trockiej, która z możnego polskiego rodu Kolów się wywodzi. Nie zapomniałeś o tej zniewadze wojewodo i dlatego obrzucasz błotem Radziwiłłównę i jej ród.

-Na miły Bóg, po czyjej stoisz stronie panie marszałku? – zapytał zdenerwowany.

-A po czyjej mam stać! – odparł krótko Kmita.

-Dziwnie to brzmi, panie marszałku. Czyżbyś jej bronił? – zapytała Bona.

-Nie bronię jej miłościwa pani, ale dobrze wiemy, że nawet w połowie nie jest prawdą to, co się o niej mówi. Nie raz bywałem na Litwie i mam tam swoich oddanych ludzi, którzy zgodnie mi donoszą, że Anna Radziwiłłówna prowadzi łajdacki żywot, ale o wojewodzinie trockiej nie da się tego powiedzieć. Zapewne miała kochasiów, ale nie 38, tak jak to powtarza kasztelan Górka.

-Widzisz miłościwa pani – wtrącił nerwowo Tęczyński – że pan marszałek broni tej rozpustnicy.

-Miałeś ją chociaż raz panie wojewodo? – pytał nieco zdenerwowany Kmita. – Chociaż raz ją miałeś? – po czym złośliwie dodał. – Ma się rozumieć w ramionach, a nie na języku?

-Ja miałbym się tarzać z tą rozpustnicą! – oburzył się Tęczyński.

-Każdy gdzieś słyszał, że ktoś łajdaczył się z wojewodziną trocką, tylko że nikt nie wie kto? – zadrwił marszałek

-Nie rozumiem cię panie marszałku? – wtrąciła się Bona.

-To nie jest wina Radziwiłłówny, bo owdowiała i szukała pocieszenia, tylko jej braci, którzy chcą wywyższyć swój ród. Ale i Radziwiłłowie nic by nie zdziałali, gdyby im panowie z Polski nie przyszli z pomocą. Tu u nas trzeba szukać winy, bo to hetman Tarnowski i kanclerz Maciejowski najwięcej zawinili.

-Znowu najeżdżasz marszałku na hetmana, którego nienawidzisz, bo to twój stryj, który jest pierwszym doradcą króla – dociął mu teraz Tęczyński.

-Gdyby nie ci dwaj i ich poplecznicy, to król nawet by nie wyjawił swego małżeństwa, nie mówiąc już o sprowadzaniu wojewodziny do Polski.

-Dajmy temu spokój, panowie – włączyła się Bona. – Zapytałam się tylko dlatego, bo nie pojmuję, co mój syn widzi w tej Litewce?

-Nawet na jedną noc bym jej nie chciał – odparł krótko wojewoda sandomierski.

-Dziwne to – zaczął z drwiącym uśmieszkiem Kmita – bo przecież wojewodzina trocka jest ładniejsza od matki, a ty wojewodo ganiałeś za jej matką przez pół roku.

-Nie rozdrażniaj mnie marszałku! – zdenerwował się Tęczyński, ale szybko pojął, że jest na audiencji u królowej.

-Widzę panie marszałku, że spodobała ci się wojewodzina trocka? – zakpiła Bona.

-Bynajmniej, bo chociaż jest urodziwa, to w Polszcze są bardziej urodziwe niewiasty.

-To co mój syn w niej widzi? – zapytała ponownie królowa.

-Miłościwa pani powinna o to zapytać króla – odparł jej bezpardonowo Kmita.

-Mniejsza o to, jaka Radziwiłłówna jest naprawdę, bo mało kto ją widział. Dla szlachty będzie taką, jaką my ją widzimy. Był tu u mnie wczoraj pan Lupa Podlodowski, który marszałkował na ostatnim sejmie. Nie ukrywam, że obiecałam go wynagrodzić, bo ma stanąć po naszej stronie. A dzisiaj, tuż przed waszmościami, był u mnie wojski inowrocławski Sierakowski, który jest upatrzony na marszałka sejmu. Wprawdzie ten Sierakowski nie chciał pieniędzy, ale obiecał, że będzie jawnie występował przeciwko małżeństwu mojego syna.

-I bez tego wygramy, miłościwa pani, bo król nie ma doświadczenia i stoi po przegranej stronie – przemówił Tęczyński.

-Ostrożności nigdy nie za wiele. A co do króla, to nie jest taki niedouczony za jakiego go miałam. Radziwiłłowie przekabaciły go na swoją stronę, ale tak im zgram, że zobaczą kto tutaj rządzi. – Po tych słowach Bona dotknęła dłońmi swej głowy i pokazując zmęczenie, oznajmiła.

– Pragnę teraz nieco odpocząć, ale zapraszam was panowie wieczorem, kiedy to na zamku śpiewacy umilać czas będą.
Chwilę później obaj dygnitarze koronni opuścili komnatę królowej, w której pojawił się ochmistrz Ocieski. Na jego widok królowa od razu zapytała.

-Zapewne podsłuchiwałeś, ochmistrzu?

-Podsłuchiwanie to italijski zwyczaj, a nie polski.

-Śmieszny jesteś ochmistrzu, bardzo śmieszny. Jakie wy tu mieliście obyczaje, zanim wam nie pokazałam italijskiej kultury, która dzięki mnie zadomowiła się tutaj. Chyba temu nie zaprzeczysz ochmistrzu, jako i temu, że podsłuchujesz pod drzwiami?

-Nie muszę podsłuchiwać miłościwej pani, bo głos waszej królewskiej mości na dziedzińcu jest słyszany.

-I dobrze! Oby był słyszany w całej Polszcze, to wtedy lepiej byłoby w tym kraju.

-Zachodzę w głowę czy waszej królewskiej mości chodzi o oddalenie niegodnej synowej czy też o władze w tym kraju?

-Jedno i drugie, ale najważniejsze jest to, aby ją oddalić i ożenić Augusta z taką, którą mu ja wybiorę. Nie po to zabiegałam przez 30 lat, aby pomnożyć bogactwa tego kraju, żeby je teraz brała jakaś Litewka – dokończyła wzburzona.

-Tylko jak się to wszystko skończy?

-A jak się ma skończyć? – i spojrzała z drwiącym uśmieszkiem na swojego ochmistrza. – Kazałam ci wezwać czarnoksiężnika?

-Czeka od rana, miłościwa pani – oznajmił Ocieski, a następnie opuścił komnatę królowej, która z niecierpliwością czekała na pojawienie się jej dobrego znajomego.

-Jakże dawno cię nie widziałam?

-Nie tak dawno miłościwa pani, bo zaledwie przed miesiącem.

-Zatem co od miesiąca mówią gwiazdy?

-Nic dobrego, miłościwa pani – oznajmił cicho czarnoksiężnik czekając na reakcje Bony.

-Tylko tyle masz mi do powiedzenia nikczemniku? Mów, coś wyczytał?

-Między gwiazdą waszej królewskiej mości, a gwiazdą króla jest inna gwiazda. A to wróży, że nic dobrego z tego nie wyniknie.

-Idź precz! – krzyknęła Bona – bo tylko mnie zawiodłeś. – Następnie zwróciła się do ochmistrza, który czekał aż czarnoksiężnik opuści komnatę. – Po coś go tu przyprowadził? Ostatnio brednie opowiada i nic mu się nie sprawdza. Czas go zmienić. – Ocieski jednak milczał. – Czemu nic nie mówisz, ochmistrzu?

-A co mam mówić, pani. Mawiała święta Gertruda, że dobrze jest jak się coś uda, bo gdy coś się nie udaje, to ten co niżej po łbie dostaje.

-Znowu te mądrości – zakpiła Bona. – Tak sobie myślę, że gdyby zeszpecił Radziwiłłównę to wtedy przestała by się podobać Augustowi.

-Co masz na myśli, pani?

-Jeszcze nic, ale pomyślę o tym. Wszak sam mówisz ochmistrzu, że bez urody, to jak bez wody.

-Ale sama woda to jeszcze nie wszystko.

-To prawda, ale gdyby trochę zbrzydła.

-Chcesz jej pani pokiereszować twarz?

-Czasami to mi się wydaje, że nie miałam rozumu biorąc cię na ochmistrza. Myślę o czarnej ospie, która potrafi bardzo zeszpecić. A zarazy cały czas gdzieś się pojawiają.

-Tylko, że zarazy zbierają srogie żniwo. Chyba nie chcesz pani narażać zdrowia króla, który cały czas z nią przebywa? Lepiej nie kusić losu.

-To prawda, ale mój syn będzie na sejmie w Piotrkowie, a ona daleko od niego. A przecież pod Krakowem zaraza często się pojawia. – Po tych słowach Bona przerwała swoje makabryczne plany, gdyż dostrzegła nieme przerażenie w oczach Ocieskiego. Wiedziała, że do jej kolejnego planu potrzebny jest tylko i wyłącznie Kudłacz.