Profesor Andrew Timothy Nopregariani jak co wieczór wszedł do gabinetu w swoim domu na przedmieściach Brent w stanie Oregon, by popracować. Pod pachą dzierżył kilkanaście książek, czasopism i gazet, które właśnie wyjął ze skrzynki na listy.

Od dawna nosił się z zamiarem zaprzestania prenumeraty papierowych wydań, przynajmniej tych wydawnictw, które ukazują się również online. Mimo że był człowiekiem raczej starszej daty nie uważał, że czytanie „na papierze” jest lepsze. Od dawna z upodobaniem korzystał z czytników, tabletów, smartfonów i innych urządzeń, ku zdziwieniu swoich rówieśników, a nawet pokolenia swoich dzieci. Poza tym kubatura domu, w którym na starość osiadł, jak twierdził, na stałe, też była ograniczona. Kupił ten dom w momencie, w którym mógł przestać pracować na uczelniach, próbując wtłoczyć do tępych dwudziestoletnich głów różnice pomiędzy kalwinizmem a katolicyzmem, sunnitami a salafitami, bogiem Ra a bogiem Wisznu itd., a zaczął utrzymywać się – i to nie byle jak – z własnych publikacji, będących owocem długoletnich studiów i podróży. W swoim osiemdziesięciotrzyletnim życiu trzydzieści kilka spędził w wielu ciekawych miejscach świata – był mnichem w najsurowszym zakonie cystersów, praktykował medytację w buddyjskim klasztorze, szukał prawd objawionych w pieczarze wykutej w skale w Starym Orhei, dzieląc jedno kamienne łoże z zamieszkującym tam na stale pustelnikiem; znał na wyrywki święte księgi wszystkich większych wyznań monoteistycznych, z jezydami jadł z jednego pieca, z animistami w Mali gotował miskę ryżu za opał mając jeden krowi placek; z Aborygenami zaklinał deszcz. Znał tradycyjne wierzenia ludów Amazonii i mitologie większości ludów żyjących i wymarłych. W większości miejsc, w których był, mógł się porozumieć w miejscowym języku czy narzeczu w podstawowym zakresie, bardziej skomplikowane teksty przyswajał angielszczyźnie przy pomocy tłumaczy i konsultantów. Surowe życie w miejscach odosobnienia nauczyło go ascetycznego podejścia do zagadnień, jakimi ludzie niepotrzebnie zajmują się na co dzień, tracąc czas, energię i pieniądze. Zadowalał się trzema skromnymi posiłkami dziennie, złożonymi z surowych warzyw i owoców, spał pięć godzin na dobę, dbał o tężyznę fizyczną, każdego dnia bez względu na porę roku i pogodę odbywając marszobieg na dystansie 25 kilometrów. Dom służył mu jedynie jako sypialnia i przechowalnia książek.

Z mediów społecznościowych nie korzystał, uważając je za stratę jakże cennego czasu, którego pozostało mu już raczej mało. Wiedział, że ma jakieś fanpejdże, czy inne rzeczy, o których istnieniu nie chciał wiedzieć. Z dobrodziejstw internetu korzystał jednak, w tym oczywiście z poczty elektronicznej, która służyła mu głównie do komunikacji z synami i wnukami. Jego była żona nie żyła już od kilku lat (nie dziwne, przy jej odżywianiu! – mawiał często), a i tak byłą żoną była już od kilkudziesięciu, od kiedy wyjechał praktykować zen w Japonii. Żadnego maila od dzieci czy wnucząt w skrzynce nie było, była tam natomiast dziwna wiadomość o treści: „Szanowny Panie Nopregariani. Wiem, że z początku może pan podejść nieufnie do tej wiadomości, ale zapewniam, że wkrótce przekona się Pan o jej prawdziwości. Przybywamy na Ziemię w celach pokojowych; poszukujemy pięciu nietuzinkowych osób, które chcemy zabrać ze sobą w podróż, by wymienić się wiedzą. Jest pan jedną z tych osób, głównie ze względu na ogromną, największą chyba na świecie wiedzę na temat zagadnień religijnych i wyznaniowych na świecie, przy czym nie tylko jako teoretyk, lecz również jako praktyk. Wkrótce otrzyma Pani tą samą drogą szczegóły współpracy itd. Tymczasem proszę zacząć pakowanie niezbędnych dla Pana rzeczy, ponieważ my, Berdosianie, nie wiemy dokładnie, czego potrzebują Ziemianie. Jeszcze raz proszę o poważne potraktowanie niniejszej wiadomości. Próba jej skasowania na nic się nie zda. Czas goni. Tak u was, jak u nas. Z wyrazami najwyższego szacunku, Sebis, zastępca kierownika wyprawy badawczej z planety Berdos.”

Profesor podrapał się po siwej głowie i zaczął zastanawiać, kto mógł mu zafundować taki dowcip. Mailowy adres nadawcy nic mu nie mówił. Potraktował to jako niegroźny wygłup któregoś ze swoich kreatywnych wnuków, po czym zabrał się do pisania rozgrzebanego artykułu o obrzędowości ludów Konga. Gdzieś z tyłu głowy zamajaczyło mu skojarzenie z jakąś wiadomością o tym, że jakoby jacyś kosmici wylądowali na księżycu, ale kto by się przejmował takimi bzdurami? Ważne jest to, co tu, na Ziemi…

Jose Manuel Mendez obudził się w swym pekińskim mieszkaniu jak zwykle wcześnie rano. Szkoda mu było czasu na sen. Nie rozumiał, jak ludzie mogą spać więcej, niż sześć godzin na dobę, jeżeli w życiu jest tyle rzeczy do zrobienia. Mimo dość wczesnej pory na ulicach Pekinu było głośno i ruchliwie. Mieszkał tu od kilku lat, ale nadal nie mógł przyzwyczaić się do tego, że miasto w zasadzie nie zasypia. Zamiana w wieku pięćdziesięciu lat spokojnego andaluzyjskiego miasteczka na jedną z największych metropolii świata nie była bezbolesna. Najpierw należało pogodzić się z tym, że biegać będzie najczęściej na stacjonarnej bieżni – do najbliższego kompleksu leśno-parkowego, w którym można pobiegać nie wdychając spalin, trzeba jechać półtorej godziny w jedną stronę. Odkąd zrezygnował z biegania na poziomie zawodowym i nie musiał już codziennie pokonywać długich dystansów, pogodził się z bieganiem na bieżni dla utrzymania formy. Ponadto może lepiej badać reakcje swojego organizmu na poszczególne bodźce żywieniowe – w pokoju z bieżnią znajduje się całe laboratorium. Jako farmaceuta z wykształcenia, biegacz z zamiłowania i miłośnik kuchni świata z wyboru łączył w sobie cechy pozwalające na prowadzenie różnych badań i ocenianie wpływu poszczególnych czynników pokarmowych na organizm. Nie brzydził się przy tym jeść zarówno owadów występujących zarówno w Andaluzji jak i w innych regionach świata; nie gardził wszelkiego rodzaju roślinnością, co do której mógł mieć pewność, że nie jest trująca. W krajach o innej niż rodzima kulturze nie wahał się – ku obrzydzeniu swoich rodaków – próbować tego, co zwykło się w danym regionie jadać, nieważne, czy były to larwy, pająki, baranie oczy, czy też psy lub koty. Psie mięso zresztą bardzo sobie cenił, przedkładając je nad wołowinę.

Gdy skończył zawodową karierę biegową, zaczął wychowywać następców i pisać jednocześnie książki na temat żywienia, a dokładniej wpływu poszczególnych jego składników na wytrzymałość ludzkiego organizmu w biegach długodystansowych. Ukończył nawet zaocznie studia medyczne, by nie poczytywano go za szarlatana; wykreował kilku mistrzów Europy w biegach na dystansach od 5 kilometrów do maratonu; biegacze z Afryki byli nie do przeskoczenia. Pewnego dnia otrzymał ofertę z Chińskiego Związku Lekkiej Atletyki – przedstawiciele Państwa Środka w wielu dyscyplinach sportowych gonili resztę świata, lecz na tym polu mieli akurat spore zaległości. Zaproponowali Jose Manuelowi pracę polegającą na trenowaniu wyselekcjonowanych zawodników, dostęp do kucharzy przygotowujących kuchnię z całego świata, laboratorium medyczne z nieograniczoną ilością zwierząt służących do testowania i inne profity typowe dla takich kontraktów. Cel był prosty – wytrenować w ciągu sześciu-siedmiu lat kilku zawodników będących w stanie ścigać się z najlepszymi na świecie, a przy okazji stworzyć optymalny model żywienia dla biegaczy długodystansowych.

Jose włączył komputer, by odczytać wiadomości i ostatnie wyniki badań na myszach, którym kazano biegać codziennie ten sam dystans, zmniejszając jednocześnie ilość białka w diecie o tej samej kaloryczności. W skrzynce pocztowej znalazł dziwną wiadomość, pisaną po hiszpańsku i po angielsku: „Szanowny Panie. Wiem, że z początku może pani podejść nieufnie do tej wiadomości, ale zapewniam, że wkrótce przekona się Pan o jej prawdziwości. Przybywamy na Ziemię w celach pokojowych; poszukujemy pięciu nietuzinkowych osób, które chcemy zabrać ze sobą w podróż, by wymienić się wiedzą. Jest pan jedną z tych osób, głównie ze względu na ogromną wiedzę, dotyczącą żywienia i jego wpływu na wytrzymałość wysiłkową ludzkiego organizmu, przy czym nie tylko jako teoretyk, lecz również jako praktyk. Wkrótce otrzyma Panitą samą drogą szczegóły współpracy itd. Tymczasem proszę zacząć pakowanie niezbędnych dla Pana rzeczy, ponieważ my, Berdosianie, nie wiemy dokładnie, czego potrzebują Ziemianie. Jeszcze raz proszę o poważne potraktowanie niniejszej wiadomości. Próba jej skasowania na nic się nie zda. Czas goni. Tak u was, jak u nas. Z wyrazami najwyższego szacunku, Sebis, zastępca kierownika wyprawy badawczej z planety Berdos.”

Muszę sprawdzić, czy dziś nie jest jakieś chińskie święto robienia dowcipów – pomyślał Jose, po czym przeczytał pozostałe maile, nocne wyniki badań przerzucił do odpowiedniego folderu, a następnie wszedł na mechaniczną bieżnię, by, jak co rano przebiec 15 kilometrów na czczo, co pozwalało mu zachować idealną sylwetkę. Włączył telewizor, by jednocześnie obejrzeć wiadomości. A te były niepokojące.

 

CDN…