Dominacja angielsko-hiszpańska w Europie trwa. Tegoroczne półfinały Ligi Mistrzów to starcia Premier League z La Ligą: najpierw Manchester City podjął Real Madryt. Zapowiadano hit – był hit!

Pep Guardiola miał dobry pomysł, co wcale nie jest u niego regułą w późnych etapach LM. Jego piłkarze zaatakowali Real błyskawicznie. Mieli nie pozwolić gościom na ogarnięcie się po wyjściu z szatni. Zrobili to koncertowo, bowiem po jedenastu minutach prowadzili 2:0. Kevin De Bruyne najpierw wykończył strzałem głową świetne dośrodkowanie Mahreza, a w kolejnej bramkowej akcji znalazł Gabriela Jesusa w polu karnym podaniem po ziemi. Brazylijczyk łatwo poradził sobie z Alabą i pozostało mu kopnąć piłkę obok Courtoisa do bramki. Nokaut? Tak. Ale Real już pokazał w tym sezonie, że nawet jak idzie źle, nawet jak wydaje się bezradny – właśnie wtedy, jak nikt, potrafi wrócić do życia.

Ale zanim do tego doszło, Manchester City powinien Królewskich dobić. Swoich „setek” nie wykorzystali jednak Mahrez i Foden. Guardiola rwał sobie wyimaginowane włosy z głowy, ponieważ wiedział, że rywale tak nonszalanccy w ataku nie będą. I co stworzą, to wykorzystają. Tak właśnie się stało.

To nie była klarowna okazja do strzelenia, ale właśnie w takich golach wyspecjalizował się Karim Benzema. Dostał dobrą wrzutkę od Mendy’ego, minimalnie wyprzedzając obrońcę uderzył bardzo precyzyjnie z powietrza i Real – choć przebieg gry tego nie oddawał – był blisko gospodarzy.

Po przerwie Manchester City znów przycisnął. Znakomitej okazji nie wykorzystali ponownie Mahrez (słupek) i Foden (dobijając strzał Algierczyka trafił w Carvajala, wyręczającego Courtoisa). Kiedy kilka minut później oszalał Fernandinho, przeprowadzając szybki atak prawą stroną i dośrodkowując, młody Anglik już się nie pomylił. Obrońcy Realu, którzy ewidentnie nie mieli dobrego dnia, zostawili Fodena kompletnie samego przed bramką… Ale po dwóch minutach Los Blancos znów uderzyli. Tym razem Vinicius, który pokpił sprawę chwilę wcześniej, oszukał swojego rodaka Fernandinho, pognał z piłką nieatakowany od środkowej linii (!), wpadł w pole karne i pewnie pokonał kolejnego Canarinho, Edersona. Działo się!

Następne dwadzieścia minut to przewaga gospodarzy, próby szybkich ataków gości – generalnie typowy dla tego meczu scenariusz. A skoro typowy, to musiało coś wpaść! Bernardo Silva wykorzystał dezorientację obrońców Realu (wynikającą z trochę zbyt długiego momentu zawahania sędziego przy przyznaniu The Citizens korzyści, kiedy utrzymali się przy piłce po faulu na Zinczence), ułożył piłkę na lewej nodze i huknął w okienko. Courtois (tym razem nic spektakularnego nie zaprezentował) tylko obejrzał się za mknącą futbolówką. Koniec?

Nie. Osiem minut później Laporte zagrał ręką we własnym polu karnym. Sędzia wskazał na wapno, piłkę wziął Benzema. I tutaj na moment się zatrzymamy. Real sześć dni temu spokojnie pokonał 3:1 Osasunę, ale żadnego gola Francuz nie strzelił. A powinien, bo wykonywał dwa rzuty karne…

Mimo to wziął na siebie odpowiedzialność i zrobił coś takiego:

Real znowu wrócił do gry, która po tym golu nieco siadła. Ileż można szaleć?

Mistrzowie Anglii muszą czuć niedosyt, bo powinni mieć większy zapas po pierwszym meczu. Za to Real nie może pozwolić sobie na powtórkę z ćwierćfinału, kiedy przez większość czasu nie istniał w starciu z Chelsea u siebie. Oby za tydzień na Bernabeu było tak dobrze, jak na Etihad!

Zostajemy na Wyspach. Do miasta Beatlesów przypłynęła Żółta Łódź Podwodna. Przybyła, aby przetrwać.

Trudno przyczepić się do samej organizacji gry w obronie hiszpańskiej drużyny. Goście nie popełniali dużych błędów, ale to czasami po prostu nie wystarcza. Zwłaszcza, gdy naprzeciwko stoi ofensywny potwór, jakim jest Liverpool. Gospodarze narzucili zawrotne tempo. Tylko wpaść nie chciało…

…do czasu. The Reds byli nieskuteczni przed przerwą, ale po niej wystarczyły trzy minuty, by cały misterny plan Unaia Emery’ego runął. Najpierw lot piłki po dośrodkowaniu Hendersona delikatnie zmienił Estupinan, czym zdezorientował wysuniętego przed linię Geronimo Rulliego – wpadło Argentyńczykowi za kołnierz. Zaraz po tym, Liverpool utkał misterną akcję, Mohamed Salah w dużym tłoku subtelnie podał do Sadio Mane, a Senegalczyk z bliska wykonał wyrok. Juergen Klopp i jego podopieczni mieli to, na co zasłużyli.

Villarealowi należy się szacunek za to, co w ostatnich tygodniach osiągnął. Wyrzucenie z LM Juventusu i Bayernu to wielki wyczyn. Na najlepszą drużynę w Europie, jaką w obecnej formie jest Liverpool, to było za mało. Zresztą, goście mogą się cieszyć, że skończyło się tylko dwubramkową porażką. The Reds ogląda się z przyjemnością. Każdy w tej drużynie wie, co ma robić, gdzie się ustawić, z kim w danym momencie wymienić się pozycjami. Wydaje się, że nie da się lepiej opanować środkowej strefy, niż jak to wczoraj zrobili Henderson, Fabinho i Thiago. Dopracowane do perfekcji automatyzmy mogą wyglądać jak wyjęte z gry komputerowej, ale piłkarze Liverpoolu dokładają do tego element nieprzewidywalności i wielkie umiejętności każdego z nich. A to daje radość oczom widza.

Ale to jest futbol. Jeszcze nie wszystko dla Villareal stracone, a że będzie trudno? Z Bayernem nikt nie dawał bandzie Emery’ego szans…