
Z Panem Zbyszkiem spotkałem się przed kilkoma laty w jego (kultowej już) restauracji. Smutna informacja o jego śmierci przywołuje naszą rozmowę i tekst, który znalazł się w książce na 100-lecie Orląt. Podczas pracy nad jubileuszową publikacją przekonywałem się, że Zbigniew Litwiniec tworzył przez wiele lat tą najsilniejszą sekcję w klubie przy Warszawskiej. Rodzinie, znajomym i przyjaciołom Zmarłego składamy szczere wyrazy współczucia.
„Człowiek jest tym, na co mu historia, państwo, prawo i żona pozwolą”
Zbigniew Litwiniec: Ja daję ciepło, drożdże same rosną
Nie ma w Radzyniu osoby, która nie znałaby Zbigniewa Litwińca. Nestor radzyńskich (i międzyrzeckich) szachistów, wychowawca wielu pokoleń adeptów królewskiej gry, macha ręką na słowo „legenda”. – Ja daję ciepło, drożdżesame rosną – mówi skromnie.
Spotykamy się w przytulnym barze przy ul. Dąbrowskiego. Kilka stolików, na jednym z nich gotowa do gry szachownica. Co jakiś czas wchodzą i wychodzą klienci.
Historia lokalu, czyli „co kuleje, to idzie”
To miejsce to kawałek historii Radzynia. Na początku był tu warsztat krawiecki. Ojciec był krawcem, jako mistrz szkolił uczniów. Później, gdy nadeszły czasy likwidacji prywatnego rzemiosła, na całym parterze budynku mieścił się hotel miejski. Potem był tu zakład fotograficzny Adama Paszkowskiego. Ten bar powstał w 1986 roku, prowadziły go siostra i kuzynka. Spółka się rozleciała, przejęła to siostra, później żona – wspomina Zbigniew Litwiniec.
Barek, czyli sensacja
To były czasy, kiedy państwo ekonomicznie się przewracało. Ludzie mieli pieniądze, ale nie było towaru. Szeptano: pepsi, galaretka w Radzyniu! Pojawił się samodzielny lokal, który był wtedy sensacją. Teraz pepsi w szkle idzie sztuka na miesiąc, więcej sprzedajemy w puszkach – wraca do lat prosperity.
Świadek zmiany miasta
Litwiniec zwraca uwagę na coś istotnego – lokal ma stałe miejsce. – Okazuje się, że miasto żyje. Jeżeli w „Ogrodniczej” pracowało 500 ludzi, na poczcie 70, a te firmy znikły lub zanikły, to odbijało się to na ruchu w sklepie.
Podkreśla także czynnik demograficzny. – Dużo ludzi wyjeżdża, jadą na studia, za granicę.
Tu, przez ileś lat, było centrum miasta. Jeden kościół i apteka. Urząd Miasta był w okręgówce, przed „Grzybkiem” i miasto się kończyło. Do poczty były trzy murowane budynki, dwupiętrowy, gdzie obecnie na dole jest pani dentystka i na rogu, gdzie są torebki. Tam, gdzie poczta, za płotem, był drewniak GS-u. Nasze dwie sąsiadki: panie Szczepaniukowa i Izdebska chowały świnki – dodaje.
Klimat dawnych lat
Zapytany o wygląd lokalu, dla niektórych może nieco staroświecki, dla innych będący swoistym magnesem, pan Zbigniew odpowiada: – Zmiany są zbędne. Chodziło nam także o rangę lokalu jako kafejki. Dzielnica żyje, przeniesiono PKS i szkołę. Jeżeli ktoś skończył lekcje, miał 20 minut do autobusu, to jeszcze zdążył tutaj wpaść, wypić kawę czy herbatę – podkreśla.
Jeszcze na studiach, w magazynie „Forum”, czytał o zjawisku wyludniania centrów miast. – Jest też inny obyczaj. W erze przedkomputerowej i komórkowej, gdzie nie spotykano się na Instagramie czy Facebooku, nie wychodząc z domu, lokal był naturalnym miejscem spotkań. Z kafejki została nazwa, czasem przez rok nikt nie zamówi kawy.
Szachy
Pokazał mu je ojciec, był wtedy w przedszkolu. – Pokazał nam ruchy, ale z nieprawidłowym ustawieniem, wspomina, odwołując się do futbolu: jeżeli chłopcy grają w piłkę na podwórku, to oczywiście nie jest prawdziwa piłka nożna (w niej jest powiedziane, jaka długa jest bramka, co to jest spalony, jakie wymiary ma boisko). Zmiana jednego przepisu w każdej grze sprawia, że to już inna gra. Nauczeni na podwórku umieją jedynie trzymać piłkę przy nodze, podawać, strzelić na małą bramkę.
Klucz otworzył pasję
Na początku grał z bratem. Przed jego przyjściem do liceum, profesor Eugeniusz Paśnikowski prowadził sekcję szachową. Zaprzestał tego, nadrabiał studia i nie miał czasu na dodatkowe zajęcia.
Dostał klucz od szafy ze sprzętem szachowym. Zostawał codziennie po lekcjach i grał w szkole.
– Wracałem późno, mama pytała: co ty w tej szkole robisz? Nie mówiłem o szachach. „A to profesor kazał ze słabszymi zadania robić”.
Chodzili do domu profesora. – Ja, Adam Dołęga, Janek Walczuk, późniejsi księża: Syryjczyk i Jan Dzięga. Kończyły się lekcje, grałem z nim kilka partyjek, a jego dzieci, Jureczek i Hania, biegały między krzesłami – wspomina.
Jako ważną datę wymienia wiosnę `67 r. W Międzyrzecu odbywał się turniej powiatowy, pojechał ze starszym kolegą, Zenkiem Goskiem. Ja zająłem pierwsze, on drugie miejsce, choć był ode mnie lepszy – śmieje się.
Po kółku szachowym zaprowadzono go do pałacu – pani Sawiczowa prowadziła klub pracowników Rad Narodowych. Jesienią zaczęli grać w lubelskiej A-klasie, którą wygrali. Pierwszy mecz w Adamowie wygrali 8:0.
– Przeciwnicy usprawiedliwiali się: „my pierwszy raz gramy”. Odpowiedzieliśmy: „my też” – śmieje się pan Zbigniew.
W `74 r. awansowali do drużynowego finału „Złotej wieży” Mistrzostw Polski LZS-ów (w Pułtusku zajęli 6. miejsce w Polsce).
Mieliśmy szansę na 3. miejsce, przegraliśmy o „koński paznokieć” – wspomina. Grali wtedy: Łukasz Dymek, Piotr Turowski i Paweł Krasuski.
Człowiek jest tym, na co mu historia, państwo, prawo i żona pozwolą
– Żona pozwoliła mi, żebym mógł się tym zająć. W Międzyrzecu miałem światłego szefa – Jana Bartosa, dyrektora Liceum Ekonomicznego. Przez 12 lat był nauczycielem matematyki i fizyki. Zauważył, że bawię się z dziećmi szachami na przerwach. Na drugi rok zaproponował mi płatne zajęcia pozalekcyjne, prowadziłem je 5 lat (1987-1992) – wspomina.
Gdy skończyły się pieniądze, zaczął sam jeździć popołudniami do Międzyrzeca. – Sukces potrzebuje opiekuna – tłumaczy swoją decyzję. – Był rok, kiedy w tygodniu miałem 13 stałych zajęć. W Białej Podlaskiej Romuald Izdebski, typ menadżera, założył modelowy okręgowy związek szachowy. Zrobił bardzo dużo na ówczesnym „pustkowiu” – zaznacza pan Zbigniew.
Sukcesy własne i wychowanków
W okręgowej lidze „starego” województwa lubelskiego, przez dwa ostatnie lata był najlepszym juniorem. Przed pierwsze lata studiów – jej najskuteczniejszym zawodnikiem. Mistrz woj. bialskopodlaskiego, trzykrotnie najlepszy w błyskawicznych.
Na podium był 7 lat po kolei. W Łodzi wygrał turniej nauczycielski. Jego zawodnicy, z Radzynia i Międzyrzeca, ponad 70 razy dochodzili do finału Mistrzostw Polski Juniorów.
Impuls dał mistrz Polski przedszkolaków
Wśród wychowanków ma mistrza Polski przedszkolaków, to Michał Łosicki z Międzyrzeca („to była większa Boża iskra, niż moje umiejętności. W domu ogrywał wszystkich, interesowały go wszystkie gry planszowe, do 8 klasy co roku awansował do mistrzowskiego finału”), czy wicemistrzynię Polski w rozwiązywaniu zadań.
„Janusy”, „Pietrasy”…
Z pierwszych 30 medali na wojewódzkich turniejach kuratorskich aż 19 trafiło do jego podopiecznych. Przez wiele lat, w rozgrywkach międzyszkolnych, radzyńska młodzież ze szkół podstawowych i średnich zajmowała najwyższe stopnie podium.
Były zawody, gdzie wystawiałem trzy drużyny. Za zgodą dyrektorów szkół nazywały się: „Janusy”, „Pietrasy”, a stare chłopy – „Kozirynek”. Startowaliśmy nie jako „Orlęta”, rzecz jasna zajęliśmy trzy pierwsze miejsca – śmieje się na wspomnienie.
Sukces „o żyletkę”
W Woli Gułowskiej rozgrywany był ogólnopolski, drużynowy turniej pamięci gen. Kleeberga. Co roku spotykaliśmy się z II-ligowcem z Pułtuska. Wygrali go z 9 razy, my – raz, w `91 r. Wtedy, od drużyny pierwszej do czwartej, był punkt różnicy. Na kogoś musiało paść, padło na nas – przypomina jeden z wielu sukcesów.

Kiedy w ODK-u nie było jeszcze podłóg
– W jedne ferie, w Radzyniu i Międzyrzecu, poprowadziłem 20 turniejów. W ODK-u, na Zabielskiej, jeszcze nie było podłóg, był beton. W któreś ferie zacząłem zajęcia. Było dla mnie zdumiewające, że było tak wiele dzieci chętnych do gry. Magiczna liczba – 32 osoby powtórzyła się siedem razy. Jak zobaczyłem, ile ich jest, zacząłem tam chodzić dwa razy w tygodniu – opisuje rosnącą popularność szachów w Radzyniu.
To z tamtych zajęć „wyszła” Karolina Legenza, która wygrała półfinał Mistrzostw Polski do lat 10.
Weekendy przy szachownicy
W kawiarence, w każdą sobotę, odbywały się turnieje dziecięce. – Ludzie, którzy zaglądali tu w sobotę rano, patrzyli ze zgorszeniem, że nie ma miejsca. Mówiłem im: „proszę państwa, o 13.00 będzie wolne” – wspomina z uśmiechem Litwiniec.
„Rekord” baru to 18 osób. – Mamy 6 stolików. Grali partię błyskawiczną, po 5 minut dla zawodnika. Pierwszy, nieprawidłowy ruch – przegrywasz. Sześciu stało – gdzie się skończyło, tam siadali. Do dziś mam tabelę z tego turnieju.
W lokalu, na jednym ze stolików, leżał „elementarz” z 1100 zadaniami. – Ten podręcznik przerobiło około 20 osób – wspomina z dumą.
W niedziele, przez kilkadziesiąt lat do czasów pandemii, spotykali się seniorzy. – Czasem kłóciliśmy się, wymieniając różne poglądy, ale szachy nas godziły – przyznaje Litwiniec, przypominając, że podczas niedzielnych potyczek nierzadko zajmował ostatnie miejsce.
Niecodzienni goście
Wskazując na stolik przy kuchennym okienku, przypomina: – Na zaproszenie Adama Pękały, gościliśmy arcymistrza Ukrainy – Lubomira Michalca. Spotkaliśmy się z nim w `99 r. na turnieju koło Krakowa. Adam się z nim zakolegował. Mistrz grał w turnieju w Głuchołazach, za czeską granicą, wygrał go i przyjechał do Radzynia, miał turniej w Międzyrzecu. Graliśmy tu partyjkę i ku mojemu zaskoczeniu skończyło się remisem. Nie wiem, czy była to kurtuazja z jego strony. Zawodnicy przyglądający się grze stwierdzili, że mogłem wyciągnąć więcej. Ale trzeba mieć szacunek dla przeciwnika – jeżeli proponuje remis, to trzeba skwapliwie go przyjąć.
Królewska gra
– Mówią, że szachy opóźniają Alzheimera – dopowiada z uśmiechem przysłuchujący się naszej rozmowie Dariusz Ponikowski, częsty bywalec lokalu, zarazem jeden z przedstawicieli radzyńskich szachowych rodzin, m.in.: Ponikowskich, Siwków (Damian i Mateusz), Żelazowskich, Litwińców.
-Jeśli, np. w Komarówce, spotyka się na szachach miejscowy ksiądz z aptekarzem, to jakie są ich koszty? Jeden przyniesie nalewkę, zażyją co nieco, to jest cały koszt. Co innego, gdy mowa o przejściu w granie wyczynowe. Wyjazd na zawody kosztuje, raz dostałem klubowy autobus. Opłaciliśmy 400 wyjazdów na zawody – opisuje obrazowo.


Szachy „ustawiają klepki”
– Dla jednych szachy są intelektualną rozrywką, dla innych okazją do towarzyskiego spotkania. W sposób niebywały ustawiają klepki. To tak jak z gimnastyką, nie służy niczemu, ale jak człowiek jest wygimnastykowany, to jest zdrowy. Wielu moich uczniów zrobiło niesłychane postępy w matematyce. Szachy uczą koncentracji, odpowiedzialności, fair play, przewidywania, „inżynierskiego” myślenia – podsumowuje nestor radzyńskich szachistów.

