Wiosen minęło sporo ponad dwa tysiące
od czasów, gdy kalendarz nie zdążał za słońcem.

Juliusz Cezar był jechał po Forum Romanum,
dumał trochę o sacrum, więcej o profanum.
I przyszła mu do głowy myśl pewna w tej chwili:
„Zanim kopnę w kalendarz (Et tu, Brute, fili?!),
chciałbym jakiejś reformie dać miano juliańska…”.

Jechał tak na pstrym koniu jak jakaś łaska pańska
i, jadąc, myślał dalej: „Może system szkolny?
Może emerytalny, bo mało wydolny?
A może służba zdrowia…?”. Na szczęście Rzymowi
zreformować kalendarz cesarz był postanowił.

Reformę tę powierzył Sosigenesowi,
mędrcowi z Aleksandrii, co kalendarzowi
jeden dzień więcej w lutym wplótł co lata cztery.

A dlaczego nie w maju, no pytam, do cholery!?