
Kiedy zamknąłem książkę Opowieści znad rzeki Hulan, przez długą chwilę siedziałem w ciszy. To nie była cisza po lekturze fascynującej fabuły czy napięcia rodem z thrillera. To była ta inna cisza — taka, która zostaje w człowieku jak osad po rzece, której nurt zabiera wspomnienia, ale zostawia ślad. Taką rzeką są wspomnienia Xiao Hong. I choć płyną z innego czasu, z innego świata, to ich brzeg wydaje się dziwnie znajomy.
Głos kobiety z dalekiej Mandżurii, głos sprzed ośmiu dekad, przebija się przez szum współczesności z zadziwiającą siłą. Jej dzieciństwo, smutek i obserwacje są cichym krzykiem, którego nie sposób zignorować.
Zaskakuje mnie, jak bardzo „tamto” i „tu” się przenikają. Xiao Hong pisze o dzieciństwie jak o czymś ciężkim, uwierającym, niepoetyckim. A jednak — jej narracja ma rytm i ton, który porusza coś bardzo głęboko. Żyjemy dziś w epoce nadmiaru: treści, informacji, bodźców, oczekiwań. Ale jednocześnie, dziwnie jak nigdy dotąd, jesteśmy wygłodniali prawdy. Nie tej krzyczącej, spisanej w nagłówkach, ale tej cichej, jak szmer rzeki. I taka właśnie prawda płynie z Xiao Hong. Nie krzyczy, nie ocenia, nie moralizuje. Po prostu mówi.
Jej bohaterowie to wiejscy biedacy, kobiety upokarzane i dzieci, których świat jest ciasny jak zimowy kożuch i równie duszący. Ich życie nie pędzi — ono się snuje. Tak samo, jak dziś snują się nasze dni, gdy zamknięci w bańkach ekranów i pośpiechu zapominamy, jak pachnie rzeczywistość. Czytałem o wsi, gdzie każdy gest jest obserwowany, a kobieta nigdy nie jest wystarczająco godna, by mówić. A potem patrzyłem na współczesny świat kobiet zmuszanych do ciągłej autoprezentacji, idealizacji, rywalizacji. Czym różni się opresja społeczna od tej emocjonalnej, miękkiej, ale równie skutecznej?
Nie mogę nie myśleć o samotności, która sączy się z każdej strony książki Xiao Hong. Samotność dziecka, samotność kobiety, samotność człowieka w obliczu obojętnego świata. To uczucie jakby znajome, niepokojąco aktualne. Przecież dziś, w świecie aplikacji do randkowania, medytacji i coachingu, coraz częściej słychać: „czuję się sam”, „nikt mnie nie rozumie”, „nie umiem być w relacji”. A przecież jesteśmy otoczeni ludźmi. Co więc zawiodło? Czyżby rzeka, którą płynie nasze życie, rozlała się na zbyt wiele kanałów, gubiąc nurt?
Xiao Hong zmarła młodo. Nie miała czasu na splendor i powroty. Ale zostawiła coś, czego się nie da zapomnieć. Jej słowa mają wagę doświadczenia, którego dziś brakuje. Żyjemy, jakby wszystko dało się naprawić, cofnąć, wyedytować. A ona pokazuje, że są rzeczy, które po prostu się wydarzyły — i trzeba je unieść.
Dlatego jej „Opowieści…” nie są tylko „świadectwem”. Są lustrem, w którym możemy się przejrzeć. I choć obraz bywa bolesny, czasem wykrzywiony, to jest w nim coś oczyszczającego. Tak jak rzeka — potrafi zabrać to, co ciężkie. Ale tylko jeśli pozwolimy jej płynąć.
Czytając Xiao Hong, nie czułem się turystą w egzotycznym świecie. Czułem się raczej współmieszkańcem wspólnej wioski ludzkiego losu. Jej rzeka Hulan stała się na moment moją rzeką San, nad którą spędziłem całe swoje dzieciństwo. I pomyślałem, że czasem warto zanurzyć się w opowieści z daleka, żeby na nowo usłyszeć siebie. I choć we współczesnym świecie wszystko musi być „piękne”, „wartościowe” i „instagramowe” — ona miała odwagę powiedzieć: „w tych historiach nie ma nic pięknego”. A ja dodam od siebie: dlatego właśnie są prawdziwe.
Xiao Hong – „Opowieści znad rzeki Hulan”, przekł. Magdalena Stoszek-Deng, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021, str. 253
