
Dobrze oglądało się wczoraj grę atakujących Polaków. Po wyrównanym początku, ujęli lejce w swe ręce i prowadzili ten mecz. Atakowali skrzydłem, atakowali środkiem. Zieliński wybierał optymalne warianty. Świadomy ostatniej mundialowej szansy Lewandowski mocno motywował kolegów i często był pierwszy w pressingu. Znakomicie zastawiał się ze Szwedem na plecach. Kiedy trzeba było cofał się, zostawiając miejsce Kamińskiemu czy Świderskiemu. Brak klasycznego defensywnego pomocnika rekompensował Szymański, notując chyba rekord odbiorów i przechwytów. Cashowi nie sprawiało różnicy, którą nogą dośrodkowuje, dzięki czemu był wielowymiarowy (dopóki starczyło mu sił). Po założeniu siatki w jednej z pierwszych akcji, Zalewski gnębił „swojego” obrońce potem regularnie. Kamiński wbiegał to tu, to tam, absorbując Szwedów. On ma łatwość wkraczania w wolne sektory i znajdowania się w związku z tym na pozycjach strzeleckich. Szkoda tylko, że jest dość surowy technicznie, bo czasami wystarczyłoby lepiej przyjąć piłkę.
Polacy chcieli mieć piłkę i ją mieli, w dodatku sprawnie nią operowali. Trafili na dobrze dysponowanego Nortfelda, który instynktownie odbijał rękami i nogą strzały, odpowiednio: Świderskiego i Kamińskiego. Nie popisał się za to przy uderzeniu Zalewskiego, który zgubił przeciwnika zejściem do środka i kopnął w długi róg. Piłka po rękach szwedzkiego bramkarza wpadła do siatki.
Najlepszy nasz moment to drugi gol. Po kolei: przerzut Zielińskiego „do kieszeni” Casha. Ten schodzi na lewą nogę i dośrodkowuje. Piłkę przedłuża szwedzki obrońca, dopada do niej Zalewski i spokojnie dogrywa Świderskiemu na pustą. „Brazylia”, pomyślałem.
Tak grającą do przodu reprezentację Polski chcę oglądać zawsze.
To skoro było tak dobrze, to dlaczego było tak źle?
Bo koszmarnie oglądało się wczoraj grę broniących Polaków. Pierwszy gol? Szwedzi szybko wymienili podania, nasi przy każdym z nich byli spóźnieni. Cała(!) trójka środkowych obrońców skupiła się na asystującym Ayarim, któremu i tak udało się zagrać tak, jak chciał. Elanga tylko na to czekał i precyzyjnie uderzył pod poprzeczkę, mając hektar miejsca i mnóstwo czasu. A gdzie był Zalewski, który jako wahadłowy ma asekurować swojego stopera (Kiwiora), kiedy ten akurat (niepotrzebnie…) przesunie się bliżej środka? A gdzie był Zieliński, gdy jego partner z rozegrania Szymański akurat nie nadążał w przeszkadzaniu Szwedom w naszym polu karnym?
Drugi gol? Zalewski odpuszcza wyścig z Elangą, który wyprzedza Polaka i przejmuje piłkę. Nicola fauluje. Po co? W jaki sposób Elanga miał nam zagrozić przy bocznej linii, tyłem do pola karnego? Ale rzut wolny można jeszcze wybronić. Tymczasem Lagerbielke wbiega na bliższy słupek sam (!), Grabara wzorem kolegów z pola zostaje w miejscu, więc Szwed po prostu strzela jak na treningu, nieniepokojony przez nikogo ani nic.
Trzeci gol? Kryminał. Kiwior ograny jak dziecko (przypomniał się Jakub Wawrzyniak z otwarcia Stadionu Narodowego…), potem mamy problem z wybiciem piłki, następnie pierwszy strzał zatrzymuje się na Grabarze, a drugi na słupku. Piłka parzy, nikt z broniących nie bierze odpowiedzialności. Wreszcie bezbarwny przez cały mecz Gyokeres przestawia Wiśniewskiego i wprowadza przeciętną Szwecję do mistrzostw świata.
Tak grająca w obronie reprezentacja sprawiła, że zatęskniłem za Czesławem Michniewiczem.
Jan Urban niestety przespał moment, w którym powinien zmienić zajechanych intensywnością piłkarzy. Oskar Pietuszewski zaliczył irytujące pół godziny. Grosicki i Piątek weszli za późno.
Czekałem na taki mecz, na awans uzyskany po ładnej grze. Zostałem z tą ładną grą jak Himilsbach…
Ps. RIP Calcio.
