
Po ponowieniu zaproszenia przez marszałka Kmitę August z Barbarą przybyli w połowie sierpnia do Wiśnicza. W okazałej rezydencji gorąco witano króla i jego małżonkę, gdyż marszałkowa koronna była siostrzenicą Radziwiłłówny.
Nic też dziwnego, że Kmita mając u siebie tak znamienitych gości robił co tylko mógł, aby zmienić swój wizerunek i pozyskać Jagiellona. Przez cztery dni trwały niekończące się uczty, a przy tym różne turnieje i zabawy, w czasie których króla i jego małżonkę obdarowywano różnymi kosztownościami. Do Wiśnicza zajechał też marszałek litewski Radziwiłł Czarny, który robił co tylko mógł, aby jego stryjeczna siostra Barbara została królową Polski.
Po zakończeniu porannego posiłku August wyszedł na dziedziniec zamkowy, gdzie zwrócił się do Kmity i Radziwiłła.
-Nikt nie był mi tak bliski, jak świętej pamięci ksiądz kanclerz Maciejowski.
-Ja też panie zawsze ceniłem zasługi księdza kanclerza Maciejowskiego dla naszego kraju – rzekł marszałek wielki koronny.
-Trzeba będzie oddać ostatnią posługę zmarłemu. – Oświadczył król, po czym stwierdził. – Przeszła mi chęć na to polowanie.
-Zrobisz panie jak zechcesz, ale gajówka jest gotowa.
-Dziękuję ci, panie marszałku. Ale skoro tyle się natrudziłeś, to jednak zapoluję, a potem już wracam na pogrzeb do Krakowa.
-Ja też panie pragnę oddać ostatnią posługę zmarłemu – oznajmił Kmita.
-To będzie okazja, żeby raz jeszcze omówić wszystko w Krakowie. – Po tych słowach skierował się w stronę oczekującej na niego służby i myśliwych, którzy mieli mu towarzyszyć w polowaniu. Zanim Jagiellon ruszył na łowy, Czarny zastąpił mu drogę i zapytał.
-Myślisz panie, że na wieść o hołdzie księcia pruskiego panowie przybędą do Krakowa? Mogą się domyślić, że idzie tu o koronację Barbary.
-Panie marszałku. Kto przybędzie to będzie, a koronacja i tak się odbędzie.
-A może by tak panie … – zaczął Czarny, ale nie dokończył.
-Panie marszałku nie dręcz mnie dłużej, bo już mi tego wystarczy. Najpierw przywiozłeś wiadomość, że mąż siostry mojej małżonki, pan Kiszka, zmarł niespodziewanie, a dzisiaj jeszcze przyszła wiadomość, że zmarł ksiądz kanclerz. Już mi tych złych nowin wystarczy – i zostawił Czarnego, kierując się w stronę oczekujących na niego osób, którzy gotowali się do polowania.
-Panie, czekamy już nieco – zawołała trochę znudzona Barbara, która siedziała na białej klaczy. Obok niej siedziały na koniach jej dwórki, siostra Jurgielisa Katarzyna i Zofia Konarska. Z przodu zaś oczekiwali najbliżsi współpracownicy pary królewskiej, Lasota, Koszutski i Trzebuchowski.
-Zatem ruszamy – oznajmił August i dał znak, po czym uczestnicy polowania zagłębili się w otaczającej rezydencję puszczy.
August jechał jednak zadumany i markotny, co od razu zauważyła Barbara, która próbowała go rozweselić. Tak zbliżyli się do leśniczówki, zbudowanej w malowniczym zakątku, opodal dość dużego strumienia.
-Barbaro, na pewno nie chcesz więcej straży? – zapytał troskliwie Jagiellon.
-A po cóż mi straż opodal siedziby pana marszałka? Jest przecież Katarzyna i Zofia, a Katarzyna strzela z łuku nie gorzej niż najlepszy myśliwy. – Słysząc te słowa siostra Jurgielisa od razu się uśmiechnęła. – Zresztą, kto by się ważył na nas napadać?
-Trzeba być ostrożnym.
-Auguście – zaczęła mówić cichym głosem. – Chcę się tu w puszczy wykąpać, tak jak niegdyś na Litwie. Jest tu taki piękny strumyk opodal, to po co mi straże.
-Dobrze. Jak chcesz tak będzie – i po tych słowach zwrócił się do jednego z konnych. – Zostaniesz tu i będziesz miał na wszystko baczenie, a reszta za mną. Jak upolujemy coś znacznego to wrócimy – zapowiedział i ucałował Barbarę na pożegnanie. – Jedziemy! – zawołał gromko i ruszył ostro z kopyta, a wtedy reszta myśliwych poszła w jego ślady.
***
Minęło trochę czasu, gdy czuwającemu na straży żołnierzowi zachciało się pójść w ustronne miejsce, aby sobie ulżyć. Postanowił więc oddalić się nieco od drewnianego dworku, gdzie nie byłby widzialny. Przykucnąwszy przy jednym ze krzaków urwał sobie trochę trawy, aby ją później spożytkować, gdy nagle uczuł ból w okolicy głowy. Po chwili zemdlał i przewrócił się na bok.
-Fuuu – splunął Kudłacz i z zadowoleniem popatrzył na leżącego nieprzytomnego żołnierza. – No i doigrałeś się śmierdzielu. – Następnie sługus królowej Bony, podpierając się grubym kijem, którym zdzielił żołnierza, podążał ostrożnie z małym tobołkiem na ramieniu do dworku. Gdy podszedł na tył budynku dostrzegł niewielką furtę, ale musiał się trochę natrudzić zanim udało mu się cofnąć zasuwę. W końcu otworzył furtę, która nieco skrzypiała. – Cicho cholero – rzekł zdenerwowany. Po chwili znalazł się w środku i wnikliwie rozglądał się po wnętrzu. Dolna część dworku posiadała jedynie jedno niewielkie okienko, stąd też było tam stosunkowo ciemno. Kudłacz szybko dostrzegł schody prowadzące do góry, gdzie zza drzwi dochodził kobiecy śmiech. W pewnym momencie drzwi od pomieszczenia zostały otworzone, a wtedy siepacz rzucił się pod schody i przestał oddychać. Następnie słyszał kroki schodzących na dół po skrzypiących schodach kobiet, które otworzyły wejściową furtę i wyszły na zewnątrz. Wtedy Kudłacz uśmiechnął się i ostrożnie podszedł do okienka, przez które zobaczył odchodzące dwie kobiety, które po chwili znikły mu z oczu. – Idźcie sobie baby, idźcie – rzekł sam do siebie i zacierał ręce. Następnie zamknął zasuwą wejściową furtę od środka, a później zbliżył się do tylnej furty, którą dostał się do budynku. Obok niej dostrzegł trzy schodki, które prowadziły do niewielkiej furty. Gdy ją uchylił, zauważył kolejne schodki prowadzące na dół. – Jest i piwnica. Ta włoska żmija mówiła prawdę. – Tu znowu zatarł ręce i rzekł sam do siebie. – No, to do roboty.
– Cichutko więc skradał się po schodach do góry, aż w końcu znalazł się przy drzwiach od pomieszczenia. Ponieważ drzwi były nieco uchylone, postanowił sprawdzić czy jego ofiara jest w środku. Wsadziwszy nieco głowę za próg dostrzegł siedzącą tyłem do niego kobietę, która przed niewielkim lustrem rozczesywała sobie włosy. Kudłacz przełknął tylko ślinę, bo widok pięknych długich kobiecych włosów wzbudził w nim pożądanie. Szybko się jednak ocknął i wycofał swą głowę do tyłu. Następnie domknął powoli drzwi, która szczęśliwie dla niego nie zaskrzypiały. W tym momencie rozejrzał się dokoła, szukając czegoś czym mógłby zaryglować drzwi i dostrzegł masywne krzesło, którym zablokował wyjście z pomieszczenia. Po posmarowaniu od środka furty wejściowej żywicą, zrobił to samo ze schodami prowadzącymi do górnego pomieszczenia.
W chwilę później wejście do dworku stanęło w płomieniach, a wtedy Kudłacz udał się po schodach na górę. – Smaż się ty litewska wiedźmo! – rzekł cicho i podłożył ogień pod drzwi, które szybko ogarnął ogień. Po chwili dym był w pomieszczeniu, a wysuszone bale ścian i stropu rozpaliły się bardzo szybko.
-Otwórzcie! Otwórzcie – krzyczała kobieta i waliła w drzwi. Wówczas Kudłacz wyjął długi nóż i skierował go w środkową szczelinę drzwi. Po chwili wycofał nóż do tyłu i dostrzegł na jego końcu krew. W tej samej chwili lamentująca w środku kobieta zamilkła. Wtedy Kudłacz zaczął cofać się do tyłu i podpalał posmarowane żywicą schody. Bardzo szybko dolna część dworku znalazła się w płomieniach, a wtedy podpalacz skierował się do piwnicy. Znajdowało się tam kilka nowych beczek, które miały posłużyć królowi i jego świcie. Po otwarciu jednej z nich Kudłacz poczuł smak węgierskiego wina.
-Wino. Dobre wino, tyle się go zmarnuje – rzekł sam do siebie i postanowił nieco go skosztować. Po chwili postanowił otworzyć sąsiednią beczkę. – Takie wino się zmarnuje – mówił sam do siebie i pochwyciwszy pochodnię, którą podpalił dworek, zaczął szukać włazu. Obszedł całe pomieszczenie dookoła, ale nie znalazł żadnego wyjścia, za którym miałby być loch. – Gdzież to wyjście, do diabła! Gdzie ten loch? – pytał sam siebie i jak obłąkany zaczął szybko kuśtykać po piwnicy. Wyjścia jednak nie znalazł, a do środka piwnicy zaczął dostawać się dym.
Z minuty na minutę było mu coraz trudniej oddychać, a ponieważ żadnego włazu w piwnicy nie było, zdecydował się uciekać przez furtę, którą wszedł do środka budynku. Gdy w końcu opuścił piwnicę, dostrzegł płonącą już furtę, którą próbował otworzyć, ale wtedy zaczęło palić się jego odzienie. Wówczas odskoczył do tyłu i z trudem ugasił płomień na swoim ubraniu. – Ta żmija mnie oszukała. Oszukała mnie! – zaczął krzyczeć rozumiejąc, że w piwnicy nie ma żadnego włazu, który otwierałby wejście do lochu. W tym momencie w płomieniach stanęło drewniane sklepienie piwnicy.
– Obyś się w piekle smażyła – krzyczał na cały głos, chociaż było mu coraz trudniej oddychać. – Ty włoska żmijo! – Po tych słowach całe palące się sklepienie piwnicy zapadało się w dół, przywalając Kudłacza go na dobre.
***
-Panie, nie będziesz miał czym pochwalić się przed swoją małżonką – zażartował Lasota. Wówczas August uśmiechnął się do niego i odrzekł.
-No cóż. Gdy ma się takich pomocników to cóż można poradzić. – Po tych słowach posmutniał nieco i dodał. – To wszystko dlatego, że nie mam dziś wielkiej ochoty na łowy.
-Nie myślałem panie, że tak cię zasmuci śmierć księdza kanclerza Maciejowskiego.
-To przez to Lasota, że byłem tego przyczyną.
-Nie wolno ci panie tak mówić.
-Ksiądz kanclerz nie powiedział mi tego, ale wiem, że trapił się tym, że odtrąciłem hetmana Tarnowskiego, a dopuściłem do łask marszałka Kmitę. Ale przecież inaczej nie dałoby się koronować Barbary. – Po tej wypowiedzi Jagiellona nastała dłuższa cisza. – Zastanawiam się czasem Lasota czy dla jednej osoby warto porzucić najbliższych, przyjaźń i poparcie innych osób? – Tu królewski sekretarz zastanowił się nieco, ale nie zdążył odpowiedzieć.
-Ogień. Pali się! – wrzasnął Koszutski i w tej samej chwili wszyscy dostrzegli w dali kłęby dymu wznoszące się nad puszczą.
-A może to dworek się pali? – zapytał sam siebie August i niezwłocznie ruszył w stronę tamtego miejsca, a za nim udała się cała jego świta.
Pędzili jak tylko mogli i nie zatrzymali się nawet wtedy, gdy Jagiellon zadrapał się mocno gałęzią po twarzy. W końcu dotarli do polany, na której znajdował się dworek, ale budynek był już niemal doszczętnie spalony.
-Rany Boskie! – krzyknął August i zeskoczył z konia. Następnie podbiegł do palącego się dworku i z przerażeniem spoglądał na szalejący ogień. – Barbaro – krzyknął i ukląkł mając łzy w oczach. Wydawało mu się, że widzi w płomieniach swoją ukochaną, stąd też powstał z klęczek i postanowił skoczyć w płomień. Wnet jednak uczuł na swym ramieniu dłoń Lasoty.
-Panie! Już za późno!
-Nie upilnowałem jej! Nie upilnowałem! – W tym samym momencie usłyszał za sobą znajomy kobiecy głos i odwróciwszy się dostrzegł dwórkę Barbary.
-Miłościwy panie – przemówiła drżącym głosem Zofia Konarska.
-Gdzie byłaś? – wrzasnął August i spojrzał na nią przeraźliwie.
-Panie, twoja małżonka czeka tam w krzakach, bo jest tylko w zwykłej sukni – i wskazała ręką na bok. Wówczas August dostrzegł wychyloną za drzewa głowę Barbary. Następnie pobiegł do niej tak szybko, jak tylko mógł i mocno pochwycił ją w swe ramiona.
-Udusisz mnie! – rzekła po chwili Barbara i wtedy dopiero August postawił ją na ziemi.
-Barbaro. Dziękuję ci Panie Boże! – cieszył się Jagiellon i całował ją nerwowo po twarzy. Wreszcie nieco się uspokoił i usłyszał jej cichy głos.
-Auguście mam tylko to odzienie, bo moja suknia została we dworku. W tej wstyd się pokazać – rzekła zakłopotana Barbara. Na to August tylko się uśmiechnął i rozkazał.
-Lasota, daj pelerynę – i tamten niezwłocznie spełnił polecenie króla.
-A gdzie jest Katarzyna? – zapytała królewska małżonka rozglądając się wokoło. W końcu drżącym głosem zwróciła się do Augusta. – Ona została we dworku, bo nie chciała się kąpać. – Następnie głośno krzyknęła. – Katarzyno. Katarzyno!
-Została w środku – stwierdziła Zofia i płacząc wpatrywała się w płomienie dopalającego się dworku.
Po dłuższej chwili przed zgliszczami dworku myśliwskiego pojawił się orszak konnych, prowadzony przez przerażonego marszałka Kmitę. Pospiesznie zsiadł on z konia i stając przed królem nerwowo zapytał.
-Miłościwy panie, co tu się stało? – Wówczas dostrzegł wzburzenie na twarzy króla.
-Pytasz się marszałku, co się stało? To ja się pytam, jak mogłeś to zrobić?
-Miłościwy panie! To nie ja – próbował się bronić przestraszony marszałek.
-Tego się po tobie marszałku nie spodziewałem, ale możesz być pewny, że nie ujdzie ci to bez kary, mimo, że jesteś marszałkiem wielkim koronnym! Za zdradę staniesz przed moim sądem, a że dybałeś na życie mojej małżonki, to zapłacisz głową, bo ja tego dopilnuję – krzyczał na całego August.
-Miłościwy panie, jesteś w błędzie – bronił się Kmita.
-To się okaże na sądzie. Jedziemy do zamku i jeszcze dziś wracamy do Krakowa.
-Panie! Błagam cię panie, tylko mnie wysłuchaj – i klęknął przed królem.
-Zaufałem ci marszałku w Piotrkowie i dałem się zwieść – mówił coraz bardziej zdenerwowany Jagiellon – ale to kara za to, że porzuciłem dawnych sprzymierzeńców.
-Miłościwy panie, chyba nie myślisz… – lecz jego wypowiedź znowu została przerwana.
-Nigdy bym nie pomyślał, że użyjesz marszałku takiego podstępu! Zaprosiłeś nas do siebie, żeby zgładzić podstępem moją małżonkę. Co za niegodziwość!
-Na Boga! Przysięgam ci panie, że nie mam z tym nic wspólnego.
-Będziemy o tym mówić na sądzie.
-Panie, to nie z mojej winy – bronił się Kmita i uklęknął przed Augustem.
-Dosyć tego. Wszystko zostało powiedziane – i pochwyciwszy dłoń Barbary podprowadził ją do jej konia, a następnie wsiadł na swojego rumaka i powoli ruszyli do wiśnickiego zamku.
***
Trzy godziny później uspokojony nieco August siedział przy stole obok Barbary, spożywając obiad. Po drugiej stronie stołu zasiadł marszałek Kmita wraz ze swoją małżonką, który w końcu zdecydował się zabrać głos.
-Miłościwy panie, musisz przyznać, że to dzisiejsze zajście to dziwna sprawa.
-Dziwna, ale straciłem do ciebie marszałku zaufanie.
-Panie, jak możesz myśleć, że to ja przygotowałem to podpalenie – bronił się Kmita.
-Bo stało się to w twoich dobrach marszałku – przemówił zdenerwowany Jagiellon – opodal twojego zamku. – Tu nieoczekiwanie włączyła się Barbara.
-A może to sprawka tego szaleńca, który podpalił dworek i sam się w nim spalił.
-Masz rację pani, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie podpalił by nikogo, wiedząc, że sam przy tym spłonie. – Tu włączył się znowu August.
-Tylko mi nie wmawiaj marszałku, że to był szaleniec, który chadzał po twojej puszczy i z nudów się podpalił – zakpił na sam koniec. – Ktoś przecież ogłuszył strażnika! – Na taki zarzut Kmita nie odpowiedział i milczał. Nastała więc krótka cisza.
-Szczęśliwie dla nas ta biedna Katarzyna nie chciała się kąpać i pozostała we dworku. Myślę, że ten podpalacz wziął ja za moją małżonkę. – Tu Jagiellon zwrócił się do Barbary. – Dzięki temu uchroniłaś się pani przed niechybną śmiercią.
-Dalej uważasz panie, że to ja zrobiłem? – zapytał wyraźnie zrezygnowany Kmita.
-Wiem, że ten szaleniec sam tego nie zrobił i ktoś mu w tym pomagał. Zapewne było ich dwóch, a ten drugi zabiwszy pierwszego zaniósł go do piwnicy i podpaliwszy dworek sam uciekł.
-Może tak było miłościwy panie, ale ja nie mam z tym nic wspólnego – rzekł na koniec marszałek.
-Na poprzednim sejmie to ty panie marszałku najbardziej oponowałeś przeciwko naszemu małżeństwu, a na ostatnim sejmie stałeś się taki pokorny, bo chciałeś mnie tu zaprosić razem z moją małżonką. – Po tych słowach Kmita zdenerwował się na dobre i zaczął mówić podniesionym głosem.
-Na miły Bóg! Nie jestem aż tak podły, a przeszedłem panie na twoją stronę, bo pojąłem, że królowa Bona i ci którzy jej sprzyjają, są przegrani. – Tu nastało długie milczenie i tak król jak i marszałek, zastanawiali się nad tym co powiedzieli.
-To powiedz mi panie marszałku, kto za tym stoi?
-Może to królowa Bona – odparł niepewnie Kmita.
-Nie zrzucaj marszałku winy na moją panią matkę, bo to potwarz.
-Wprawdzie obiecałem kiedyś królowej Bonie, że nie wyjawię tego co mi proponowała, ale skoro jest podejrzany o taką niegodziwość, to wyjawię wszystko. – Tu wszyscy biesiadnicy spojrzeli na marszałka i czekali niecierpliwie na jego słowa.
-Słucham, marszałku?
-Przed poprzednim sejmem wielu możnych panów razem ze mną zjechało na Mazowsze do rezydencji królowej Bony. Radzono mi, abym przystał na pomysł królowej, który poparli inni znaczni panowie, a o którym zapewne słyszałeś panie?
-Tylko nie wiem o którym – zażartował sobie August.
-Otóż w czasie poprzedniego sejmu w Piotrkowie, gdy twoja panie małżonka przebywała w Nowym Korczynie – i tu zwrócił się do Barbary – miano porwać cię miłościwa pani i osadzić gdzieś w nieznanym klasztorze.
-A ty panie marszałku zapewne się sprzeciwiłeś? – zakpił ponownie król.
-Tak, bo jako marszałek wielki koronny nie mogłem być przywódcą gwałtu i bezprawia i to jeszcze o krok od stolicy. – Tu Kmita dostrzegł uśmiech na twarzy Augusta i nerwowo zapytał. – Nie wierzysz mi panie?
-Wierzę ci marszałku, bo słyszałem o tym, ale myślałem, że to zmyślona rzecz, ale skoro ty to mówisz, to wierzę. A śmieję się, bo nie wiedziałem, że moja pani matka miała takie zamysły. – Po tych słowach August zwrócił się do Barbary. – Moja pani matka zamiast sama iść do klasztoru, jak to bywało w Polszcze ze starymi królowymi, to ciebie chciała tam posłać. – Tu Jagiellon zaczął się śmiać w głos, a gdy już nieco się opanował, zwróciła się do niego małżonka marszałka Kmity, Barbara z Herburtów.
-Tak cię to miłościwy panie rozbawiło?
-Tak pani, bo moja pani matka chowa moje siostry prawie tak samo jakby żyły w klasztorze.
-Śmiejesz się panie, jakby było z czego – zdenerwowała się Barbara. – Niewiele brakło, a spłonęłabym dziś żywcem. – Następnie żona Jagiellona zwróciła się do Kmity. – Przyznaję ci rację panie marszałku, że to podpalenie mogło być sprawką królowej Bony.
-Myślisz, że moja pani matka byłaby do tego zdolna?
-Nigdy za mną nie przepadała i nie przepada – zaakcentowała na sam koniec Barbara.
-Miłościwy panie, proszę cię, abyś zechciał zataić to dzisiejsze nieszczęsne przed innymi – rzekł błagalnym głosem Kmita.
-Dobrze, ale pamiętaj panie marszałku, że już przestałem ci ufać. Byliśmy u ciebie pierwszy i ostatni raz, chociaż przyznaję, że z wyjątkiem dzisiejszego dnia wszystko mi się tu podobało. – Następnie powstał z miejsca i odchodząc od stołu krótko dodał. – Tak jak się umówiliśmy, czekam na ciebie marszałku w Krakowie. – Po tych słowach podał dłoń Barbarze i powoli wyszli z sali.
***
Po południu kawalkada jeźdźców oraz kareta wioząca parę królewską wyruszyła w stronę Krakowa. August siedział obok swej żony i rozmyślał nad tym wszystkim co się wydarzyło. Po pewnym czasie zwróciła się do niego Barbara, która była zmęczona całym tym zajściem.
-Pomyśleć, że w tamta stronę jechała tu ze mną Katarzyna.
-Kilka lat temu ocalił mnie przed niedźwiedziem Jurgielis, a dzisiaj jego siostra spaliła się żywcem, bo zapewne wzięto ją za ciebie.
-Była mi tak oddana – i w tym momencie łzy nabiegły jej do oczu.
-Wiem, że nie powinienem tak mówić, ale jak to dobrze, że to nie ty Barbaro, tylko ona tam była.
-A gdybym to ja zginęła?
-Wtedy spaliłbym Wiśnicz razem z marszałkiem Kmitą – rzekł nerwowo.
-Auguście, czy my już nigdy więcej tu nie powrócimy?
-Nigdy, chyba, że w myślach.
-Trochę mi szkoda, bo bardzo mi się tu podobało. Wiśnicz przypomniał mi trochę moją Litwę – oznajmiła ze smutkiem.
-Gdyby nie to dzisiejsze zajście to zostalibyśmy jeszcze dzień albo i dwa, ale po tym co się muszę jeszcze bardziej uważać na ciebie Barbaro, bo może ci grozić niebezpieczeństwo. – Tu uśmiechnął się do niej i oznajmił. – Wszyscy chcą mi cię odebrać, ale nigdy, przenigdy cię nie oddam. – Teraz dostrzegł ból na twarzy Barbara, która próbowała go ukryć. – Co ci jest?
-Nic, tylko ten brzuch zaczyna mnie coraz bardziej boleć.
-To pewnie po dzisiejszym zajściu. – Następnie przytulił ją do siebie i pocieszał jak tylko potrafił.
