
Sztuczna Inteligencja od początku swojej kariery popełniła już tyle błędów, przeinaczeń i konfabulacji, że właściwie należałoby ją przemianować na sztuczne cwaniactwo. I to takie cwaniactwo z miodem w uszach, bo chociaż AI zapewnia, że ciągle się uczy, to widać po efektach tej nauki, że korzysta w niej z najtańszych bryków pisanych przez hochsztaplerów pokroju Pchły Szachrajki.
A jednak świat oszalał na punkcie AI. Bo też trzeba przyznać, że inteligencja przeciętnego obywatela i tak jest na niższym poziomie, nie mówiąc już o jego wykształceniu czy wyrobieniu towarzyskim lub formacji etycznej.
Co by nie mówić, inteligencja jako klasa społeczna też zawsze była trochę sztuczna, ale wiozła się na tzw. etosie dorabianym jej post factum przez różnych Cywińskich. Podobnie jest i z AI – na razie udało się skonstruować sztucznego Franka Dolasa a gromada pismaków od informatyki zrobiła z niego Grzegorza Brzęczyszczykiewicza. Czy warto w związku z tym być optymistą? Otóż nie wydaje mi się. Sztuczna Inteligencja i tak zarządzać będzie wszystkim, co tylko da się zapisać w postaci elektronicznej i najzwyczajniej w świecie nie będzie tej roboty ogarniać. A wtedy zwykła zmiana formy czy rozmiaru czcionki w oznaczeniu rejsu może spowodować zderzenie samolotu z wieżowcem (jak to już drzewiej bywało)…
