Wszystko zaczynało się od zakrętu,
który wiedział, że dalej będzie stromo.

Kiedyś, przy skraju, rósł sad
papierówek. Pachniał sierpniem
o smaku dojrzałego lata.

Były tam też dwie ławki,
proste, z drzazgami
dla tych, którzy musieli złapać oddech,
albo z kimś pomilczeć.

Domy nie śpieszyły się z nowością.
Miały dachy jak opowieści plecione z pamięci i trawy.
Podczas zimy dymiły wspomnieniami,
latem oddychały słońcem.

Za jednym z nich,
na drzewie, którego już nie ma,
wisiała opona. Tata ją zawiesił,
a potem odszedł.

Górska nie zmieniła się całkiem,
chociaż wiele zniknęło.
Kiedy zamykam oczy
wracam tam bez wysiłku.

To nie była zwyczajna ulica,
ale miejsce, w którym uczyłam się żyć.