O kinie ambitnym, budowaniu poczucia polskości, mądrości naszych bajek, rozliczeniach po ’89 r. w polskiej kinematografii-  z Pawłem Hapką rozmawia Jakub Hapka.

Zaczęło się od Kleksa- rozmowa z Pawłem Hapką, pracownikiem Muzeum Kinematografii w Łodzi, odc. 1

Kino moralnego niepokoju wciąż porusza- rozmowa z Pawłem Hapką z Muzeum Kinematografii w Łodzi, odc. 2

Na bankiet u Kleksa mogliby przybyć Wilk i Zając- rozmowa z Pawłem Hapką, odc. 3

Twardziele w mowie i uczynku- rozmowa z Pawłem Hapką, odc. 4

Do poważnych filmów trzeba było dorosnąć. Klasykę polskiego kina poznawałem już liceum. Pamiętam pierwszy kontakt z „Popiołem i diamentem”. Wypożyczyłem go na kasecie video, wtedy nie powtarzali go tak często w telewizji. O tym filmie, jednym z naszych najwybitniejszych, dyskutowałem później z moją polonistką, Izą Świć, która odegrała bardzo chwalebną rolę w kulturalnym rozwoju młodych ludzi, nie tylko moim. Wychwytywała wśród uczniów osoby, które czymś się interesowały i poświęcała im swój czas, często zostając po lekcjach. Rozmawialiśmy m. in. o tym filmie. Miałem za zadanie przeczytać książkę Jerzego Andrzejewskiego. Dyskutowaliśmy potem, co swoją adaptacją wniósł do opowieści Wajda.

On zinterpretował ten tekst w sposób antysystemowy. Książka była raczej pochwałą nowego porządku i potępieniem AK – że oni niepotrzebnie walczyli dalej, że trzeba budować przyszłość, a kto tego nie robi zostaje na śmietniku historii.

Straszna scena. Przeszła do historii kina, ale dojmująco smutna. Pigoń powiedział: należymy do narodu, którego losem jest strzelać do wrogabrylantów„. Ci, którzy powinni budować powojenną Polskę, są straceni. 

Film wydobył z tej sceny tragizm pokolenia. Widzowie utożsamiali się ze Zbyszkiem Cybulskim, nie z nowym porządkiem. Oczywiście to kryło się w niuansach, nie mogo być powiedziane wprost. Refleksyjny odbiór otwarcie ambitnego kino wymaga dojrzalszego odbiorcy, liceum było właściwym czasem na ten seans. Jednak kino polskie towarzyszyło nam od dzieciństwa i kształtowało nas. Uwrażliwiało na pewne rzeczy. W przypadku „Potopu” budowało poczucie polskości i łączności z przeszłością.

Kino potrafi przekazywać pewne wartości na poziomie podświadomości. Dlatego ważne jest, by młody człowiek miał kontakt z kinem rodzimym.

W Muzeum Kinematografii urządzamy pokazy filmowej klasyki dla grup szkolnych i licealnych. Staram się w atrakcyjny sposób przedstawiać dany tytuł, wprowadzając w kontekst jego powstania i znaczenie, a po seansie prowadzę dyskusję. Odbiór i refleksje młodzieży są nierzadko zaskakujące, pozwala na świeże spojrzenie na tytuły, o których zdawałoby się powiedziano już wszystko

Nie mówiliśmy o polskich bajkach – to odrębna działka. Nasz wzorzec bajki dla dzieci był pod wieloma względami bardziej ambitny niż produkcje zachodnie, pozbawionych treści edukacyjnych. U nas było to bardziej artystycznie wyrafinowane i mądrzejsze. Przodowała w tym łódzka wytwórnia filmowa Se-Ma-For. Pokazujemy je w Muzeum animacje w ramach zajęć dla najmłodszych.

Jaki film uważasz za najważniejszą opowieść przełomu dekad – rzecz mówiąca o przemianach po ’89. Który obraz według Ciebie najpełniej pokazuje tzw. ustrojową zmianę, „wolną” Polskę. Patrzono na to z różnych stron, jakie tytuły byś wskazał? Moim zdaniem, ten temat jest ciągle nie w pełni wykorzystany

Ostatnio na festiwalu filmów amatorskich widziałem krótki metraż o pokoleniu VHS. Ale co ciekawe, kręcony przez osoby młodsze od nas o 15 lat, nie znające tego okresu z autopsji. Widać na ekranie, że to wszystko zasłyszane z opowieści, w związku z tym pojawiają się błędy w opisie rzeczywistości.

Nie popełniłaby ich osoba, pamiętająca te czasy i warunki. Wszystko za ładnie i za czysto wygląda, za prosto wszystko bohaterom idzie. Przegrywanie z kasety na kasetę nie wyglądało tak różowo, jak to pokazano w filmie. Ale podjęto jednak próbę zilustrowania tworzącego się sentymentu do końcówki lat 80-tych.

Problem w latach dziewięćdziesiątych był taki, ze nikt nie podjął się próby opisywania rzeczywistości przełomu. „Psy” pokazują pewien wycinek, z  typowo sensacyjną akcją, zostały jednak powszechnie uznane za wyraz goryczy.

Próbował zrobić to Wajda, ale nie do końca to wychodziło. Filmowcy po 90 r. zaczęli realizować tematy, zakazane w okresie komunizmu, tymczasem te rzeczy już nie interesowały ludzi. Nie chcieli, by jaki zły był stalinizm. Te rozliczenia z systemem były ważne przede wszystkim dla twórców, którzy wreszcie mogli przemówić pełnym głosem, nie musieli uciekać się do metafor.

„Przesłuchanie”?

Ono powstało wcześniej, to tzw. „półkownik”. Możliwość realizacji tego filmu umożliwiło niesamowite rozluźnienie pod koniec lat 70-tych. Nakręcono wówczas dużo projektów, jak np. „Człowiek z żelaza” – wypuszczony na ekrany w ostatniej chwili, tuż przed stanem wojennym.

Właśnie w tym wyjątkowym okresie zostało zrealizowane Przesłuchanie, ale zaraz potem trafiło na półki, na których leżało długo. Długo na nich leżał, owiany legendą niebezpiecznego dla władzy. Gdy wreszcie zniesiono cenzurę i można go było obejrzeć, stał się bardzo popularny, obejrzenie go stało się wręcz patriotycznym obowiązkiem.

Inaczej, z obojętnością, przyjęto filmy zrealizowanych po 1990 roku. Nie tylko o stalinowskim terrorze, ale na przykład o złym caracie. Same w sobie były super, ale w ogóle nie spotkały się z odzewem. „Szwadron” Machulskiego – bardzo dobry, ale po pierwsze reżyser był kojarzony z innym repertuarem. Wierni widzowie byli zdezorientowani. Po drugie – w tym momencie chciano odwrócić się od historii.

Ojczyzna  moja wolna wolna… więc zrzucam z ramion płaszcz Konrada. Trochę tak było? 

To w ogóle było odcięcie się od tego smutnej, szarej przeszłości. Popularnością wśród młodych cieszył „Mów mi Rockefeller”, na który poszliśmy całą klasą. Film z wciągającą fabułą, który w bardzo optymistycznym świetle przedstawia przemianę ustrojową i to, że można zrobić biznes.

Jest tam zresztą piosenka Rynkowskiego.

Bohaterowie to młodzi ludzie z podstawówki czy liceum. Ich rodzice wyjeżdżają, dom zostaje okradziony. Żeby odzyskać pieniądze, założyli jakiś biznes. Świetnie im szło. Ostatnia scena filmu – z jednej strony mają dzień rozdania świadectw, a z drugiej zostali już prezesami wielkiej firmy.

Ponieważ nie mają takich ocen, jakby chcieli, wrzucają je do niszczarki i drukują sobie nowe (śmiech). Jest to taka pochwała kapitalizmu.

O ile „Cudowne dziecko” było jego zapowiedzą (ta wylewająca się cola! ), to tutaj była  oswajająca wskazówka dla młodych widzów, jak to teraz będzie wspaniale. Może przedwcześnie, ale ciekawe, że coś takiego się pojawiło.

Był też „Szczur” z Englertem. Była tam wyraźna krytyka społeczna, próba zobrazowania nowej rzeczywistości. Na pewno było coś o wykluczonych z systemu.

Widziałem. Nie wiem, jak ty go odbierasz. Dla mnie przesłanie filmu to polityka „grubej kreski”, trochę usprawiedliwienie. Bohater przez splot nieszczęśliwych wydarzeń  trafia do podziemi Dworca Centralnego. Przez znajdujące się tam teczki personalne, odkrywa że właścicielami wielu firm są ludzie komunistycznych służb. Benoit, współtworzysz niedoli mówi, że właściwie te akta – prawdziwe, nie jakieś esbeckie fałszywki – najlepiej spalić, zalać betonem. Dobry film ze złą tezą.

Podobnie, chyba ostatni głos,  „Korowód” Stuhra. Tajny współpracownik jako niewinna ofiara złowrogiego systemu. Fałszywa egzemplifikacja – przecież niektórzy, niestety brali w tym czynny, świadomy udział i nie robili tego za darmo.

To już inna perspektywa.

Tak, film z 2007, mówimy o czasach współczesnych

To wszystko dawne dzieje, a teraz budujemy coś nowego. W latach dziewięćdziesiatych te rany były bardziej palące. Była też realna możliwość, by to rozliczyć. Odczuwalne było społeczne poczucie niesprawiedliwości, które pozwoliło w następnych dekadach opierać kurs polityczny na resentymentach.

Upadł system kina z państwowym mecenatem. Był na nie odzew społeczny, ale już od połowy lat 80-tych był już znacznie mniejszy. Krytycy bili wtedy na alarm – że publiczność nam głupieje. Co tu można zrobić? Zaczęto poszukiwać pewnych wartości w kinie komercyjnym. Prostą rozrywkę można rozpatrywać w szerszym kontekście, by była bardziej ambitna.

Pojawiały się takie recenzje w magazynie „Film”, w którym prosty film urastał do rangi wielkiego, intelektualnego wydarzenia. Albo był pretekstem do poważnej refleksji. Nierzadko recenzja okazywała się znacznie ciekawsza od samego filmu.
Publiczność wolała kino zachodnie, polskie zaliczał dużo strzałów w pustkę. Ambitne tematy, które nie trafiły na życzliwość widzów, ponieważ nie znalazły formuły, która zachęciłaby do siebie. Dziesiątki tytułów zostało odrzuconych i gdzieś przepadło. Teraz są archeologią, odgrzebywaną przez amatorów.

Zdzisław Dąbrowski (Jan Frycz), idealny mąż, wspaniały ojciec, znika z życia swoich bliskich. Bartek Wilkosz (Kamil Maćkowiak), student niewahający się kłamać, oszukiwać i sprzedawać brukowej prasie fikcyjne historie o znanych osobach, zaczyna nagle zastanawiać się nad swoim postępowaniem. Kasia (Karolina Gorczyca), dziewczyna Bartka, jest w stanie znieść każde kłamstwo i żyć w ułudzie sielskiego związku.

Nie wiem, czy „Szczur” był mocno popularny. Na pewno nie był wydarzeniem.

„Dług” to już film z przełomu wieków. Z wielką przenikliwością pokazywał zagrożenia agresywnego kapitalizmu. Chyba po raz pierwszy od dłuższego czasu bohaterowie są nam bliżsi, możemy się z nimi utożsamić. Młodzi biznesmeni, którzy zaciągają dług u gangstera. Z jednej strony bezkarny bandytyzm, z drugiej aparat państwowy, który nad tym wszystkim nie panuje. Z powodu jego indolencji uczymy się w Polsce załatwiać poza oficjalną drogą.

„Dług” był filmem problemowym. Przypadł na czas elitarnych spotkań radzyńskich kinomanów…

Piątkowe wieczory, dyskusyjny klub filmowy – ważna część naszej edukacji

Szkoda, że  tego nie przenieśliśmy na nieoficjalny grunt. Skoro kino nas zawodzi, to robimy sobie seanse w domach.

Myślę, że takie „domówki” wciąż istnieją w Radzyniu. Dziś mamy duży dostęp, do m. in. VOD. Pamiętam, że radzyński DKF zaczął się od filmu „Dym”. Była „Jej wysokość Afrodyta”, „Życie jest piękne”

To był bardzo fajny projekt Adama Świcia. Zainicjował go w całej Polsce Roman Gutek, proponował taki pakiet 50 artystycznych filmów za pół ceny rynkowej. Było to bardzo korzystne, ale…

…czekaliśmy na taśmę

Byliśmy wtedy bardzo cierpliwi! Niestety, skończyło się to po kilku seansach. Nie zebrało się niezbędne 50 osób. Skłądkę wpłaciło może 10, pamiętam m. in. Adama Pękałę, mojego nauczyciela z liceum, który okazał się także miłośnikiem kina.