O wciągającym „Potopie”, wzorcach realizacji „Pancernych” i „Stawki”, klapie „Życia na gorąco”, kultowym „kinie bandyckim” i dlaczego baliśmy się wojska- z Pawłem Hapką rozmawia Jakub Hapka.

Najważniejszy polski film to jednak „Potop”.

 

Wiedziałem, że prędzej czy później dojdziemy do tego dzieła.

Poznawałem go w bardzo nietypowych okolicznościach. Przez kilka dni miałem 40 stopni gorączki, poważna choroba. Kiedy tylko poczułem się lepiej, obejrzałem film. Stał się dla mnie symptomem ozdrowienia. Organizm pokonał chorobę niczym polska husaria Szwedów!

„Ogniem i mieczem” obejrzeliśmy w liceum

Powieść przeczytałem trochę wcześniej, pod koniec podstawówki, podobnie było z „Quo vadis”. Miałem więc już pewną wizję, której żaden film nie mógłby sprostać. W przypadku „Potopu“ pierwszy był seans filmowy.

„Potop”, zarówno powieść, jak i film, to nasz narodowy etos, a Kmicic – postać kultowa. Polskie kino w każdej formie było dla nas ważne, bo w jakiś sposób poruszało bliskie nam tematy. Ową swojskość wyczuwało się nawet w czystej fantazji, jaką był „Wesoły diabeł”, zaś „Potop” ożywia naszą historię. Mówi się, że dzięki Sienkiewiczowi i Matejce w zbiorowej świadomości ożyły wieki, które znalibyśmy inaczej tylko z podręczników, w „suchej” formie.

Sienkiewicz stworzył narrację na wzór walterscottowski. Czyli przygoda fikcyjnego bohatera na tle autentycznych wydarzeń historycznych. XIX – wieczna formuła powieści popularnej. W ten sposób ożywiona została historia Anglii.

Na studiach czytało się to z trudem.

Romantyzm, drugi rok filologii. Żałowałem, że przez cały rok nie mieliśmy romantyzmu światowego – omówienia, jak on wyglądał w różnych krajach. Poświęcono temu tylko jeden semestr. Polski romantyzm omawialiśmy przez dwa –na wykładach roztrząsane były kwestie mało nas absorbujące. Często referowano wnioski badaczy, siedzących głęboko w temacie. To, co miało dla nas wartość, to były fascynujące lektury.

Walter Scott okazał się po latach „ciernisty” w lekturze, podczas gdy Sienkiewicza do tej pory czyta się dobrze. Natomiast jest to świetny materiał do kina. Bardzo udane były filmy, które powstawały na podstawie Scotta, chociażby „Ivanhoe“. Tak się ciekawie składa, że postawiłem sobie czytelnicze wyzwanie na najbliższe tygodnie (śmiech). To „Kenilworth“, powieść Waltera Scotta opowiadająca o czasach rzadów Elżbiety I.

Studia polonistyczne dały nam pewną siatkę pojęciową, pozwalającą osadzić dane dzieło w pewnym kontekście. Nie tylko dzieło literackie, ale także filmowe.

Wracając do polskiego kina i pierwszych klas szkoły podstawowej. Bardzo ekscytowałem się serialem „Stawka większa niż życie”, natomiast zupełnie nie przemawiali do mnie „Pancerni”. Teraz już wiem, dlaczego. „Czterej pancerni i pies” czerpie z tradycji naszych wschodnich sąsiadów. Żołnierska gawęda, z mocno podkreślonym wątkiem przyjaźni polsko-rosyjskiej. Wizja wspólnego wyzwalania kraju, mocno niezgodna z rzeczywistością.

Serial realizował radziecki wzorzec, do którego nie byliśmy przyzwyczajeni. Dzięki kasetom video i filmom zachodnim byliśmy nastawieni na inny sposób opowiadania. Nie taki rozwlekły, jak w przypadku „Pancernych”. Bohatrowie jadą sobie czołgiem, czasem przytrafia się jakaś potyczka z Niemcami, ale głównie jest sielanka, odwiedzanie kolejnych miast i wiosek, gdzie zawiązują się przyjaźnie i romanse. Takie nieśpieszne opowiadanie wymaga pewnego przygotowania. Młodzi widzowie obecnie mogą mieć z nim jeszcze większy problem.

Natomiast „Stawka…” to wzorzec zachodni. Szpieg, któremu w każdym odcinku udaje się wykiwać Niemców i rozwiązać jakąś sprawę. Było to zrealizowane według najlepszych wzorców narracji szpiegowskiej.

Ciekawe, że tego samograja nie udało się powtórzyć samym twórcom. Chcieli zrobić współczesną wersję „Stawki“ – „Życie na gorąco”. To serial z lat 70-tych, w którym Leszek Teleszyński wcielał się w redaktora Maja. Jeździł po Europie i całym świecie, tropiąc byłych nazistów, zrzeszonych w tajną organizację, coś na kształt bondowskiej „Spectre”. To było coś strasznego – w każdym odcinku akcja posuwała się niemrawo. Zanim pojawiał się Maj, mijał bity kwadrans. Wcześniej ślamazarnie zawiązywała się akcja: ktoś kogoś śledził, by wydobyć ważne informacje. Powinno być to pokazane w 5 minut, a trwało trzy razy dłużej.

Cały budżet poszedł na zagraniczne podróże ekipy filmowej. Jeden odcinek kręcono w Grecji, drugi – w Paryżu, itd. Fajnie, że pojawia się tyle różnorodnych lokalizacji, szkoda tylko, że serial jest zupełnie niestrawny. Niby potępiano Zachód, gdzie króluje przestępczość, a z drugiej wykorzystywano każdą okazję, by pokazać trochę świata zza żelaznej kurtyny. W Anglii radaktor Maj czyta „Timesa”, we Francji „Le Parisien”, zdarzało mu się nawet przeglądać „Playboya“!

Zrealizowana znacznie mniejszym nakładem kosztów na czarno-białej taśmie „Stawka“ broni się po dziś dzień. Natomiast w szkole podstawowej budziła wręcz ekscytację!

Filmy, którymi fascynowali się uczniowie nieco starszych klas podstawówki, zostały ochrzczone przez prasę „kinem bandyckim”. Obrazy Władysława Pasikowskiego, czyli „Kroll” i „Psy” oraz późniejsze produkcje, nawiązujące do tej formuły, choćby „Młode wilki”, czyli wersja młodzieżowa.

„Reich” był echem

Bardzo wyblakłym. To już, niestety, pusta forma. Okazały się wielką porażką arystyczną i komercyjną, po której Pasikowski zamilkł na dłuższy okres. Musiał znaleźć ciekawszą tematykę. Teraz na szczęście odżył.

„Reich” pokazywał wyczerpanie formuły, w której nie było już treści. „Kroll”, reżyserski debiut Pasikowskiego, ukazywał drastyczne relacje w wojsku. To było przerażające i sprawiło, że później bałem się służby wojskowej. Może miałbym przychylniejszy stosunek, gdybym oglądał „Czterech pancernych”? (śmiech) Później doszła do tego wstrząsająca „Samowolka”, Po tych dwóch obrazach już każdy bał się wojska.

Tymczasem jeszcze w latach dziewięćdziesiątych gdy nie dostało się na studia, automatycznie szło się do wojska. Było to więc dość realne zagrożenie.

Filmy Pasikowskiego to pierwszy kontakt z językiem ulicy. Twardzielstwo w mowie i uczynku – to oczywiście robiło wrażenie na chłopakach. Plus antybohater – Linda. Zamiast nieskazitelnego westernowego bohatera – ten jest mocno ubabrany, i w byłym systemie, i w przemianie ustrojowej. Cały film wyrasta z rozczarowania tym, że osoby, które najbardziej skorzystały na zmianie, wcześniej także były u władzy. Zmieniło się tylko nazewnictwo. Jest tam zresztą słynny cytat, że „czasy się zmieniają…

„…ale pan zawsze jest w komisjach”

Zapasiewicz gra taką szarą eminencję. Później widać, że ma powiązania ze światem przestępczym. To wyrażało ogólne rozczarowanie zmianami po ’89 i tym, że dużo przedsiębiorstw, utrzymywanych dotąd przez państwo, zostało pozostawionych samym sobie i musiało zakończyć działalność. Mnóstwo osób potraciło wówczas pracę.
Obecnie, jako pracownik Muzeum Kinematografii w Łodzi, bliżej poznaję ten kontekst, ucząc się historii miasta i słuchając opowieści stałych mieszkańców. Po zmianie systemu upadł łódzki przemysł włókienniczy. Wcześniej był utrzymywany odgórnie i dawał zatrudnienie rzeszom ludzi.

Lata 90-te to także wielka zapaść przemysłu filmowego, wówczas nastąpiła likwidacja Wytwórni Filmów Fabularnych. Przez kilka dekad centrum kultury filmowej – tam, gdzie realizowano najwięcej filmów i stworzono największe zaplecze. Część produkcji filmowej przeniosło się do Warszawy, porozbijało na mniejsze wytwórnie. Przekładało się to na upadek polskiego kina, który rozpoczął się od drugiej połowy lat 80-tych.

„Psy” to zapowiedź nowych czasów – wprowadza chwytliwą formułę obrazu sensacyjnego. Mocnego kina z Zachodu, z wzorcami twardzieli. Ale z drugiej – ciekawe dylematy, problematyka wywodzącą się jeszcze ze szkoły polskiej. Cytaty z rodzimej klasyki, jak scena na wysypisku, nawiązujaca do „Popiołu i diamentu“… Jest to jeszcze jakieś dziedzictwo przeszłości. Z pewnym ciężarem gatunkowym, który później gdzieś uleciał. Takiej ważkości nie czuje się już w kolejnych filmach, takich jak „Sara“ Ślesickiego…

Jednak nieudolna kalka kina amerykańskiego. Jest tam scena, jak podczas posiłku oglądają „Ojca chrzestnego”

Na czymś się trzeba wzorować, Perepeczko był naszym rodzimym Donem Corleone. Nie chcę do tego filmu wracać, boję się tej przaśności. Ciekawe, że zmieniła się nasza wrażliwość i granice tego, co jest akceptowalne. Jak dzisiaj odebralibyśmy związek między co najmniej 40-letnim ochroniarzem i maturzystką?