Prawie 10 lat temu na łamach stabilizatora nasz felietonista we wpisie „Tacy sami” pochylał się nad uniformizacją współczesnej studenckiej braci.

Jakiś czas temu zauważyłem, że coraz trudniej zapamiętać mi swoich studentów. Starość – pomyślałem zrazu. Potem jednak skonkretyzowałem swoje spostrzeżenia, a mianowicie, że im młodsze roczniki, tym zapamiętać mi jest gorzej. Wreszcie wpadłem, o co chodzi. ONI WSZYSCY WYGLĄDAJĄ TAK SAMO!

Człowiekowi wyrosłemu w czasach wszechobecnych subkultur (lata 70-90 XX wieku) – wśród ludzi posiadających odmienne światopoglądy, marzenia, lektury, co przekładało się ostatecznie na wygląd zewnętrzny, trudno zrozumieć dzisiejszą jednowymiarowość młodzieży. Subkultury zeszły do głębokiego undergroundu, króluje zaś jednolita sztampa podlegająca zmieniającym się co kilka sezonów modom. Ideologiczna urawniłowka Babilonu weszła ludziom do głów. A co przerażające, najbardziej młodzieży. To jest jak zbiorowa hipnoza. Im więcej mówi się młodym o indywidualizmie, o wolności, tym bardziej wdrażana jest w życie jednowymiarowość, jednolitość poglądów, myślenia, zachowania, wreszcie, wyglądu. A dzieje się to przy ułudnym przekonaniu samych zainteresowanych, że są absolutnie wolni i niezależni. Przypomina mi się satyryczny rysunek z czasów syzyfowej walki Romana Giertycha o przywrócenie mundurków do szkół – kilku bliźniaczo podobnych młodzieńców w spodniach z krokiem wpół uda, w podobnych bluzach z kapturami na głowach i tekst w dymku: „Nie – mundurkom! Nie chcemy być jednakowi”. Mała stabilizacja w matrixie.

I kolejne odsłony dramatu: idę z synem do sklepu, by kupić buty – wszędzie adidaso-pantofle, które wszyscy noszą okrągły rok. Zarówno dziewczyny jak chłopcy. Kupujemy dżinsy – ekspedientka nie rozumie znaczenia terminu „klasyczny krój”. Kurtkę inną od reszty wciskam mu tylko dlatego, że jest „olewczy” i wszystko mu „wisi”. Choć widzę pewien niepokój w oczach, być może za bardzo będzie się odróżniał. Czyli, o zgrozo, żaden z kolegów takiej nie ma. To dla niego źle, a nie – jak bywało dla nas – dobrze.

Babilon wchodzi nam do głów niepostrzeżenie. Od podszewki naszych rodzin zmienia kod genetyczny świadomości. Pobożne gospodynie domowe odmóżdżają się lekturą kolorowej kobiecej prasy, podniecającej je ploteczkami z życia ludzi szołbiznesu – wczoraj marginesu moralnych odszczepieńców, dziś wzorów do naśladowania i wychowawców wszystkich pokoleń. Konwergencja, po sukcesach w polityce, zeszła na poziom społeczny. Ze szkodą dla wolności człowieka, bo miała zbliżać różne systemy, a ujednolica na gruncie tego gorszego.

Babilon zmienia znaczenie symboli i słów. Dotyka środowisk, wydawałoby się, najbardziej impregnowanych na jego propagandę. W ostatnich dniach kolega z Siedlec obwieszcza mi grobowo, że to już koniec; że widział koło stadionu napis uczyniony kibolską ręką: „Legia to geje”. Właśnie tak! Nie pedały, pedryle, cioty, sodomici, ale „geje”. Babilon narzucił im język, który zmienia również ich samych. Znienacka, niepostrzeżenia, skrycie. Jak rak drążący bezbronne ciało człowieka. W literaturze naukowej zaczynam znajdować już sformułowania w stylu: Anna Jagielonka do 53 roku życia było singielką. Cały Babilon.

*

A wracając do wyglądu zewnętrznego: indywidualista, który odważyłby się wyłamać z szarej masy, nie ma dziś przed sobą większych wyzwań. A najłatwiej wyróżnić się dziewczynom i kobietom – wystarczy, że założą spódnice.