
O uzyskaniu prawa jazdy pomyślałem późno, bo w przeciwieństwie do wielu moich rówieśników motoryzacja nigdy mnie nie pociągała. Poza tym nie sądziłem, że kiedykolwiek samochód mi się przyda albo że będzie mnie na niego stać. Potem dopiero pomyślałem, że posiadanie prawa jazdy może być atutem w szukaniu pracy. Tak więc kurs prawa jazdy zacząłem robić już po studiach i, jak łatwo się domyślić, w grupie kursantów byłem najstarszy – przeważali siedemnasto- i osiemnastolatkowie i pierwszy raz w życiu poczułem się staro.
Samochodem umiałem jako tako jeździć, bo zdarzało się, że trenowałem na Dużym Fiacie kolegi, który nie miał hamulców (fiat, nie kolega) i na Polonezie drugiego męża mojej matki, niech mu ziemia ciężką będzie. Było to o wiele trudniejsze, niż kierowanie Fiatem Punto i Daewoo Lanosem, na których wówczas zdawało się egzaminy w Warszawie. Egzamin teoretyczny zdałem za pierwszym razem. Plac też. Wyjechałem na miasto, wszystko było dobrze, egzaminator kazał mi jechać przez Most Grota, gdzie jechałem, oczywiście najwolniej ze wszystkich pojazdów, a po zjeździe z mostu powiedział, że jechałem 83 km/h, a tam ograniczenie było do 80. I tak się skończył pierwszy egzamin. Nie pamiętam już, czy trzeba było powtarzać teorię, ale drugi raz jak wyjechałem na miasto, to na ul. Św. Wincentego nie wypuściłem z zatoczki autobusu, tylko przemknąłem obok niego z zawrotną prędkością 40 km/h i znów było po egzaminie.
Potem stwierdziłem, że to chyba nie dla mnie, szkoda mi było czasu i pieniędzy na kolejne egzaminy. Ale jakiś rok czy dwa później podszedłem znów. Wyszedłem na plac, a tam już nowe samochody egzaminacyjne były, chyba Ople Corsa. Nieprzyzwyczajony do jazdy czymś takim przywaliłem na łuku tyłem w tyczkę i znów klops. I dałem sobie spokój.
Kilka lat później, gdy pracowałem już w ambasadzie w Uzbekistanie, który jest krajem wielkich możliwości, zapytałem Siergieja – Rosjanina, który był w ambasadzie kierowcą i umiał wiele rzeczy załatwić, czy nie dałoby się załatwić prawa jazdy. Okazało się, że ścieżka jest już przetarta, bo żona jednego z dyplomatów pracujących tu przede mną też „zdała” tu egzamin na prawo jazdy. Cała impreza, wraz z prowizją Siergieja (mojego rówieśnika, już nie żyjącego m.in. za sprawą naszych polskich dyplomatów, ale to opowieść na inną historię) wyniosła 150 euro. Musiałem się tylko stawić na egzamin i odpowiedzieć na 10 pytań (dwie odpowiedzi mogły być błędne) i jako tako ruszyć samochodem. Przed salą egzaminacyjną było mnóstwo zdjęć ukazujących wypadki drogowe (z nieocenzurowanymi zdjęciami ofiar tychże wypadków), co miało zachęcać do ostrożnej jazdy. Do wyboru miałem zdawanie po uzbecku albo rosyjsku (wówczas dużo Rosjan było jeszcze w Uzbekistanie, prawie wszyscy wyjechali), wybrałem oczywiście rosyjski. Pytania były banalne, ale taktycznie, za namową Siergieja, zrobiłem jeden błąd. Potem poszliśmy na plac, gdzie kazano mi ruszyć do przodu i tyłu samochodem znanym w Polsce jako Łada, a w krajach postsowieckich jako Zyguli, model 2107, topornym jak polski Fiat 125 P, na którym praktykowałem kilka lat wcześniej. Udało się.
Po odbiór prawa jazdy zgłosiłem się w wyznaczonym czasie i miejscu. Musiałem sam wpisywać swoje imię i nazwisko do systemu, bo system bazujący wciąż na cyrylicy transkrybował moje nazwisko jako Markevich, a wiedziałem, że chcąc potem nostryfikować dokument w Polsce mogłoby to nie przejść. Sam więc wpisałem swoje dane i stałem się kierowcą.
Ale nadal byłem kierowcą niepraktykującym. Dopiero jakiś rok później, gdy mieszkaliśmy już w Kijowie, kupiliśmy z żoną samochód (mamy go do dziś, byliśmy nim w kilkunastu krajach). Z początku jeździła żona, ale jak była w ciąży, to i ja zacząłem prowadzić. A jak ktoś się nauczył prowadzić w Kijowie, to poradzi sobie i w Damaszku, i w Hanoi i w New Delhi – taka jest kultura jazdy na Ukrainie (vide: Dominik Kurek, O Ukrainie bez lukru). Pamiętam to zdziwienie, gdy wjeżdżałem do Polski i czułem się jak w grze komputerowej dla dzieci – są wymalowane pasy, a kierowcy przestrzegają tych pasów, więc jak są trzy, to samochody stoją na światłach trzy, a nie siedem. Jak ktoś jedzie prawym, to będzie skręcał w prawo, nie w lewo, nie włączając przy tym kierunkowskazów. Ale to na marginesie.
Gdy w 2014 roku wróciliśmy z Kijowa na rok do Polski (potem pojechaliśmy do Moskwy) to żona powiedziała, że może bym coś zrobił z tym uzbeckim prawem jazdy, bo może ono nie jest honorowane, a polskie jednak wypadałoby mieć. Okazało się, że Uzbekistan jest stroną konwencji o ruchu drogowym, należało zatem tylko przetłumaczyć dokument przysięgle na język polski (wówczas w Polsce była jedna tłumaczka tego języka, kobieta raczej wiekowa, gdyż uprawnienia nabyła w latach 70-ych ubiegłego stulecia). Bardzo była zdziwiona, że Polak ma uzbeckie prawo jazdy (a zatem widocznie wzmiankowana wcześniej żona polskiego dyplomaty nie „naturalizowała” swojego dokumentu). Uzbrojony w tłumaczenie poszedłem do Wydziału Komunikacji w Lublinie, gdzie byłem czasowo zameldowany. Tam podrapali się w głowę, że jeszcze jakby Ukraina, to wie pan, dużo tego mamy, ale Uzbekistan… Ale ale, pan jest zameldowany na stałe w Warszawie, tam prześlemy. Przesłali. Zadzwoniłem tam, zgodnie z przepisami oni to przesłali do naszej ambasady w Uzbekistanie, by tamtejsze władze potwierdziły, że dokument został wydany legalnie. Zadzwoniłem więc do tej ambasady, gdzie jeszcze pracowali ludzie mnie pamiętający i poprosiłem, żeby nie odkładali sprawy ad calendas Graecas, bo to naprawdę moje. Trochę się bałem, że może coś się okazać nie tak, bo jak wspomniałem, Siergiej już nie żył, a o ile było mi wiadomo, właściciel szkoły nauki jazdy, w której „odbyłem” kurs odbywał akurat karę pozbawienia wolności za jakieś przekręty. Poza tym z prawktyki konsularnej w Kijowie wiedziałem, że mniej więcej połowa wydawanych tam Polakom praw jazdy na podobnej zasadzie na Ukrainie jest lewa. Tyle, że ci Polacy po prostu płacili i nie byli na żadnycm egzaminie, a ja byłem i na praktycznym, i na teoretycznym.
Wydział Komunikacji w Lublinie dał mi jakiś świstek, w którym było napisane, że zagraniczne prawo jazdy zdałem do weryfikacji i tenże świstek tymczasowo upoważnia mnie do kierowania pojazdami kategorii B. I o sprawie zapomniałem.
Kilka miesięcy później robiąc porządek w skrytce w samochodzie (ani razu przez ten czas mnie nie zatrzymano do kontroli, zresztą w Polsce nigdy mnie jeszcze do kontroli nie zatrzymano) znalazłem ten świstek i przypomniałem sobie, że przecież jest sprawa. Zadzwoniłem najsampierw do ambasady w Taszkencie, gdzie mnie zapewniono, że oni już kilka miesięcy temu odesłali do Polski potwierdzenie, że prawo jazdy jest jak najbardziej prawdziwe i ważne. Dzwonię zatem do Wydziału Komunikacji dzielnicy Warszawa-Targówek, właściwego dla mojego miejsca zameldowania, gdzie mi powiedziano, że już „jakiś czas temu” odesłali sprawę do Lublina. Dzwonię zatem do Lublina, a oni mi mówią, że prawo jazdy już na mnie od kilku miesięcy czeka. Pytam zatem, dlaczego mnie nie poinformowano, mają wszak adres i numer telefonu. „Proszę pana – usłyszałem – jak ktoś czeka na potwierdzenie zagranicznego prawa jazdy, to sam do nas codziennie wydzwania”.
W ten oto sposób byłem jedyną znaną mi osobą, która nie wiedziała, że ma prawo jazdy wydane przez władze Rzeczypospolitej Polskiej, ważne do 2030 roku.
