
Przed chwilą skończyłem czytać Praskie święta radości, czyli zasadę Don Giovanniego Jacka Pomorskiego i mam problem. Książka jest zbyt lekka, żeby potraktować ją z obowiązkową polską powagą, a jednocześnie zbyt inteligentna, żeby odłożyć ją na półkę z literaturą podróżniczą, obok przewodnika po czeskich browarach i mapy miejsc, w których kelner jeszcze nie zdążył znienawidzić turystów. Jedno jest pewne: to nie jest książka o Pradze. Praga jest tutaj tylko pewnym alibi.
Miastem, do którego można uciec, kiedy własne życie zaczyna przypominać panel dyskusyjny o odpowiedzialności współczesnego mężczyzny za wszystko, co wydarzyło się od wygnania z raju. Jest dekoracją, sceną, piwiarnią, tramwajem, cmentarzem, teatrem i poczekalnią dla ludzi, którzy nie mają już ochoty udawać, że wiedzą, dokąd zmierzają.
Pomorski nie oprowadza nas po mieście. Jak dla mnie, raczej wyprowadza nas z dobrego samopoczucia. Praga w jego książce nie jest „złotym miastem”, jak lubią pisać autorzy folderów turystycznych, którzy po trzech dniach pobytu odkrywają Kafkę, Hrabala i własną środkowoeuropejską duszę. Nie jest też skansenem malowniczej dekadencji, w którym można wypić piwo, sfotografować zegar astronomiczny i wrócić do Warszawy z przekonaniem, że przez weekend dotknęło się tajemnicy istnienia. Ona jest miejscem, w którym człowiek może na chwilę przestać być projektem. To już bardzo dużo. Może nawet zbyt dużo jak na współczesną Europę, gdzie każdy powinien bezustannie nad sobą pracować, rozwijać kompetencje, poszerzać świadomość, monitorować samopoczucie i pozostawać otwartym na zmianę — najlepiej zmianę, którą da się potem opisać w mediach społecznościowych.
W Pradze Pomorskiego nie trzeba się rozwijać. Można się przejść. Można wypić piwo. Można patrzeć na ludzi. Można zmarnować popołudnie. Można nawet przez kilka godzin nie wiedzieć, kim się jest, i nie zwoływać z tego powodu zespołu terapeutycznego. Polakowi trudno to zrozumieć. Bo my nie marnujemy czasu. My go poświęcamy. Jeżeli siedzimy w kawiarni, to rozmawiamy o kondycji kultury. Jeżeli pijemy, to z powodów egzystencjalnych. Jeżeli milczymy, to dlatego, że historia odebrała nam mowę. Jeżeli jesteśmy smutni, smutek natychmiast awansuje do rangi doświadczenia pokoleniowego. Nawet kac jest u nas metafizyczny. Czech może obudzić się z bólem głowy. Polak budzi się po przegranym powstaniu.
Najciekawsze w książce nie są knajpy, tramwaje ani literackie duchy Pragi. Najciekawsze jest zderzenie dwóch sposobów istnienia. Czeskiego: jakoś to będzie i Polskiego: jeżeli jakoś będzie, to prawdopodobnie źle, a poza tym należy ustalić, kto ponosi winę. Polska kultura wypracowała szczególny rodzaj moralnej napinki. Człowiek nie może tutaj po prostu istnieć. Musi coś reprezentować. Naród, rodzinę, pokolenie, klasę społeczną, pamięć historyczną, właściwe wartości albo przynajmniej własną traumę. Jesteśmy wychowywani w przekonaniu, że lekkość jest podejrzana. Człowiek lekki prawdopodobnie nie przeczytał wystarczająco dużo o wojnie. Człowiek pogodny czegoś nie zrozumiał. Człowiek, który potrafi śmiać się z własnych przekonań, zapewne nigdy ich naprawdę nie miał. Dlatego tak trudno nam pojąć Czechów. Czujemy, że ich dystans musi być jakimś wybiegiem. Przecież nie można tak po prostu nie cierpieć na pokaz. Nie można mówić o katastrofie bez uniesionego głosu. Nie można mieć historii i nie chodzić z nią codziennie na plecach jak z narodową lodówką. Czesi potrafią z tragedii zrobić anegdotę. My z anegdoty potrafimy zrobić tragedię. Jeżeli Czech potknie się na schodach, prawdopodobnie się roześmieje. Polak najpierw sprawdzi, czy schody nie zostały zbudowane przez Niemców, Rosjan albo poprzednią ekipę rządzącą. I właśnie dlatego Praga działa w tej książce jak prowokacja. Pokazuje, że świat nie rozpada się tylko dlatego, że nie traktujemy siebie śmiertelnie poważnie. Może nawet przeciwnie. Być może to przesadna powaga jest jednym z najskuteczniejszych sposobów marnowania życia. Ona pozwala bowiem uniknąć pytania, czy to wszystko, czym się tak przejmujemy, naprawdę ma znaczenie. Można latami bronić własnego wizerunku, pozycji, przekonań i urazów, nie zauważając, że życie tymczasem bezczelnie trwa poza nami. Przejeżdża tramwajem. Siedzi przy sąsiednim stoliku. Dolewa piwa. Nie czeka, aż skończymy być ważni.
Patronem tej książki jest Don Giovanni — figura trochę dziś kłopotliwa, a więc tym bardziej interesująca. Dawniej uwodziciel. Dziś prawdopodobnie temat panelu o toksycznej męskości. Człowiek, który w epoce Mozarta schodził do piekła, obecnie zostałby wcześniej poproszony o napisanie publicznych przeprosin, odbycie warsztatów z komunikacji i zniknięcie z przestrzeni społecznej do czasu zakończenia postępowania wyjaśniającego. Nie chodzi jednak o obronę Don Giovanniego jako seksualnego drapieżnika w pelerynie. Pomorski wykorzystuje go raczej jako figurę ruchu, głodu, nienasycenia i życia, które nie chce zostać zamknięte w jednej definicji.
Don Giovanni pragnie. To jego siła i jego klęska. Nie potrafi zatrzymać się przy żadnej kobiecie, ponieważ zatrzymanie oznaczałoby konieczność spotkania z samym sobą. Kolejne uwiedzenie nie jest więc zwycięstwem. Jest ucieczką. Im więcej zdobywa, tym mniej posiada. Im więcej kobiet wpisuje do katalogu, tym bardziej staje się pusty. Brzmi znajomo?
Współczesny człowiek nie musi już podróżować od sypialni do sypialni. Wystarczy, że przesuwa palcem po ekranie. Kolejne twarze, profile, obietnice. Każdy człowiek potencjalnie dostępny. Żaden wystarczająco obecny. Don Giovanni został zdemokratyzowany. Każdy może dziś być uwodzicielem bez odwagi, kochankiem bez ciała i zdobywcą, który nawet nie wychodzi z mieszkania. I bynajmniej, nie chodzi już wyłącznie o seks.
Cała nasza kultura działa według zasady Don Giovanniego: następne będzie lepsze. Następna osoba. Następna praca. Następne mieszkanie. Następne miasto. Następna książka. Następna wersja siebie. Nigdy nie wolno powiedzieć: wystarczy. „Wystarczy” jest bluźnierstwem przeciwko gospodarce, mediom społecznościowym i całemu przemysłowi osobistego rozwoju. Człowiek, któremu wystarcza, staje się niebezpieczny. Nie potrzebuje kolejnej obietnicy. Nie ściga następnego wrażenia. Nie można mu sprzedać nowego życia co pół roku. Don Giovanni Pomorskiego jest więc nie tylko patronem męskiego pożądania. Jest świętym współczesnego nienasycenia. Człowiekiem, który biegnie, ponieważ przystanek mógłby ujawnić, że nie ma dokąd wracać. Tyle że w Pradze może wsiąść do tramwaju. Może stanąć obok emerytki z torbą zakupów. Może zgubić bilet. Może zostać zignorowany przez kobietę czytającą gazetę. Mit spotyka codzienność i nagle przestaje wyglądać tak imponująco. Na tym polega czeski geniusz. Każdego bohatera można posadzić przy stole. Każdą tragedię można skonfrontować z rachunkiem. Każdemu pomnikowi prędzej czy później ptak narobi na głowę.
Bohater Praskich świąt radości ucieka z Warszawy, ale oczywiście nie tylko z Warszawy. Od miasta można wyjechać pociągiem. Od siebie jedzie się znacznie dłużej. Ucieka od niespełnienia, twórczej niemocy, męskich wyobrażeń, oczekiwań i własnego wizerunku. Być może również od obowiązku bycia kimś. To szczególnie dotkliwy obowiązek współczesnego mężczyzny. Ma być silny, ale wrażliwy. Zdecydowany, lecz niedominujący. Ambitny, ale niezagrażający. Świadomy emocji, lecz nieobciążający nimi otoczenia. Powinien mówić o uczuciach, najlepiej językiem poprawnie przyswojonym podczas terapii, ale nie może przy tym brzmieć jak człowiek, który za długo mówi o sobie. Ma być mężczyzną. Tylko nie za bardzo. Ma mieć pragnienia. Pod warunkiem że wcześniej zostały zatwierdzone. Ma być spontaniczny. W sposób bezpieczny, przewidywalny i komunikacyjnie dojrzały. Nic dziwnego, że ucieka. Nie dlatego, że jest ofiarą kobiet, feminizmu czy zmieniającego się świata. Takie wyjaśnienie byłoby zbyt łatwe i wyjątkowo wygodne. Mężczyzna często ucieka przede wszystkim przed własną niedojrzałością, którą przez lata nazywał wolnością. Nie potrafi kochać, więc twierdzi, że nie chce być ograniczany. Nie potrafi zostać, więc opowiada o potrzebie przestrzeni. Nie potrafi się zestarzeć, więc szuka kolejnej osoby, przy której przez chwilę poczuje się młody. Nie potrafi przyjąć odpowiedzialności za własne wybory, więc obwinia epokę, role społeczne, kobiety, rodziców i złą energię miejsca.
Praga nie rozwiązuje tych problemów. Na szczęście. Miasto, które natychmiast rozwiązuje problemy bohatera, istnieje głównie w kiepskiej literaturze i ofertach biur podróży. Ona pozwala jedynie zobaczyć własny dramat z większej odległości. A z daleka większość naszych dramatów wygląda mniej jak grecka tragedia, a bardziej jak człowiek, który po raz trzeci nie odczytał instrukcji obsługi, ale nadal obwinia urządzenie. To nie znaczy, że cierpienie jest nieprawdziwe. Znaczy tylko, że cierpiący nie zawsze jest aż tak wyjątkowy, jak sądzi. To cenna lekcja. Zwłaszcza dla pisarza.
Bohater Pomorskiego jest pisarzem niespełnionym, co czyni go znacznie bardziej wiarygodnym niż pisarz spełniony. Spełniony pisarz to figura podejrzana. Albo kłamie, albo właśnie czeka na recenzję, która przywróci mu prawidłowy poziom rozpaczy. Pisanie jest zajęciem opartym na wyjątkowo zabawnym nieporozumieniu. Człowiek przez kilka lat siedzi samotnie nad tekstem, a następnie oczekuje, że świat zauważy w nim prawdę, której sam autor często nie był pewien. Kiedy świat nie zauważa, pisarz mówi, że epoka nie dojrzała. Kiedy zauważa, pisarz zaczyna podejrzewać, że napisał coś zbyt łatwego. Kiedy książka się nie sprzedaje, winny jest rynek. Kiedy sprzedaje się dobrze, winny jest sukces. Nie można wygrać. I być może właśnie dlatego warto pisać. Pomorski pokazuje twórczy kryzys bez przesadnego namaszczenia. Pisarz nie jest tutaj kapłanem języka ani ostatnim strażnikiem sensu. Jest człowiekiem, który nie potrafi napisać książki i z tego powodu snuje się po Pradze. To brzmi znacznie uczciwiej.
W polskiej kulturze nadal pokutuje przekonanie, że pisarz cierpi inaczej niż hydraulik, księgowa czy kierowca autobusu. Jego niemoc jest twórcza, jego alkoholizm — artystyczny, jego zdrady — skomplikowane psychologicznie, a jego narcyzm wynika oczywiście z nadwrażliwości. Zwykły człowiek ma problemy. Pisarz ma demony. Praga Pomorskiego pozwala trochę te demony przewietrzyć. Posadzić je przy stole. Zamówić im piwo. Zobaczyć, że jeden z nich jest zwyczajnym lękiem przed porażką, drugi potrzebą uznania, a trzeci źle znosi fakt, że świat nie czeka na kolejną książkę. To bywa bolesne. Ale przynajmniej jest śmieszne. A śmiech jest często pierwszym momentem, w którym człowiek przestaje kłamać.
Oczywiście nad Pragą unoszą się duchy Hrabala, Kafki i Havla. Trudno dziś wejść do czeskiej knajpy, żeby nie natknąć się przynajmniej na jednego z nich — jeśli nie w tekście, to na koszulce, magnesie albo podkładce pod kufel. Kultura doskonale radzi sobie z oswajaniem pisarzy, którzy wcześniej opisywali jej choroby. Kafka stał się atrakcją turystyczną. Hrabal patronem piwnej pogody ducha. Havel symbolem eleganckiego oporu. Wystarczy odpowiednio długo poczekać, a każdy buntownik zostanie nadrukowany na torbę. Nie oznacza to jednak, że ich obecność jest fałszywa. Przeciwnie. Praga rzeczywiście nosi ich ślady, tylko trzeba uważać, aby nie pomylić śladu z marką. Kafka nie pisał po to, żeby turysta mógł zrobić sobie zdjęcie pod pomnikiem. Pisał o świecie, w którym człowiek zostaje oskarżony, choć nie zna zarzutu; pracuje dla instytucji, której nie rozumie; próbuje dotrzeć do centrum władzy, które być może nie istnieje. Innymi słowy: pisał o urzędzie, korporacji i formularzu internetowym.
Hrabal nie był tylko pogodnym gawędziarzem od piwa. Jego śmiech wyrastał z doświadczenia klęski, przemocy, historii i upokorzenia. Był śmiechem człowieka, który wie, że świat jest zbyt absurdalny, żeby mówić o nim wyłącznie poważnie. Czeska lekkość nie wynika więc z niewiedzy. Wynika z jej nadmiaru. Czech śmieje się nie dlatego, że nie zauważył katastrofy. Śmieje się, ponieważ katastrofa już siedzi obok i pije jego piwo. Polak natomiast często uważa, że śmiech obraża cierpienie. Dlatego najpierw stawia cierpieniu pomnik, potem organizuje rocznicę, a następnie kłóci się o właściwy sposób obchodzenia tej rocznicy. Katastrofa przestaje być doświadczeniem. Staje się instytucją.
Jednym z najbardziej znaczących motywów książki jest czystość nalewaków w czeskich piwiarniach. Brzmi banalnie. I całe szczęście. Cywilizacja zaczyna się czasem nie od konstytucji, wielkiej idei ani narodowego programu, lecz od tego, że ktoś regularnie myje urządzenie, przez które przechodzi piwo. To szczególnie bolesna prawda dla kultur zakochanych w abstrakcjach. Można godzinami rozmawiać o godności człowieka, a potem potraktować kelnera jak element wyposażenia. Można bronić rodziny, nie rozmawiając z własnymi dziećmi. Można walczyć o wspólnotę, nienawidząc połowy sąsiadów. Można pisać o europejskich wartościach, a następnie zostawić po sobie brudny stół, bo przecież ktoś od tego jest. Czesi być może lepiej rozumieją, że wielkie idee bez czystego nalewaka są tylko pianą. My w Polsce kochamy pianę. Im więcej piany, tym łatwiej nie zauważyć, co naprawdę znajduje się w kuflu.
Lubimy słowa: honor, naród, prawda, zdrada, misja, odpowiedzialność. Są duże, ciężkie i dobrze wyglądają w przemówieniach. Znacznie gorzej radzimy sobie z punktualnością, szacunkiem dla cudzej pracy, odpowiedzialnością za własny bałagan i przyznaniem, że czegoś nie wiemy. Chcemy ratować cywilizację, ale nie chce nam się umyć nalewaka. Pomorski, nawet gdy nie mówi tego wprost, pokazuje przewagę drobnej, codziennej przyzwoitości nad wielkimi deklaracjami. Czech nie musi wygłaszać traktatu o radości życia. Wystarczy, że naleje dobre piwo, nie zrobi z tego wydarzenia duchowego i pozwoli człowiekowi spokojnie siedzieć. To brzmi skromnie. Właśnie dlatego jest rewolucyjne.
Książka powstaje w cieniu świata pełnego kryzysów: pandemii, katastrofy klimatycznej, społecznych podziałów, cyfrowego zmęczenia i samotności. Lista nieszczęść jest dziś tak długa, że człowiek zaczyna czuć się podejrzanie, kiedy przez chwilę jest szczęśliwy. Radość wymaga usprawiedliwienia. Czy wypada się śmiać, kiedy gdzieś trwa wojna? Czy wolno pić piwo, kiedy topnieją lodowce? Czy można spędzić bezużyteczne popołudnie, skoro demokracja, planeta, zdrowie publiczne i własna kariera wymagają stałej czujności? Współczesny człowiek został zatrudniony jako całodobowy strażnik wszystkich katastrof. Ma być świadomy. Zaangażowany. Poinformowany. Gotowy do natychmiastowej reakcji. Powinien wiedzieć, co wydarzyło się na drugim końcu świata, wyrobić sobie stanowisko i opublikować je, zanim pozna podstawowe fakty. Nie może po prostu czegoś nie wiedzieć. Niewiedza stała się moralnym zaniedbaniem.
W rezultacie ludzie codziennie przyjmują dawkę cudzych tragedii, której psychicznie nie są w stanie przetworzyć. Oglądają obrazy wojny podczas śniadania, katastrofę klimatyczną w drodze do pracy, skandal polityczny podczas obiadu i historię śmiertelnie chorego dziecka przed snem. Potem dziwią się, że nic już ich naprawdę nie porusza. To nie empatia. To emocjonalne zatrucie. Praska lekkość nie oznacza obojętności. Oznacza zgodę, że człowiek nie może cały czas pozostawać w stanie alarmowym. Że czasem musi napić się piwa, spojrzeć na rzekę, pojechać tramwajem bez celu i przez godzinę nie ratować świata. Świat prawdopodobnie jakoś to zniesie. Być może nawet lepiej niż nasze kolejne oświadczenie.
Największą zaletą Praskich świąt radości jest to, że książka nie próbuje uczynić z radości kolejnego obowiązku. Współczesność potrafi zepsuć wszystko. Nawet odpoczynek. Nawet uważność. Nawet wdzięczność. Masz codziennie zauważać trzy dobre rzeczy. Prowadzić dziennik. Praktykować obecność. Celebrować małe chwile. Oddychać przeponą. Budować dobrostan. Po chwili radość zaczyna przypominać dodatkowy zakres obowiązków. Człowiek siedzi wieczorem zmęczony i czuje wyrzuty sumienia, ponieważ niewystarczająco docenił zachód słońca. Praska radość nie potrzebuje aplikacji. Nie daje certyfikatu. Nie rozwija kompetencji miękkich. Nie musi być świadoma. Czasami jest po prostu chwilą, w której życie nie uwiera. Nie należy jej natychmiast analizować. Radość przeanalizowana zbyt dokładnie zwykle przestaje być radością. Zostaje materiałem. Pomorski przypomina, że lekkość nie jest ucieczką od życia. Może być sposobem przyjęcia jego nietrwałości. Wszystko się skończy. Miłość, podróż, książka, młodość, rozmowa, wieczór, kufel piwa. Nie trzeba z tego powodu natychmiast pisać elegii. Można dopić.
Bardzo łatwo byłoby zakończyć stwierdzeniem, że podróż do Pragi okazuje się podróżą w głąb siebie. Literatura kocha takie zdania. Biura podróży również. Człowiek wyjeżdża, gubi się w uliczkach, spotyka ekscentrycznego starca, pije lokalny alkohol, a następnie odkrywa, że przez całe życie uciekał przed własną prawdą. Potem wraca odmieniony. Zwykle do tego samego mieszkania. Pomorski jest ciekawszy tam, gdzie nie oferuje pełnej przemiany. Praga nie musi prowadzić w głąb siebie. Czasami dobrze, gdy prowadzi po prostu na drugi brzeg Wełtawy. Nie każda podróż musi być inicjacją. Nie każde spotkanie — znakiem. Nie każda kobieta — symbolem. Nie każdy tramwaj — metaforą losu. Możliwe, że jedzie na Žižkov. I to wystarczy.
Obsesja nadawania znaczeń jest jeszcze jedną formą narcyzmu. Uważamy, że świat bezustannie wysyła nam wiadomości. Pogoda odpowiada naszym emocjom. Miasto komentuje nasz kryzys. Przypadkowe spotkanie coś zapowiada. Piosenka w radiu pojawia się dokładnie wtedy, kiedy powinna. Cały kosmos pracuje jako dział obsługi naszego rozwoju osobistego. Czeski dystans pozwala dopuścić możliwość, że świat nie ma o nas żadnego zdania. Praga istniała przed naszym przyjazdem. Będzie istnieć po naszym wyjeździe. Kelner nie jest przewodnikiem duchowym. Kobieta przy stoliku nie czeka, aby odmienić nasze życie. Tramwaj nie wie, że przechodzimy kryzys. To może boleć. Ale może również przynieść ulgę. Skoro świat nie został urządzony wokół nas, nie musimy bezustannie grać głównej roli. Możemy przez chwilę zostać statystą. Popatrzeć. Posłuchać. Przejechać kilka przystanków za daleko.
Praskie święta radości można czytać jako pochwałę czeskiego luzu. Tylko że słowo „luz” zostało już skutecznie zamordowane przez reklamy piwa, trenerów rozwoju i ludzi publikujących zdjęcia z hamaka. Nie chodzi jednak o luz jako styl życia. Chodzi o rezygnację z przymusu ciągłego potwierdzania własnej ważności. Polakowi trudno odpuścić, ponieważ odpuszczenie wydaje się kapitulacją. Trzeba walczyć. Bronić. Udowadniać. Pamiętać. Odpowiadać. Nie pozwolić, żeby ostatnie słowo należało do kogoś innego. W rezultacie całe życie może upłynąć na wygrywaniu sporów, które nie miały żadnego znaczenia. Można mieć rację i nie mieć już nikogo. Można obronić honor, tracąc spokój. Można zachować zasady i stać się człowiekiem, z którym nikt nie chce siedzieć przy stole. Czesi nie są oczywiście narodem wolnym od małości, hipokryzji, tchórzostwa czy historycznych kompromisów. Mit czeskiej lekkości jest równie uproszczony jak mit polskiego romantyzmu. Ale czasami mit bywa użyteczny, kiedy pozwala zobaczyć własną deformację. Naszą deformacją jest napięcie. Wiecznie podniesione ramiona. Zaciśnięta szczęka. Gotowość do obrony przed atakiem, który jeszcze nie nastąpił. Podejrzenie, że ktoś nas nie docenił. Strach, że inni bawią się naszym kosztem. Nieustanne czuwanie nad powagą własnej osoby. Może właśnie dlatego potrzebujemy Don Giovanniego w tramwaju. Nie Don Giovanniego zdobywcy. Don Giovanniego zdegradowanego do zwykłego pasażera. Bez peleryny. Bez katalogu kobiet. Bez orkiestry. Z biletem w kieszeni i świadomością, że jego wielki dramat nikogo tutaj szczególnie nie interesuje. To jest prawdziwa lekcja Pragi. Nie jesteś aż tak ważny. Twoje cierpienie nie jest pierwsze. Twoja miłość nie jest jedyna. Twoja porażka nie kończy historii. Twoja książka może nie zostać napisana. Twoja młodość minie. Tramwaj pojedzie dalej. I wbrew temu, czego się obawiasz, może to być dobra wiadomość.
Pomorski pisze książkę o radości, ale nie o radości triumfalnej. Nie o sukcesie, spełnieniu ani wielkim pojednaniu człowieka ze światem. To radość prowizoryczna. Z kufla. Z rozmowy. Z miasta oglądanego bez planu. Z ironii, która nie niszczy, tylko spuszcza powietrze z nadętej osobowości. Z faktu, że przez chwilę nie trzeba niczego rozstrzygać. Współczesna kultura nie ufa takim chwilom. Są zbyt małe, aby je sprzedać. Nie można zbudować na nich programu naprawy świata. Nie dają się przeliczyć na rozwój, zasięg ani zmianę społeczną. Są więc niemal bezużyteczne. A to znaczy, że mogą być prawdziwe.
Praga Pomorskiego nie obiecuje zbawienia. Oferuje coś bardziej realistycznego: kilka godzin oddechu od człowieka, którym z takim wysiłkiem próbujemy być. Być może właśnie tego potrzebujemy. Nie kolejnej tożsamości. Nie następnej przemiany. Nie nowej narracji o sobie. Ale chwili, w której możemy usiąść, napić się piwa i nie tłumaczyć nikomu, co to znaczy. Don Giovanni przejeżdża obok tramwajem. Kafka czeka w urzędzie. Hrabal opowiada historię, której końca już nikt nie pamięta. Polak przy sąsiednim stole zaczyna wyjaśniać Czechom ich własną historię. Kelner przewraca oczami. Piwo jest dobre. Świat się nie naprawił. Ale przez chwilę można go znieść. A czasami to więcej niż wszystkie nasze wielkie zwycięstwa.
2021/2026
Jacek Pomorski – „Praskie święta radości, czyli zasada Don Giovanniego”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021, str. 170.
