Chciałbym napisać, że Fajerwerki nad otuliną Łukasza Nicpana są książką o codzienności. Byłoby to jednak określenie równie prawdziwe, co bezużyteczne. Codzienność jest przecież wszystkim, co mamy. Problem polega na tym, że większość z nas robi wszystko, aby jej nie zauważyć.

Wstajemy. Pracujemy. Jemy. Rozmawiamy. Spotykamy ludzi. Patrzymy przez okno. Starzejemy się. Kogoś tracimy. Kogoś przestajemy kochać. Ktoś przestaje kochać nas. Przenosimy przedmioty z miejsca na miejsce. Odbieramy telefony. Odpowiadamy na wiadomości. Załatwiamy sprawy, które jeszcze wczoraj wydawały się pilne, a za rok nie będziemy pamiętać, czego dotyczyły. To właśnie nazywamy życiem. A jednak zachowujemy się tak, jakby życie miało dopiero nadejść. Po awansie. Po przeprowadzce. Po urlopie. Po zakończeniu trudnego okresu. Kiedy dzieci dorosną. Kiedy będziemy mieli więcej pieniędzy, mniej obowiązków, lepsze zdrowie, spokojniejszą głowę. Ciągle żyjemy w przedsionku.

Nicpan tymczasem siada w samym środku tego, co zwyczajne, i zaczyna patrzeć. Nie biegnie po wielki temat. Nie konstruuje fabuły, w której każdy szczegół musi dokądś prowadzić. Nie próbuje udowodnić, że jego życie było bardziej interesujące od życia innych. Zapisuje dni, twarze, wspomnienia, obrazy, drobne zdarzenia. To, co większość ludzi uznałaby za materiał zbyt mało efektowny, by zasługiwał na literaturę. I właśnie dlatego ta książka jest niebezpieczna. Pokazuje bowiem, że problemem nie jest brak niezwykłości w naszym życiu. Problemem jest nasza niezdolność do widzenia.

Współczesny człowiek nie tyle żyje w swojej głowie, ile wynajmuje ją światu jako powierzchnię reklamową. Wpuszcza do niej cudze lęki, pragnienia, opinie, obrazy i gotowe języki. Wydaje mu się, że myśli, choć często jedynie odtwarza to, co zobaczył kilkanaście minut wcześniej. Uważa swoje emocje za osobiste, choć zostały zaprojektowane, sprowokowane i precyzyjnie ukierunkowane przez ludzi, którzy wiedzą, jak długo zatrzymać jego palec na ekranie. Żyjemy w głowie, ale coraz rzadziej jest to nasza głowa.

Nicpan przypomina, że myślenie może być jeszcze przestrzenią wolności. Nie efektowną deklaracją niezależności, lecz cichym prawem do zatrzymania czegoś tylko dla siebie. Do przyjrzenia się własnemu doświadczeniu, zanim zostanie ono nazwane przez innych, ocenione, opublikowane i zamienione w materiał. To prawdopodobnie jeden z ostatnich luksusów, jakich jeszcze nam nie odebrano. Choć robimy wszystko, aby pozbyć się go dobrowolnie. Nie potrafimy przeżyć chwili bez natychmiastowego komentarza. Kiedy coś nas porusza, zamiast pozwolić temu pracować w ciszy, sięgamy po telefon. Fotografujemy. Opisujemy. Udostępniamy. Sprawdzamy reakcje. Zanim doświadczenie zdąży stać się częścią nas, już oddajemy je publiczności. Nie mamy wspomnień. Mamy dokumentację. Nie pamiętamy wyjazdu. Pamiętamy zdjęcia z wyjazdu. Nie pamiętamy rozmowy. Pamiętamy, że napisaliśmy o niej kilka zdań. Nie pamiętamy twarzy człowieka. Pamiętamy, jak wyglądała na ekranie. Wydaje się nam, że zapisujemy życie, podczas gdy coraz częściej zastępujemy życie zapisem.

Autor Fajerwerków nad otuliną robi coś odwrotnego. Jego notatki nie zasłaniają świata. Pozwalają mu się odsłonić. Drobne sytuacje nie zostają zamienione w anegdoty mające udowodnić błyskotliwość autora. Pozostają drobnymi sytuacjami, ale dzięki skupieniu zaczynają ujawniać swój ciężar. To właśnie jest dziś niemal niezrozumiałe: przekonanie, że coś może być ważne, choć nie jest spektakularne. W kulturze nadmiaru wszystko musi krzyczeć. Tytuł ma szokować. Obraz ma zatrzymać wzrok. Człowiek ma mieć wyrazistą osobowość. Relacja ma być intensywna. Podróż ma być wyjątkowa. Książka ma zmieniać życie. Śniadanie ma wyglądać tak, jakby stanowiło kulminację europejskiej cywilizacji. Nic nie może już po prostu być. Wszystko musi się przedstawiać.

Zaczęliśmy gardzić zwyczajnością, ponieważ zwyczajność nie daje przewagi. Nie pozwala powiedzieć: moje życie jest ciekawsze, moja miłość głębsza, moje cierpienie bardziej znaczące, moje dzieci bardziej niezwykłe, mój rozwój duchowy bardziej autentyczny. A przecież zdecydowana większość życia składa się z rzeczy, których nikt nam nie zazdrości. Z poranków. Z powtarzalnych gestów. Z rozmów, po których nic się nie zmienia. Z twarzy oglądanych przez lata. Z pracy wykonywanej bez oklasków. Z milczenia przy wspólnym stole. Z ciał, które powoli tracą dawny kształt. Z ludzi, którzy odchodzą tak zwyczajnie, że aż trudno uwierzyć, iż ich zniknięcie może zniszczyć cały świat.

Nicpan przygląda się temu, co pozostaje po fajerwerkach. Nie samemu wybuchowi. Otulinie. Przestrzeni po zdarzeniu. Światłu, które już gaśnie. Wspomnieniu, które nie potrafi całkowicie umrzeć, ale też nigdy nie powróci w dawnej formie. Szczególnie mocno brzmi jego obserwacja dawnych koleżanek, które przy chłopcach ze szkolnych lat pozostają jeszcze dziewczęce, a z dala od nich są już niemal stare. Nie chodzi tu tylko o wiek. Chodzi o tajemniczą władzę pamięci, która potrafi przechować człowieka w postaci nieistniejącej już dla nikogo innego. Dla świata dana osoba jest dorosłą kobietą, matką, rozwódką, dyrektorką, pacjentką, sąsiadką. Dla kogoś, kto pamięta ją ze szkolnego korytarza, przez krótką chwilę może nadal być dziewczyną w zbyt dużym swetrze, śmiejącą się z czegoś, czego nikt poza nimi już nie pamięta. Właśnie tak działają najgłębsze więzi. Nie opierają się jedynie na tym, kim jesteśmy teraz. Przechowują również nasze dawne wersje. Człowiek bliski to ktoś, przy kim nie musimy być wyłącznie osobą aktualną. Możemy być także dzieckiem, którym byliśmy, głupcem, którym się okazaliśmy, człowiekiem przestraszonym, zakochanym, nieporadnym. Ktoś bliski pamięta nasze twarze, których sami już nie potrafimy przywołać. Dlatego utrata człowieka jest czymś więcej niż utratą relacji. Wraz z nim umiera część nas, którą tylko on pamiętał.

Współczesność przekonuje nas, że przeszłość należy zamykać. Trzeba iść dalej. Nie oglądać się. Nie rozpamiętywać. Odcinać to, co nie służy. Pozbywać się relacji, przedmiotów, wspomnień i miejsc, które przestały odpowiadać naszej obecnej wersji. Cała kultura samorozwoju oparta jest na obsesji porzucania siebie. Masz zostawić dawną tożsamość. Przepracować przeszłość. Wyznaczyć granice. Usunąć toksycznych ludzi. Napisać nowy rozdział. Zostać najlepszą wersją siebie. Brzmi to jak wolność i czasami nawet nią jest. Częściej jednak staje się usprawiedliwieniem dla historycznej amnezji i emocjonalnego tchórzostwa. Bo nie wszystko, co trudne, jest toksyczne. Nie każda niewygoda oznacza przekroczenie granic. Nie każdy człowiek, który nie potwierdza naszego obrazu siebie, stanowi zagrożenie. Być może po prostu przypomina nam o czymś, czego nie chcemy pamiętać. Bo pamięć jest niewygodna, ponieważ nie pozwala nam bez końca przepisywać własnej biografii. Przechowuje nasze zdrady, małości, niekonsekwencje i dawne obietnice. Stoi na drodze człowiekowi, który chciałby każdego ranka budzić się całkowicie niewinny. Dlatego tak łatwo mówimy: to już nie jestem ja. A kto wobec tego to zrobił? Kto wypowiedział tamte słowa? Kto zawiódł? Kto uciekł? Kto milczał, gdy należało mówić? Człowiek, którym już nie jesteś, nadal pozostaje częścią człowieka, którym się stałeś.

Nicpan nie traktuje pamięci jak magazynu sentymentalnych obrazów. Pamięć nie jest ozdobą. Jest odpowiedzialnością. Oznacza zgodę na to, że nie zaczynamy się dzisiaj. Że jesteśmy zbudowani z dawnych zachwytów, urazów, błędów, gestów dobroci i chwil podłości. Że przeszłość nie znika tylko dlatego, że przestaliśmy o niej opowiadać. Można zmienić narrację. Ale nie można unieważnić życia. Dlatego zapiski pisarza nie są ucieczką w przeszłość. Są buntem przeciwko kulturze, która chce, aby człowiek był stale aktualizowany, lekki, gotowy do zmiany i pozbawiony wszelkiego bagażu.

Człowiek bez bagażu jest wygodny. Łatwo go przenieść. Łatwo sprzedać mu nową tożsamość. Łatwo wmówić mu nowe potrzeby. Łatwo przekonać, że wszystko, co było wczoraj, straciło znaczenie. Pamięć utrudnia sterowanie. Człowiek pamiętający wie, że mody mijają. Że dzisiejsi prorocy jutro będą udawać, iż nigdy nie wypowiedzieli własnych słów. Że każdy system przedstawia się jako ostateczny. Że każda epoka uważa swoją głupotę za rodzaj oświecenia.

Autor książki patrzy także na obrazy, ludzi i miejsca. Pozwala, by widok uruchomił myśl, a myśl — wspomnienie. Nie pyta obsesyjnie, do czego można to wykorzystać. Nie próbuje zwiększyć produktywności własnej refleksji. To również stało się dzisiaj formą oporu. Nie umiemy już patrzeć bez celu. Spacer ma poprawiać kondycję. Medytacja ma zwiększać wydajność. Czytanie ma rozwijać kompetencje. Sen ma służyć regeneracji przed pracą. Relacje mają budować sieć kontaktów. Nawet odpoczynek musi się opłacać. Człowiek nie może już po prostu usiąść. Musi praktykować uważność. Nie może patrzeć na obraz. Musi rozwijać wrażliwość. Nie może być smutny. Musi przechodzić proces. Nie może się zgubić. Musi odkrywać siebie. Zamieniliśmy życie w projekt zarządczy. Ciało jest projektem. Kariera jest projektem. Rodzina jest projektem. Starość jest projektem. Nawet śmierć powinna być najlepiej świadoma, dojrzała i odpowiednio opowiedziana. W tym świecie zwykła obecność wydaje się stratą czasu. Jeśli chwili nie można przeliczyć na zdrowie, pieniądze, rozwój, atrakcyjność lub materiał do publikacji, wydaje się bezwartościowa.

Fajerwerki nad otuliną odzyskują chwile bez wartości rynkowej. I to może być najbardziej polityczny ich wymiar. Bo człowiek, który potrafi usiąść, patrzeć i myśleć, na pewien czas wypada z obiegu. Nie kupuje. Nie reaguje. Nie dostarcza danych. Nie buduje marki. Nie walczy o uwagę. Nie pozwala, aby ktoś natychmiast nadał sens temu, co widzi. Jest nieproduktywny. A więc wolny. Przynajmniej przez chwilę.

Czytając tę książkę, można oczywiście zatrzymać się na powierzchni. Powiedzieć, że to piękna książka o pamięci, przemijaniu i uważności. Zachwycić się stylem. Podkreślić czułość autora. Odłożyć tom na półkę i natychmiast wrócić do świata, w którym nie mamy czasu spojrzeć w twarz człowiekowi siedzącemu naprzeciwko. Literatura doskonale znosi takie traktowanie. Można czytać książki o samotności i ignorować samotnego człowieka. Można wzruszać się opowieścią o starości i nie zadzwonić do własnej matki. Można zachwycać się esejem o pamięci, a jednocześnie usuwać z życia wszystko, co przypomina o dawnych zobowiązaniach. Można czytać o autentyczności i przez resztę dnia odgrywać siebie przed publicznością. Książka niczego za nas nie zmieni. Może jedynie odebrać kilka wymówek.

Po lekturze trudniej mówić, że życie jest zbyt zwyczajne, by zasługiwało na uwagę. Trudniej twierdzić, że nie ma o czym pisać, myśleć ani pamiętać. Trudniej narzekać na pustkę świata, skoro sami każdego dnia przechodzimy obojętnie obok rzeczy, z których świat jest zbudowany. Może nie brakuje nam przeżyć. Może brakuje nam zdolności przeżywania. Nie jesteśmy głodni nowych doświadczeń. Jesteśmy przejedzeni bodźcami i jednocześnie niedożywieni sensem. Wciąż potrzebujemy czegoś mocniejszego, szybszego, bardziej niezwykłego, ponieważ zwykłe rzeczy przestały przebijać się przez warstwę hałasu. Dlatego fajerwerki muszą być coraz głośniejsze. A otulina coraz cieńsza. Mówimy o kryzysie relacji, samotności, alienacji i emocjonalnym wypaleniu, jakby były to tajemnicze choroby, które spadły na nas z zewnątrz. Tymczasem sami ćwiczymy się w niedostępności. Patrzymy na ekran, kiedy ktoś mówi.

Odpowiadamy bez słuchania. Przerywamy milczenie, zanim stanie się znaczące. Utrzymujemy dziesiątki kontaktów, lecz nie mamy do kogo zadzwonić w środku nocy. Mówimy wszystkim, co czujemy, ale coraz rzadziej potrafimy powiedzieć to jednemu konkretnemu człowiekowi. Publiczna szczerość stała się często sposobem unikania prywatnej bliskości. Łatwiej opowiedzieć tysiącom obcych ludzi o własnym kryzysie, niż spojrzeć w oczy osobie, którą skrzywdziliśmy. Łatwiej napisać poruszający tekst o samotności, niż wytrzymać godzinę z człowiekiem nudnym, chorym albo starym. Łatwiej deklarować empatię wobec świata, niż nie upokorzyć kogoś we własnym domu.

Nicpan nie głosi moralnych kazań. Ale jego uwaga wobec życia mimowolnie oskarża naszą nieuwagę. Czułość nie jest bowiem nastrojem. Jest pracą. Wymaga czasu, pamięci i rezygnacji z własnej centralnej pozycji. Trzeba dopuścić, że drugi człowiek nie istnieje wyłącznie jako bohater naszej historii. Ma własną przeszłość, własne tajemnice, własne zmęczenie. Nie wszystko, co robi, jest komunikatem skierowanym do nas. Współczesny człowiek chce być widziany, lecz sam coraz mniej widzi. Chce być słuchany, lecz nie słucha. Chce być akceptowany w całej swojej złożoności, ale innych ocenia na podstawie jednego zdania. Chce prawa do zmiany, ale cudzym błędom wyznacza dożywotnią karę. Chce czułości, dopóki nie wymaga ona cierpliwości. Być może dlatego autentyczność i prostota, o których przypomina Nicpan, mają dziś niemal heroiczne znaczenie. Nie dlatego, że są efektowne. Właśnie dlatego, że nie są. Nie można łatwo ich zademonstrować. Człowiek naprawdę autentyczny zazwyczaj nie potrzebuje bez przerwy zapewniać o swojej autentyczności. Najwięcej mówią o prawdzie ci, którzy uczynili z niej kostium. Najwięcej o wolności — ci, którzy nie potrafią wytrzymać cudzej odmienności. Najwięcej o głębi — ci, którzy mylą natężenie emocji z ich dojrzałością. Najwięcej o uważności — ci, którzy fotografują własną medytację.

Pisarz nie proponuje wielkiego programu naprawy człowieka. Nie każe nam wyjechać w góry, odłączyć internetu ani rozpocząć duchowej rewolucji. Jego książka sugeruje coś znacznie trudniejszego: trzeba zacząć zauważać życie, które już mamy. Nie to wymarzone. Nie to przyszłe. Nie to odpowiednio zaprezentowane. To konkretne. Z jego zmęczeniem. Starzeniem. Powtarzalnością. Z ludźmi, których znamy zbyt długo, aby jeszcze wydawali się interesujący. Z przedmiotami, których nie zauważamy. Z miejscami, przez które przechodzimy bez patrzenia. Z dniami, które uznajemy za nieudane, ponieważ nie wydarzyło się w nich nic wartego opublikowania. Być może właśnie te dni są naszym życiem. Reszta to fajerwerki. Krótki błysk, huk, kilka zachwyconych twarzy i ciemność, która po chwili wraca na swoje miejsce.

Nie wiem, czy potrafimy jeszcze odzyskać zwyczajność. Być może zbyt długo trenowaliśmy pogardę wobec wszystkiego, co ciche, powolne i niewidoczne. Być może potrzebujemy nieustannego przedstawienia, ponieważ bez niego musielibyśmy zobaczyć, jak niewiele naprawdę czujemy. A może jeszcze nie jest za późno. Może wystarczy przestać natychmiast uciekać. Nie sięgać po telefon. Nie komentować. Nie zamieniać chwili w opowieść o sobie. Popatrzeć na twarz człowieka, którego znamy od lat, i dopuścić myśl, że prawie nic o nim nie wiemy. Przypomnieć sobie miejsce, którego już nie ma. Pozwolić, by obraz pozostał przez chwilę tylko obrazem. Przyjąć, że życie nie jest powieścią i nie ma obowiązku prowadzić do efektownego zakończenia.

Fajerwerki nad otuliną przypominają, że najcenniejsza opowieść nie znajduje się w fikcji, którą konstruujemy dla innych. Jest w życiu, którego tak często się wstydzimy, ponieważ wydaje się zbyt małe, zbyt nieuporządkowane i zbyt zwyczajne. Tylko czy naprawdę chcemy je zobaczyć? Czy też wolimy nadal nazywać życiem to, co pokazujemy, a wszystko, co niewidoczne, traktować jak niepotrzebną resztę? Być może nie żyjemy już nawet w swojej głowie. Być może żyjemy w cudzych oczach. I czekamy, aż ktoś wreszcie spojrzy na nas wystarczająco długo, byśmy mogli uwierzyć, że istniejemy. Problem w tym, że inni czekają dokładnie na to samo. Dlatego wszyscy patrzą. I prawie nikt już niczego nie widzi.

2021/2026

Łukasz Nicpan – „Fajerwerki nad otuliną”, PIW, Warszawa 2020, str. 324.