Często jakaś dawno niesłyszana fraza słowna albo muzyczna wpada do ucha, dolatuje na przykład gdzieś z oddali, z otwartego okna, z czyichś zbyt głośno ustawionych słuchawek czy z przejeżdżającego samochodu i mimo, że nie słyszało się jej kilka czy kilkanaście lat, od razu przypomina się cały tekst piosenki. A przecież słyszało się ich w życiu tysiące, a pewnie setki zna na pamięć. Niczym Proustowska magdalenka przywołuje wspomnienia, czasem słysząc taką frazę staje przed oczyma impreza z liceum, ona, albo jakieś wydarzenie na koncercie…

Tym razem z otwartego okna czteropiętrowego bloku, schowanego pomiędzy podobne mu, zbudowane w latach 60-tych ubiegłego stulecia budynki, dobiegł mnie głos Muńka Staszczyka śpiewającego piosenkę, którą uwielbiałem na przełomie podstawówki i liceum. „Mówiono o nim King w mieście świętej wieży”…
Z naprzeciwka szedł dwudziestokilkuletni chłopak, mojego wzrostu, o ciemnoblond włosach, długich, związanych w kucyk. Z twarzy przypominał ją, te same wydatne kości policzkowe i kształt nosa. Często słyszę piosenki przypominające mi wczesną młodość, często też widzę mężczyzn – a we wcześniejszych latach chłopaków – o których myślę, że mogliby być moim synem. Gdyby dane mu było pojawić się na świecie…

Połączenie tych dwóch czynników sprawiło, że znów zacząłem rozmyślać, jaki też on mógłby być. Teraz byłby już po studiach. Czy byłby inżynierem, jak ja, czy raczej bliższe byłyby mu pasje humanistyczne, jak jego niedoszłej matce? A może wdałby się w tradycyjny model moich krewnych, z którego udało mi się wyrwać, edukację zakończył dość szybko i zasilił szeregi tych, którzy w wielu dwudziestu kilku lat są już ludzkimi wrakami z powodu nadmiaru używek? Czy podzielałby moje sportowe zacięcie, które każe mi zdobywać wciąż nowe szczyty, czy to górskie, czy też możliwości organizmu, gdy jakiś wewnętrzny imperatyw gna mnie wciąż bym pokonywał kolejne ultramaratony, gdy większość moich rówieśników łapie zadyszkę przy wejściu na pierwsze piętro i nie jest w stanie zrobić pompki czy przysiadu? Czy żyłby bardziej w świecie wirtualnym, jak większość jego rówieśników? „Nie ma dzieci, to biega, zwiedza, skacze” – mówią. „No tak, a mógłby przecież chlać, jak wszyscy po mieczu i większość po kądzieli” – mówią inni.

A może byłaby to jednak ona? Przyznam, że rzadziej, o wiele rzadziej myślę, że mogłaby to być córka. Czy miałaby włosy ciemne po mnie, czy blond, jak tamta ona? A może jakieś pomiędzy? Czy oczy miałaby zielone po niedoszłej matce, czy czarne po mnie? Czy biust miałaby drobny, a kształtny po niej, czy duży i obwisły jak kobiety w mojej rodzinie? Czy miałaby po niej też urodę, oganiała się od chłopaków i mogła zostać modelką? Czy miałaby umysł ścisły, czy humanistyczny? Ale ten wariant jednak naprawdę o wiele rzadziej rozważam.

Bo ona była piękną dziewczyną z tak zwanego porządnego, inteligenckiego domu. Ojciec naukowiec w wąskiej, technologicznej specjalizacji, doktor habilitowany, z czasem – wygooglowałem – doczekał się nawet belwederskiej profesury. Matka wykładała na uniwersytecie jeden z tych egzotycznych języków, który zapisuje się alfabetem podobnym do robaczków, nie arabski, nie perski, któryś z tych południowoazjatyckich. Ja natomiast, z lumpenproletariackim pochodzeniem, byłem z przeciwnego zupełnie bieguna. A mimo wszystko zaiskrzyło między nami na tradycyjnym, plenerowym koncercie z okazji rozpoczęcia roku szkolnego; akurat skakaliśmy przy barierce do rytmu „Kinga” T.Love; Muniek był jeszcze młody i pełen wigoru. Z rozsuniętego plecaka wypadł jej „Zamek” Kafki, podniosłem, podałem. Nie znałem wtedy Kafki, bo w domu nie miał kto nauczyć, a w moim poślednim liceum polonistka też nie za bardzo przykładała się do krzewienia znajomości lektur spoza programu. Od słowa do słowa, wymiana numerów telefonów, wówczas jeszcze stacjonarnych, i tak to się zaczęło.

Ona na uniwerku, ja na polibudzie, mi obce były (i nadal są) języki, których się uczyła, ona nie rozumiała (nie ma się co dziwić) zagadnień, które ja zgłębiałem od pierwszego roku. Ale, jak to często bywa, takie przeciwieństwa lubią się przyciągać. Nie była moją pierwszą miłością, ale na pewno największą. Przez cały pierwszy rok byliśmy jak w transie, ona na Krakowskim, ja na Mokotowie, spotkania najczęściej gdzieś w Śródmieściu, najczęściej w połowie drogi na Polach Mokotowskich. Często u niej, u mnie rzadko, bo wstyd. Miała też świetnych, mądrych znajomych – niektórzy są teraz cenionymi tłumaczami, inni poszli w dyplomację… Moi koledzy z uczelni znani są nieco mniej, choć zazwyczaj zarabiają – jak to ludzie z wykształceniem technicznym, bardzo dużo.

Aż pewnego dnia pokazały się dwie kreski. Siedzieliśmy długo w milczeniu. Młodzi, bezradni, nie wiedzący gdzie szukać pomocy i czy w ogóle jest sens. Stan milczenia trwał kilka dni, aż wreszcie powiedziała:

– Ślubu tak czy owak nie weźmiemy. Moi rodzice się na to nie zgodzą…

– Bo?

– Bo uważają od dawna, że nasz związek to mezalians.

– Ale ja jestem na jednym z najbardziej prestiżowych kierunków… – nie dała mi dokończyć i przerwała obcesowo:

– To prawda. Ale jak im powiedziałam, kim są twoi rodzice, to powiedzieli, że nie może tak być…

– Ale powiedziałaś im o tym?

– No skąd. Chyba by mnie zabili. Kiedyś wspomniałam, bo pytali. Od razu powiedzieli, że ty nie jesteś dla mnie dobrą partią… Może i student, może i na dobrym kierunku, ale z lumpów i gołodupiec…
To był drugi cios obuchem w łeb.

– Dlatego pomyślałam, że najlepiej będzie, jak usuniemy. Ja przecież muszę skończyć studia, ty zresztą pewnie też byś chciał, a to (cały czas mówiła: to) spieprzyłoby nam życie już na starcie. Jak to się mogło stać? I kiedy?
Nad tym też zastanawiałem się cały czas od zobaczenia dwóch kresek. Przecież uważaliśmy, a z opowieści koleżków wiem, że nie wszyscy uważali…

– Mi się szykuje za rok stypendium w Azji, mieszkać nie mamy gdzie…

– Ale przecież twoi…

– Myślisz, że oni nam kupią mieszkanie? Nam? To znaczy mi i tobie? – to ostatnie wymówiła z mieszaniną szyderstwa i pogardy. – A na pomoc twoich to raczej nie mamy co liczyć, prawda?

Z tym ostatnim nie sposób było się nie zgodzić. Milczałem.

– Ale jak chcesz to załatwić? – spytałem po chwili.

– Jedna znajoma, znasz ją chyba, Paprota, miała podobny problem. Ma kontakt. Pytanie tylko, skąd tyle kasy weźmiemy.

Ile to było kasy, teraz już nie pamiętam. Na pewno bardzo dużo, równowartość kilku stypendiów naukowych. Tu i ówdzie pożyczyliśmy, ona podkradła trochę rodzicom z bieliźniarki (konserwatyści w każdym calu) i poszliśmy.

– Nie taniej byłoby urodzić? – zapytał lekarz, przeliczając z wprawą banknoty. – Cóż, nie mieszam się, wasza sprawa. Proszę za mną – powiedział do niej.

Interes szedł mu chyba dobrze. Pokojów w wieżowcu w samym centrum Warszawy było cztery, z czego co najmniej trzy były gabinetami. W obszernym przedpokoju prócz mnie siedział jeszcze jeden. Gdy jego dziewczyna wyszła z innego pokoju, dało się zauważyć, że trafia tu szerszy przekrój społeczny.

– I jak? – zapytał ją.

– Spoko, tylko dynia mnie napierdala – odrzekła.

– Pójdziemy do Gochy, czeka z obiadem, walniesz browara i ci przejdzie. Idziemy. Do widzenia! – to ostatnie było do mnie i do asystentki w kitlu, która też wynurzyła się z tamtego pokoju.

Ona wyszła po pół godzinie. Asystentka ginekologa ogłaszającego się w prasie w rubryce „Wywoływanie miesiączki” dawała jej ostatnie rady. Od tamtej pory zaczęliśmy uważać jeszcze bardziej, choć, prawdę mówiąc, nie potrwało to już zbyt długo. Może jeszcze z pół roku. I tak długo, jak na studenckie standardy…
Potem wysyłaliśmy sobie już tylko życzenia na urodziny. Rok czy dwa po studiach zaprosiła mnie nawet na ślub. Wybrankiem nie był żaden filolog z profesorskiej rodziny, tylko dobrze zapowiadający się biznesmen z jednej z nowych wówczas branż. Są chyba szczęśliwi. Parę lat po tym ślubie zadzwoniła do mnie, by umówić się w mieście na kawę.

– Chciałam ci powiedzieć, że wszystko jest w porządku. Jestem w ciąży i to już drugiej, pierwsze dziecko jest zdrowe.

Kamień spadł mi z serca, bo bałem się, że może jest wręcz przeciwnie, pokątny ginekolog coś spaprał i nie może mieć dzieci, może mieć za to do mnie jakieś roszczenia.

– Bardzo się cieszę, bo i ja trochę się o to martwiłem – powiedziałem.

I była to prawda. Mimo, że moje uczucie do niej dość szybko wygasło, to przez lata gryzło mnie to, czy ona będzie mogła mieć dzieci, bo jeśli nie mogłaby ich mieć, winą obarczałbym też siebie. A ja, mimo że przeżyłem potem kilka związków, z których co najmniej dwa wydawały się poważne, nie założyłem rodziny i nie zdecydowałem się na posiadanie potomstwa. Nie mogłem. Po wyskrobaniu naszego dziecka nie mogłem się na to zdecydować.

Młody człowiek, który mógłby być moim synem tymczasem był już dosyć daleko, może siedemdziesiąt, może osiemdziesiąt metrów dalej. Z okna czteropiętrowego bloku nadal dobiegały słowa Muńkowego hitu sprzed trzech już dekad: „mieszkali więc bez ślubu i klepali słodką biedę…”.

 

 

 

Opowiadanie  w październiku 2024 roku zdobyło II miejsce ex aequo w ogólnopolskim konkursie literackim

zorganizowanym z okazji Nocy Bibliotek przez Bibliotekę Raczyńskich w Poznaniu