Czytając Hydrę Jarosława Księżyka, pomyślałem, że jedyną rozsądną reakcją człowieka na współczesność byłoby wyrzucenie telefonu przez okno, podpalenie identyfikatora służbowego i zniknięcie gdzieś, gdzie zasięg kończy się wcześniej niż asfalt. Oczywiście nie zrobiłem żadnej z tych rzeczy. Telefon był drogi, identyfikator należy do firmy, a poza zasięgiem nie działa bankowość mobilna. Na tym mniej więcej polega nasze niewolnictwo: jesteśmy świadomi klatki, potrafimy ją opisać, przeanalizować i sfotografować, ale zanim spróbujemy z niej wyjść, sprawdzamy, czy producent przewidział taką możliwość w regulaminie.

Hydra w powieści Księżyka nie jest zwykłą korporacją. Korporacja byłaby czymś zbyt niewinnym. Miałaby siedzibę, prezesa, recepcję, ekspres do kawy i dział HR, który raz na kwartał wysyłałby ankietę dotyczącą dobrostanu pracowników. Z czymś takim można przynajmniej próbować walczyć. Można zwolnić się z pracy, napisać anonimową opinię w internecie albo ukraść kilka długopisów. Hydra jest czymś większym. Jest systemem, który nie potrzebuje już strażników, ponieważ każdego z nas nauczył pilnować samego siebie. To ona budzi cię rano i pyta, czy dobrze wykorzystałeś noc. To ona liczy twoje kroki, godziny snu, minuty skupienia, szklanki wody i okresy obniżonej wydajności. To ona każe ci odpoczywać efektywnie. Nie wystarczy już spać. Trzeba regenerować organizm. Nie wystarczy spacerować. Należy realizować dzienny cel aktywności. Nie wystarczy być smutnym. Trzeba przepracować emocje, najlepiej z pomocą certyfikowanego specjalisty i aplikacji synchronizującej się z kalendarzem. Nawet załamanie nerwowe powinno mieć harmonogram.

Największym sukcesem Hydry nie jest jednak to, że zmusiła nas do pracy. Ludzie od zawsze pracowali, zwykle ciężko, bezsensownie i dla kogoś bogatszego. Jej prawdziwe zwycięstwo polega na tym, że wmówiła nam, iż praca nad sobą jest formą wolności. Dawniej robotnik po prostu wiedział, że jest wyzyskiwany. Dzisiejszy pracownik otrzymuje służbowy dostęp do platformy mindfulness i zaczyna podejrzewać, że jego wyzysk wynika z niewłaściwego sposobu oddychania. Być może nie chodzi o to, że pracujesz za długo, za dużo i w atmosferze permanentnego lęku. Być może po prostu nie potrafisz zarządzać stresem. Być może problemem nie jest szef, który wysyła wiadomości o dwudziestej trzeciej. Problemem jest twoja reakcja na wiadomości wysyłane o dwudziestej trzeciej. Hydra nigdy nie mówi: „cierpisz, ponieważ stworzyliśmy nieludzki system”. Hydra mówi: „cierpisz, ponieważ nie osiągnąłeś jeszcze emocjonalnej dojrzałości”. Następnie proponuje webinar. Prowadzi go człowiek o łagodnym głosie i białych zębach. Opowiada o wdzięczności, granicach i świadomej obecności. Za jego plecami stoi roślina doniczkowa, ponieważ roślina doniczkowa jest dziś obowiązkowym symbolem łagodnej przemocy. Po czterdziestu pięciu minutach dowiadujesz się, że masz prawo powiedzieć „nie”, o ile wcześniej uzgodnisz to z przełożonym i nie wpłynie to negatywnie na realizację celów kwartalnych. Potem otrzymujesz ankietę. Hydra chce wiedzieć, czy czujesz się już wolny.

Wolność została zresztą gruntownie unowocześniona. Dawniej kojarzyła się z ryzykiem, samotnością, nieposłuszeństwem i możliwością popełnienia katastrofalnego błędu. Była niebezpieczna, brudna i nie miała działu obsługi klienta. Dzisiaj wolność ma intuicyjny interfejs. Można wybrać jej kolor, pakiet, częstotliwość płatności i preferowany rodzaj powiadomień. Można nawet wykupić wersję premium bez reklam. Użytkownik otrzymuje poczucie autonomii, starannie zaprojektowane przez zespół behawiorystów. Nie chcemy już wyjść z klatki. Chcemy, żeby klatka była ergonomiczna. Żeby miała rośliny, światłowód, kartę sportową i piątkowe owoce. Żeby kraty wykonano z materiałów pochodzących z recyklingu. Żeby strażnik zwracał się do nas po imieniu.

Geek, bohater Hydry, jest wściekły. W świecie, w którym gniew uznaje się za zaburzenie komunikacji, sama wściekłość staje się czymś podejrzanie uczciwym. Człowiek wściekły przynajmniej przez chwilę nie udaje, że uczestniczy w procesie rozwoju. Gniew jest dziś niepożądany nie dlatego, że prowadzi do przemocy. System świetnie radzi sobie z przemocą. Sam został na niej zbudowany. Nie lubi gniewu, ponieważ gniew bywa nieproduktywny. Nie chce niczego kupić. Nie zamierza się rozwijać. Nie wypełnia formularza. Wściekły człowiek może po prostu powiedzieć: nie. Bez uzasadnienia. Bez prezentacji. Bez propozycji rozwiązania. I to jest dla Hydry niebezpieczne. Dlatego każda forma buntu zostaje natychmiast przejęta, opisana i sprzedana. Antysystemowość stała się jednym z najlepiej prosperujących segmentów rynku. Można kupić koszulkę z Che Guevarą, kubek z feministycznym hasłem, ekologiczną torbę przeciwko konsumpcjonizmowi i bilet na festiwal wolności sponsorowany przez bank. Rewolucja posiada partnera strategicznego. Buntownik ma kod rabatowy. Anarchia jest dostępna w przedsprzedaży.

Hydra nie zabrania protestować. Przeciwnie, bardzo chętnie wyznacza miejsce protestu, godzinę rozpoczęcia, trasę przemarszu oraz formularz zgłoszeniowy. Możesz przez trzy godziny krzyczeć przeciwko systemowi, zrobić zdjęcie, oznaczyć znajomych i wrócić do domu z poczuciem uczestnictwa w historii. W poniedziałek o dziewiątej czeka daily call. Bunt został uwzględniony w harmonogramie.

Najbardziej przygnębiające jest to, że Hydra nie musi już niczego narzucać. Sami pragniemy tego, co nas niszczy. Pragniemy być widoczni, oceniani, mierzeni i porównywani. Chcemy wiedzieć, jak wypadamy na tle innych ludzi, ponieważ samotne istnienie bez rankingu wydaje nam się podejrzane. Publikujemy śniadanie, trasę biegu, dziecko, psa, pogrzeb ojca i własne załamanie psychiczne. Każde doświadczenie musi zostać udokumentowane, inaczej zachodzi ryzyko, że nie miało miejsca. Nie przeżywamy już życia. Produkujemy dowody jego przeżywania. Hydra zjada je wszystkie. Zna nasze pragnienia, zanim zdołamy je nazwać. Wie, kiedy jesteśmy samotni, podnieceni, przestraszeni i podatni na zakup. Potrafi przeliczyć smutek na reklamę suplementu, bezsenność na materac, a kryzys wieku średniego na samochód w leasingu. Nic się nie marnuje. Nawet rozpacz podlega monetyzacji. W tym świecie mindfulness nie jest przeciwieństwem przemocy. Jest jej najdelikatniejszą odmianą. Nakazuje człowiekowi zaakceptować sytuację, w której jego najbardziej naturalnym odruchem byłaby ucieczka albo wrzask. Oddychaj. Poczuj swoje ciało. Zaakceptuj napięcie. Nie pytaj, kto je wywołał. Najlepiej, żebyś po piętnastu minutach medytacji wrócił do pracy spokojniejszy, bardziej skupiony i wdzięczny, że przedsiębiorstwo inwestuje w twoje zdrowie psychiczne. Firma najpierw podpala dom, a potem rozdaje pracownikom koce termiczne. Na kocach znajduje się logo.

Księżyk zostawia jednak niewielką szczelinę. Jest nią miłość. Brzmi to niemal kompromitująco, zwłaszcza w epoce, która każde uczucie zdążyła już przerobić na funkcję aplikacji. Miłość również próbowano zoptymalizować. Dostaliśmy algorytmy dopasowania, testy osobowości, poradniki skutecznej komunikacji i profile, na których człowiek prezentuje się jak używany samochód: zadbany, bezwypadkowy, z niewielkim przebiegiem emocjonalnym. Hydra rozumie pożądanie. Pożądanie łatwo przeliczyć na kliknięcia. Rozumie samotność, ponieważ samotny człowiek dużo kupuje. Rozumie potrzebę akceptacji, strach przed starzeniem i desperację ludzi, którzy nie chcą umrzeć niezauważeni.

Nie rozumie jedynie chwili, w której ktoś wybiera drugiego człowieka bez gwarancji, kalkulacji i planu awaryjnego. Miłość jest nieprzydatna, kiedy nie prowadzi do konsumpcji. Jest stratą czasu. Zaburzeniem produktywności. Długim patrzeniem na czyjąś twarz bez możliwości przewinięcia. Być może dlatego jest ostatnim gestem anarchistycznym. Nie romantyczna dekoracja. Nie walentynkowy zestaw dla dwojga. Nie fotografia splecionych dłoni publikowana w celu wywołania zazdrości u obcych ludzi. Miłość rozumiana jako odmowa wymiany. Jako obecność, której nie można sprzedać. Jako decyzja, by czyjegoś cierpienia nie traktować jak projektu do naprawy. Hydra nie umie sobie z tym poradzić, ponieważ jej imperium opiera się na przekonaniu, że wszystko ma cenę, funkcję i termin przydatności. Prawdziwa bliskość nie ma żadnej z tych rzeczy. Jest więc skandalem.

Hydra nie daje nadziei. To jej wielka zaleta. Nadzieja od dawna jest jednym z głównych produktów przemysłu pocieszenia. Sprzedają ją politycy, trenerzy, terapeuci, księża, influencerzy i autorzy książek o szczęściu. Każdy obiecuje, że jeszcze jeden program, wybór, kurs albo rytuał doprowadzi nas wreszcie do miejsca, w którym przestaniemy czuć, że coś jest zasadniczo nie tak.

Księżyk nie proponuje kolejnego programu. Zostawia nas z gniewem. Gniew jest mniej elegancki niż nadzieja. Źle wygląda na Instagramie. Nie pasuje do pastelowych grafik i cytatów zapisanych kursywą. Bywa wulgarny, samotny i niepraktyczny. Ale przynajmniej jest prawdziwy.

Jutro prawdopodobnie znowu pójdziemy do pracy. Zalogujemy się do systemu, zaakceptujemy pliki cookie, odpowiemy na wiadomości i weźmiemy udział w spotkaniu, które mogłoby być e-mailem. Hydra nie upadnie. Żadna z jej głów nie zostanie odcięta. Możemy jednak przez chwilę odmówić jej posłuszeństwa. Nie zmierzyć spaceru. Nie opublikować szczęścia. Nie zamienić smutku w treść. Nie ulepszać się. Nie rozwijać. Nie budować marki osobistej. Usiąść obok kogoś i niczego z tego nie mieć. To niewiele. W rzeczywistości prawie nic. Ale w świecie, w którym wszystko ma przynosić korzyść, właśnie bezużyteczność może być ostatnią formą wolności.

Hydra ma milion głów. Nie trzeba od razu ścinać wszystkich. Czasem wystarczy przestać je karmić.

 

2023/2026

Jarosław Księżyk, Hydra, Wydawnictwo FORMA, Szczecin 2023, s. 134