
Wybaczcie, że wzruszeniem
Głos mi się zakatarza.
W tej chwili ważną kartkę
Zerwałem z kalendarza.
Wybaczcie, że westchnąłem.
Wzdycham nie bez powodu.
Zerwałem z kalendarza
Rok swego życia. Za młodu,
W dzieciństwie, rok miniony –
To jakby ubył ząb mleczny.
Po nim wyrośnie nowy ,
Mocniejszy, pożyteczny,
Na starość, gdy ząb czasu
Ubędzie – to wielka strata
I niepowetowany
Uszczerbek i przykra data.
Ubył mi drogi rok, w którym –
Zastanówcie się przecie –
Mogłem był chodzić sobie ,
w Warszawie, po Nowym Świecie,
Po Placu Teatralnym,
I mogłem na premierze
Siadywać, dziś w Narodowym
Czy w Polskim, jutro w Operze
Albo w Letnim. I mogłem
Na półpiętrze, na górze,
W Ziemiańskiej się spotykać
Z kolegami po piórze
I po wieku. I mogłem
W wiosenny wieczór wonny
Samochodem pojechać
Do Strugi, czy do Jabłonny,
I mogłem w Skaryszewskim
Parku, albo w Łazienkach,
Marzyć o wierszach, które
Napiszę, o piosenkach,
Które ułożę po to,
By mógł je chłopiec dziewczynie
Śpiewać w moim imieniu
W Adrii, czy w Colombinie.
Z Adrii, czy z Colombiny,
Mogłem wracać nad ranem
Piechotą na Saską Kępę,
Lub mogłem w Zakopanem
Grać w brydża na werandzie
u Karpia, lub u Trzaski
Przez całą noc, aż w oknach
Pierwsze różowe blaski
Zapalą się na śniegach
Giewontu smugami złota.
Mogłem, gdyby mnie nagła
Naskoczyła tęsknota,
By znów po sześciu miesiącach
Zobaczyć miasto moje,
Wsiąść w samochód i tłuc się
Przez błota i wyboje
Na Zamość, na Krasnystaw,
W dół, na złamanie karku,
W osiem godzin z Warszawy
Wprost do Stryjskiego Parku,
Do tej ławki nad stawkiem,
Pod górę, w krzach zielonych,
Na której się oświadczałem
Każdej z mych narzeczonych.
Mogłem znów zajść do Romy
I z Romy dookoła
Przejść koło mego gimnazjum
Przy ulicy Sokoła
I koło Filharmonii,
Pasażem Mikolascha.
Na Jagiellońską, pod numer
Jedenasty, gdzie nasza
Stara brama czekała,
Bym przeszedł na podwórze
Rozległe i spojrzał w górę,
Na drugie piętro. W górze
Na ganku, pod samym dachem,
Nad dawnym oknem mojem
Jaskółki miały gniazdko.
Czy jeszcze jest? Z niepokojem
Patrzę w górę – są jeszcze
Jaskółki! Tam i z powrotem
Śmigają nad naszym gankiem
Ze świrem i świergotem
Tym samym, prosto znad okna
W niebo wysoką świecą.
Znów przyleciały, za rok
Znów trafią tu, znów przylecą.
Ja tak mogłem w tym roku
Przylecieć tam – najprościej
Prawem mojej polskości,
Prawem ludzkiej wolności,
Mogłem żyć w mieście własnym
W tym roku, który minął
I beze mnie w mrok, w przeszłość,
Jak pusty prom odpłynął,
A mnie zostawił na brzegu
Jak muszlę na mieliźnie
I już mi dni nie zwróci
Straconych na obczyźnie
I nocy, których zbyt wiele
Nie mam już na stracenie.
Nie, nie, moi kochani,
Nie roztkliwiam się nie, nie,
Jeszcze się nie poddaję
Rezygnacjom żałoby
Poeci w takich wypadkach
Miewają swoje sposoby.
Skoro mi wracać nie wolno,
Ja z obczyzny dalekiej
Wierszami się przekradam
Przez kolczaste zasieki.
Wierszami się muszę bronić
Rozczulać i uśmiechać,
Wierszami muszę do was
Codziennie na nowo jechać,
Codziennie na nowo lecieć,
Co dzień się wami rozmarzać
Codziennie wkoło siebie
Wierszami na nowo stwarzać
Śliczną Warszawę dawnych
Przyjaciół i przyjaciółek
I cały Lwów – aż po jedno
Małe gniazdko jaskółek.
I kiedy o tym pomyślę,
Coś mnie cichutkim głosem
Pociesza serce moje
Jakby podciąga nosem,
Jakby mi szepce: ” Trudno,
Rok minął, to przykra strata.
Lecz jeszcze nie koniec czasu
Jeszcze nie koniec świata…
Sześćdziesiąt pięć lat skończyłeś
„No” – mówi serce płoche –
„Dużo ci już nie zostało,
Lecz może… jeszcze trochę…”
Zacieram ręce i myślę
Z odwagą potajemną:
Rok wierszy mam za sobą.
Rok wierszy jest przede mną.
