
Raz dwa trzy cztery pięć sześć
Raz dwa trzy cztery pięć sześć
To jest dwanaście sekund
W jedną zamkniete chwilę –
Raz dwa trzy cztery pięć sześć –
Dwanaście sekund. Tyle
Trwał spazm głuchego grzmotu
I podziemnego ryku
I dreszczu co zadudnił
Dołem, dnem Atlantyku
I z wysokiego zenitu
Spadł gromem w czarny nadir
I w stos gruzu zamienił
Piękne miasto Agadir,
W kupę zgliszcz i czerepów,
Zwalonych stropów i słupów,
W tysiące zburzonych domów,
W dziesiątki tysięcy trupów.
Pierwszą sekundą je zabił,
Dwunastą sekundą dobił,
Zostawił w pustyni cmentarz
Anonimowych mogił.
Pod całunem popiołu
I pyłu, kurzu i kiru,
Zniknął z powierzchni ziemi
Ślad miasta Agadiru.
Już tylko wapnem zalać
Cuchnące rumowisko
Ażeby się w zarazy
Nie zmieniło siedlisko,
Ażeby nie wybuchło
Ogniem dżumy pustynnej.
Dla umarłego miasta
Nie ma już rady innej.
Nie ma innego ratunku,
Nie ma innej pomocy.
I minęło dwanaście
Dni i dwanaście nocy.
I szedł patrol wśród gruzów,
Wśród trupow stu tysięcy.
I nagle stanęli – w ciszy
Usłyszeli dziecięcy
Płacz – usłyszeli nagle
Że pod gruzami kwili
Płacz dziecka – i spod lawiny
Ceglanej wydobyli
Troje dzieci – a one
Pół żywe, lecz niedraśnięte,
Śmiertelnie przestraszone,
Ale już uśmiechnięte,
Gdy nieśli je w ramionach,
W ciepłym, czułym okryciu,
Aby je śmierci wydrzeć,
By je przywrócić życiu.
A niebo już nad dziećmi
Chyli się jak miłosna
Twarz matki, a w powietrzu
Już marokańska wiosna
Wzdycha, szumi i nuci
Kołysankę dla dzieci.
A oczy wpół otwarte
Widzą że w niebie świeci
Sznur gwiazd – i zanim się zamkną
Snu bezpieczną słodyczą,
Upewnia się że to prawda,
Że żyją – i gwiazdy liczą –
Raz dwa trzy cztery pięć sześć –
Raz dwa trzy cztery pięć sześć –
Zmierzch na niebie fiołkowym
Gwiazdami mówi złotemi
Że życie jest silniejsze
Niż śmierć – niż trzęsienie ziemi
Co grody w niwecz obraca,
W popiół Sodom i Gomór,
Że życie jest silniejsze
Niż głód i grad i pomór,
Że życie jest silniejsze
Niż powódź i pożoga
I huragan na morzu,
I wojna, i furia wroga.
I złość ludzka, choć zbrodnią
Najgorszą się wysili –
Że życie jest silniejsze
I że zawsze zakwili
Głośniej, niż grom i burza
I płomienie i woda.
I jeśli jedno dziecko
Ujdzie rzezi Heroda –
Jeśli jedna dziecina
Z pogromu się ocali –
To znak dla wszystkich ludzi,
Że nigdy nie przegrali
Ludzkiej wojny z rozpaczą,
Ze strachem i z beznadzieją –
Że życie jest silniejsze,
Że cuda wciąż się dzieją
I choćby się zdawało
Że nie ujdziemy pogromu,
Że już nie ma powrotu
Do miasta i do domu,
Że nie ma wyjścia z kręgu
Niewoli na świat pusty,
A za nami mogiła
Zamknięta na cztery spusty
I na zawsze stracone,
Nieodzyskane raje –
Chodź by się tak zdawało,
Nieprawda, gdy tak się zdaje
Wiosna zdejmuje z siebie
Krepę czarnego kiru
Gwiazdami mnie prowadzi
W ruiny Agadiru –
Wonnym wichrem znajomym
Śpiewa mi, szumi w głowie
O nigdy nie umarłym
Mieście – o moim Lwowie –
Gdzie teraz noc ta sama.
I ten sam księżyc świeci.
I pod gruzami — słyszysz? –
Płacz kwili –
Płacz Lwowskich Dzieci.
