
Na wysiedlenie Fredry ze Lwowa do Wrocławia
We Lwowie, na placyku swojego imienia,
Na spiżowym fotelu, na zrębie kamienia,
Siedział przez lata sławny galicyjski hrabia
W charakterze pomnika, co miasto ozdabia.
Pod ziemią wierna Pełtew, tameczny Skamander,
Pluskała po cichutku. Z góry Cytadeli
Wiatr wiersze mu do ucha szeptał. Aleksander
Fredro siedział wśród swoich spółobywateli
I patrzał na ulicę na pamięć znajomą
I z ukosa, ukradkiem, na kobiet powaby.
Przy stolikach, na dworze, przed kawiarnią „Romą”
Siedziały Podstoliny i lwowskie Geldhaby.
Król kurkowy, pan Cześnik, w drodze do Naftuły,
Wracał z parku Stryjskiego z porannej przechadzki.
W „Szkockiej” redaktor Papkin pisał artykuły,
Co dzień piętnował nowy skandal magistracki.
W południa, jak sypnęło się z gimnazjów żeńskich
Na Corso! – szły parami prześliczne dziewczyny,
Zwierzały się z tajemnych swych ślubów panieńskich.
Za nimi żwawe Gucie i smętne Albiny.
I za Klarą się skradał Wacław, młody wilczek,
W pelerynie uszytej z wiosennego wiatru.
U Zaleskiego suchy c. k. rejent Milczek
Studiował „Słowo Polskie”, recenzję z teatru.
W teatrze – „Pan Jowialski”. Fiszer i Gostyńska.
Cóż za para! Przez całe miasto ubóstwiana.
I młody Jaś Nowacki i Niusia Zielińska
I Feldman – jaki komik! – w roli Szambelana.
Wieczorami, odbita od murów Katedry,
Ponad drzew konarami przylatała wrzawa –
To z teatru szumiały oklaski i brawa
I jak wróble krążyły nad pomnikiem Fredry.
Znaliśmy się. Znał wszystkich na lwowskim podwórku.
Pamiętam, że się do mnie uśmiechał niejako,
Gdy miałem pierwszy złoty pasek na mundurku
I na bakier włożyłem gimnazjalne czako.
Raz mnie widział, gdy niosłem w głąb Romanowicza
Pod peleryną kwiaty… mój miłosny aport.
Tam moja pierwsza miłość mieszkała dziewicza.
Nazywała się Hala. Halina Rapaport.
Widział mnie przed kawiarnią, z blaskiem wkoło głowy,
I słyszał, jak mi serce waliło łoskotem.
Czytałem po raz setny, w gazecie „Wiek Nowy”,
Pierwszy wiersz podpisany „Maryan Hemar”. Potem
Koło niego chodziliśmy w nocy z Brunonem
Jasieńskim. Noc, pamiętam, że była gwiaździsta.
Bruno, z monoklem w oku, z czerwonym plastronem,
Bardzo mi imponował jako komunista.
Gadaliśmy o wierszach, o odkrywczej magii
Asonansu, co nowy styl w poezji stwarza.
Przyznaję, nie zwracaliśmy żadnej uwagi
Na hrabiego z pomnika, starego nudziarza.
W oczach migotał kubizm, w głowach ekspresjonizm,
Futurystyczny wschodził nad Lwowem poranek.
A w spiżowym fotelu siedział anachronizm.
Prymityw dla młodzieży dla szkolnych czytanek.
O, Boże mój, po świecie rozglądam się wokół –
Którędy iść mi teraz, jak drogi nie zmylić.
Aby wrócić na tamten plac i przed ten cokół
I tam stać, zdjąć kapelusz i głowę pochylić?
Ale jego już nie ma na pustej ulicy,
Gdzie go gwiazdy szukają oczami złotemi,
W nocy, w mieście struchlałym, przyszli bolszewicy
I wydarli go z bruku jakby drzewo z ziemi.
Nocą przybiegli zbójcy, było ich dwunastu,
I śpiącego na swoim placu go opadli
I przemocą wydarli bezbronnemu miastu,
I jemu bezbronnemu jego Lwów ukradli.
Wysiedlili złom spiżu i milczący kamień
I zaorali po nim plac i bruk uliczny.
Stój teraz za granicą. W Wrocławiu się zamień
W tragiczny pomnik „Zemsty za ten mur graniczny”.
Tylko w nocy, we Lwowie, na pustym placyku –
Patrzcie ludzie! – to jakieś zjawy księżycowe:
Ktoś w spiżowym fotelu siedzi na pomniku.
Ktoś stoi przed pomnikiem i pochyla głowę.
