
Niedawno temu, ściślej,
We czwartek, w dniu szóstym kwietnia,
Coś zaszło w moim życiu,
Co mnie tak uszlachetnia,
A w każdym razie zmienia
Na lepsze, że moralnie,
Fizycznie i psychicznie
I intelektualnie
Jestem innym człowiekiem.
W dniu szóstym kwietnia, z rana,
Skończyłem lat sześćdziesiąt.
Jest to doniosła zmiana.
W głowę zachodź i dumaj
I z myślami się poraj,
Już ty nie ten sam Hemar,
Co o tej porze – wczoraj.
*
Za moich lat młokosich,
Pierwolirycznych, lwowskich,
Za moich lat wesołych,
Warszawskich, quiproquoskich,
Kiedy ja byłem zdolnym,
Obiecującym wygłupem –
Poeta w podobnym wieku
Właściwie był żywym trupem
Na wyrku zwiędłych laurów,
Na wawrzynowym zgliszczu,
I w najlepszym wypadku
Mówiłem do niego: „Mistrzu”.
Sędziwy mistrz, na świeczniku,
Pośród innych obwiesiąt,
Ramolał w oczach. Ja właśnie –
Skończyłem lat sześćdziesiąt.
*
Skończyłem lat sześćdziesiąt
I myślę: Boże złoty,
Toż nie zrobiłem jeszcze
Połowy mojej roboty.
Ni jednej trzeciej, ani
Jednej mizernej ćwierci,
Taki wciąż niedorosły,
A tak już blisko śmierci.
Kalendarz mi się zepsuł.
Okropnie mnie to peszy,
Że coraz gorzej chodzi,
Coraz bardziej się śpieszy.
Coraz bardziej się śpieszy,
Coraz mniej mnie to bawi,
A gdzie ten kalendarmistrz,
Który mi go naprawi?
Wiersze nie napisane,
Jak kukułcze pisklęta
W głowie – kto je nakarmi?
Kto spisze? Kto spamięta?
Tyle wciąż do nauki,
Wciąż jeszcze nic nie umiem.
Jakbym zaczynał umieć.
Jakby przez mgłę rozumiem,
Co czuł stuletni Tycjan,
Kiedy westchnął głęboko:
„O Boże, dopiero teraz
Wiem, jak malować oko”…
*
Jeszcze mi trzeba pięciu
Lat… jeszcze chyba dziesięciu,
By się lepiej wyrobić
W poetyckim zajęciu,
W tym rzemiośle tak trudnym.
Jeszcze choćby piętnastu
Krótkich lat… Twarz strapioną
Zwracam ku memu miastu.
Po gwiazdach, jak po kamieniach
W ciemnej rzece, do Lwowa
Brnie moja sentymentalna
Zaduma urodzinowa.
*
Nie szkoda mi dzieciństwa,
Nie minęło daremnie.
Łzy, strachy, śmiechy, bajki –
Wszystko zostało we mnie.
Nie szkoda mi młodości –
Była trudna i chmurna
I melodramatyczna
I pewna siebie i durna,
Lepiej, że już mnie nie męczy,
Wawrzynami nie łudzi
I po nocach nie wdzięczy
I romansami nie nudzi.
I nie żal mi, że minął
I już mi się nie liczy
Mój wiek męski, wiek klęski,
Wiek wiary i goryczy.
Już mi żałoby nie ujmie,
Pociechy mi nie doda.
Skończyłem lat sześćdziesiąt.
Jeśli mi czego szkoda,
Jeśli czego żałuję,
Jeśli się o co boję –
Czy mi wystarczy czasu,
By ujrzeć znów miasto moje?
To jedno mam przed sobą
Najważniejsze zadanie
Niedokończone. Czy mi
Życia wystarczy na nie?
Do kogo zwrócić słowa
Strachu, nadziei, protestu?
Ilu mi lat jeszcze trzeba?
Dziesięciu? Piętnastu?…
Dwudziestu?…
*
Wierszyki jak pajęczynę
Na niebie marzeń rozwlekam.
Jeżeli ja nic wrócę,
Jeśli ja nie doczekam,
Może mój wiersz co niektóry,
Może mój wiersz co dziesiąty
Odnajdzie drogę do Lwowa,
Odszuka znajome kąty
Nie zmienione w pamięci,
I wszystkie je pozdrowi
I ode mnie do kolan
Ukłoni się Lwowowi.
Może jaka piosenka,
Jak ćma między lwowskie latarnie
Poleci w wieczór wiosenny.
A gdy ją Lwów przygarnie
I pozna i przytuli
I będzie jak swoją nucił –
To przecież wszystko jedno.
To tak, jakbym ja sam wrócił.
*
Kto leci nad oceanem,
Ten, w trakcie swego lotu,
Mija punkt w pewnej chwili,
Z którego nie ma powrotu.
„Punkt bezpowrotny” – tak to
Technicznie się nazywa,
To znaczy, że wszystko jedno,
Czy dość, czy nie dość paliwa,
Czy stery, silniki, świece
W porządku, czy nie w porządku –
Już jest bliżej do końca
Drogi niż do początku:
Nie ma powrotu. Więc nie ma
Paniki, żalu, rozpaczy,
Bo to znaczy, że trzeba
Lecieć dalej. To znaczy,
Że póki lecisz dalej,
Na swoim kursie zwłaszcza,
Dopóty reszta życia
Niezmiernie się upraszcza.
*
Skończyłem lat sześćdziesiąt
I lecę w jedną stronę
I całe życie, nareszcie,
Mam bardzo uproszczone.
Chciałbym wszystkich przyjaciół
Zapewnić, że niestety
Starość ma swoje wielkie
Powaby i zalety.
