
Pamiętam Bartleby’ego. Pamiętam Billy’ego Budda. I ten niepokój, który po nich zostawał — trudny do nazwania, lepki, pozbawiony wyraźnej przyczyny. Taki, który nie kończy się wraz z ostatnim zdaniem, ale wchodzi za człowiekiem do kuchni, kładzie się obok niego w łóżku i następnego ranka patrzy z lustra jego własnymi oczami. Dopiero kiedy czytałem eseje Adama Lipszyca ze zbioru Melville. Ostatki tożsamości, zrozumiałem, że ten niepokój ma określoną strukturę.
fot. Przemysław Poznański/zupelnieinnaopowiesc.com
Jest lękiem przed bielą. Nie przed kolorem. Nie przed białą ścianą, śniegiem czy skórą wieloryba. Biel u Melville’a nie jest barwą. Jest chwilą, w której wszystkie barwy przestają cokolwiek znaczyć. Jest powierzchnią, z której zdarto znaki, symbole i pocieszenia. Jest światem odartym z dekoracji. Miejscem, w którym człowiek zostaje sam ze swoim nagim istnieniem i nagle odkrywa, że pod wszystkim, co nazywał sobą, może nie być niczego trwałego.
To właśnie dlatego ta biel tak przeraża. Nie dlatego, że jest pusta, ale dlatego, że niczego już nie potrafimy na niej ukryć. Przywykliśmy sądzić, że wiemy, kim jesteśmy. Przedstawiamy się imieniem, zawodem, poglądami, statusem związku, miejscem zamieszkania, listą przeczytanych książek, historią własnych krzywd. Budujemy siebie z deklaracji. Składamy się z tego, co kupujemy, popieramy, odrzucamy i pokazujemy innym. Mówimy: taki jestem. Taka jestem. To moje wartości. To moje granice. To moja prawda. A potem przychodzi wieloryb. Śmierć. Choroba. Odrzucenie. Wojna. Utrata pracy. Rozpad miłości. Samotna noc. Jedno zdanie wypowiedziane przez kogoś zbyt celnie. Jedno spojrzenie, w którym nie odnajdujemy oczekiwanego odbicia. I nagle cała opowieść o nas zaczyna się kruszyć.
Melville wiedział, że człowiek nie jest solidną konstrukcją. Nie jest zamkiem, który można raz wybudować i do końca życia bronić. Człowiek jest raczej statkiem skleconym z cudzych desek, płynącym po morzu, którego nie rozumie, pod dowództwem kapitana, którego wcale nie wybrał. Tym kapitanem może być pragnienie. Lęk. Ambicja. Krzywda. Ojciec. Matka. Bóg. Pieniądze. Wstyd. Społeczeństwo. Albo algorytm.
Lubimy wierzyć, że sami wyznaczamy kurs. Tymczasem większość z nas przez całe życie wykonuje rozkazy, których źródła nawet nie zna. Współczesność stworzyła człowieka przekonanego o własnej niezależności, a zarazem bardziej sterowalnego niż kiedykolwiek wcześniej. Uważamy się za wolnych, ponieważ możemy wybierać między tysiącem produktów, opinii, seriali i sposobów przedstawiania siebie. Nie zauważamy, że ktoś wcześniej wybrał dla nas sam katalog pragnień. Wolno nam wybrać twarz. Nie wolno nam wyjść poza lustro.
Lipszyc czyta Melville’a poprzez Lacana, psychoanalizę, filozofię, politykę i kryzys nowoczesnego podmiotu. Ale spod całej aparatury pojęciowej wyłania się pytanie proste i nieznośne: Co właściwie zostaje z człowieka, kiedy odbierze mu się historię, którą codziennie o sobie opowiada? Być może niewiele. Być może tylko resztki. Ostatki tożsamości.
Współczesny człowiek mówi o sobie bez przerwy. Nigdy wcześniej ludzie nie produkowali takiej ilości własnego wizerunku. Fotografujemy się. Opisujemy. Relacjonujemy. Wyjaśniamy swoje emocje. Publicznie ustalamy granice. Ogłaszamy przemiany. Pokazujemy posiłki, dzieci, domy, podróże, ciała, poglądy, kryzysy i rzekome przebudzenia. A jednak ta nieustanna spowiedź nie prowadzi do większej samowiedzy. Przeciwnie. Im częściej pokazujemy siebie, tym mniej jesteśmy pewni, czy ktoś w ogóle znajduje się pod obrazem. Może dlatego tak panicznie boimy się zniknięcia z pola widzenia. Nie boimy się już, że nikt nas nie pokocha. Boimy się, że nikt nas nie zobaczy. Że przez chwilę nie będziemy komentowani, oceniani, pożądani ani odrzucani. Że pozostawieni sami sobie przestaniemy istnieć. Kiedyś człowiek szukał potwierdzenia własnego istnienia w Bogu, rodzinie, wspólnocie, pracy, pamięci przodków. Dziś szuka go w reakcji. Ktoś kliknął. Ktoś odpowiedział. Ktoś obejrzał. A więc jestem. To nie jest emancypacja. To tresura.
Media społecznościowe nie stworzyły narcyzmu. One jedynie zapewniły mu przemysłową skalę. Dały każdemu prywatną scenę, publiczność i licznik aprobaty. Uczyniły z życia przedstawienie, w którym aktor musi nieustannie grać, ponieważ zejście ze sceny zaczyna przypominać śmierć. Właśnie dlatego Melville jest tak współczesny. Jego bohaterowie nie wiedzą, kim są, ale przynajmniej nie udają, że wiedzą. My natomiast zbudowaliśmy całą kulturę na obowiązku posiadania jasno określonej tożsamości. Masz wiedzieć, kim jesteś. Masz się określić. Nazwać. Zdefiniować. Przypisać do grupy. Wybrać narrację. A następnie jej bronić, nawet gdy zaczyna cię dusić. Tożsamość przestała być pytaniem. Stała się dokumentem tożsamości, który należy okazywać przy każdym spotkaniu. Jestem taki. Należę tutaj. Myślę to. Czuję tamto. Używam właściwych słów. Mam odpowiednich wrogów. Podzielam uzgodnione lęki. Nowoczesny człowiek nie musi posiadać wnętrza. Wystarczy, że poprawnie wypełni formularz.
Melville rozrywa ten formularz. Ahab nie jest po prostu szalonym kapitanem opętanym żądzą zemsty. Jest człowiekiem, który spotkał coś, czego nie potrafił włączyć do swojej dotychczasowej historii. Wieloryb nie mieści się w jego świecie. Jest obcy, niepojęty, milczący. Nie odpowiada na pytania. Nie uznaje ludzkich kategorii. Nie daje się sprowadzić do symbolu, choć Ahab za wszelką cenę próbuje uczynić go symbolem całego zła. Bo człowiek nie znosi rzeczy, których nie potrafi nazwać. Jeśli czegoś nie rozumiemy, musimy to oskarżyć. Jeśli czegoś nie kontrolujemy, musimy uznać to za wrogie. Jeśli coś wymyka się naszej opowieści, wolimy to zniszczyć, niż dopuścić możliwość, że nasza opowieść jest fałszywa. Ahab poluje więc nie tylko na wieloryba. Poluje na rzeczywistość, która ośmieliła się nie pasować do jego wyobrażeń.
Czy nie robimy tego samego? Nieustannie ścigamy ludzi, zdarzenia i idee, które zakłócają naszą wygodną wizję świata. Nie słuchamy, żeby zrozumieć. Słuchamy, żeby znaleźć słaby punkt. Nie pytamy, czy możemy się mylić. Pytamy, jak udowodnić, że to inni są ślepi. Każdy z nas ma swojego wieloryba. Człowieka, którego obarczył winą za swoje życie. Partię. Religię. Pokolenie. Rodziców. Byłego partnera. System. Historię. Zamiast zapytać, co w nas samych domaga się tak zaciekłej nienawiści, wypływamy na kolejną wyprawę. I jesteśmy gotowi zatopić cały statek, byle mieć rację.
To właśnie czyni Ahaba tak straszliwym. Nie jego obsesja, lecz zdolność podporządkowania jej innych. Prywatna rana kapitana staje się wyrokiem na całą załogę. Tak zawsze rodzi się katastrofa. Jeden człowiek nie potrafi znieść własnej bezsilności, więc przedstawia ją innym jako misję. Jedna grupa nie potrafi przyznać się do lęku, więc nazywa go walką o wartości. Jedna wspólnota nie potrafi spojrzeć na własne pęknięcia, więc wskazuje wroga. A potem wszyscy płyną. Coraz dalej od brzegu.
Bartleby wybiera inną drogę. ”Wolałbym nie”. Jedno z najbardziej bezwzględnych zdań nowoczesnej literatury. Nie jest krzykiem. Nie jest buntem. Nie zawiera programu politycznego ani projektu naprawy świata. Jest odmową uczestnictwa. On nie atakuje systemu. On po prostu przestaje go zasilać. Dlatego budzi tak wielki niepokój. System potrafi poradzić sobie z buntownikiem. Może go ukarać, ośmieszyć, przekupić albo uczynić z niego ikonę sprzedawaną na koszulkach. Nie potrafi natomiast poradzić sobie z kimś, kto zwyczajnie odmawia dalszego odgrywania przypisanej roli. On jest człowiekiem, który przestał wierzyć w obowiązek udawania, że wszystko ma sens. Dziś widzimy go wszędzie. Siedzi w biurze przed ekranem. Odpowiada na wiadomości, których nikt nie musi wysyłać. Uczestniczy w spotkaniach, których sensu nikt nie potrafi wyjaśnić. Wypełnia tabelę, żeby potwierdzić wykonanie zadania polegającego na wypełnieniu innej tabeli. Wraca do domu i nie ma siły rozmawiać. Patrzy w telefon, ponieważ boi się zostać sam z pytaniem, po co właściwie przeżył kolejny dzień.
Mówimy o wypaleniu. Depresji. Kryzysie motywacji. Braku odporności psychicznej. Nadajemy diagnozy, ponieważ diagnoza pozwala oddalić od siebie bardziej niebezpieczną możliwość: może problemem nie jest człowiek, który nie potrafi przystosować się do świata, lecz świat, do którego nie powinno się przystosowywać. Bartleby nie jest tylko chory. Jest skandalem. Jego milcząca obecność pokazuje, że cała kancelaria działa wyłącznie dlatego, że ludzie zgodzili się uznać jej reguły za naturalne. On przestaje się zgadzać. Nie proponuje niczego w zamian. I właśnie ta pustka jest najbardziej nie do zniesienia. Bo co by się stało, gdybyśmy i my powiedzieli: „wolałbym nie”? Wolałbym nie uczestniczyć w wyścigu, którego mety nie wybrałem. Wolałbym nie udawać szczęścia, żeby inni nie poczuli się nieswojo. Wolałbym nie kochać ludzi wyłącznie za to, że potwierdzają moje przekonania. Wolałbym nie mierzyć wartości własnego życia cudzym zainteresowaniem. Wolałbym nie produkować siebie bez końca. Wolałbym nie być marką.
Co zostałoby z naszego świata, gdyby wystarczająco wielu ludzi przestało wykonywać gesty, których sensu nie widzą? Być może nic. Być może właśnie dlatego wykonujemy je tak gorliwie. Lipszyc widzi w Melville’u pisarza politycznego i trudno się z nim nie zgodzić. Tożsamość nie rozpada się w próżni. Człowieka kształtuje przemoc, nawet jeśli przybiera postać procedury, języka, umowy czy niewinnego komunikatu na ekranie. Kolonializm nie zniknął. Zmienił narzędzia. Dawniej zajmowano ziemie. Dziś zajmuje się uwagę. Dawniej wydobywano złoto, bawełnę i kauczuk. Dziś wydobywa się dane, emocje, pragnienia i czas. Dawniej podbite ludy uczono języka imperium. Dziś sami uczymy się mówić językiem platform, trendów, korporacji i marketingu. Nie trzeba już zakładać kajdan. Wystarczy przekonać człowieka, że jego zniewolenie jest formą samorealizacji. Pracuj więcej, bo rozwijasz potencjał. Pokazuj więcej, bo jesteś autentyczny. Kupuj więcej, bo wyrażasz siebie. Rywalizuj z innymi, bo zasługujesz na sukces. Bądź stale dostępny, bo budujesz relacje. Nie odpoczywaj. Zarządzaj energią. Nie cierp. Optymalizuj samopoczucie. Nie starzej się. Inwestuj w siebie. Nie umieraj. Zostań treścią.
W tym świecie nawet bunt staje się produktem. System sprzeda ci koszulkę z hasłem przeciwko systemowi, aplikację do cyfrowego detoksu i kurs odzyskiwania siebie, które wcześniej skutecznie ci odebrał. Nie ma już zewnętrza. Statek płynie wszędzie. A kapitan mówi naszym głosem.
Czy Melville daje jakąkolwiek nadzieję? Nie jestem pewien, czy to właściwe pytanie. Przywykliśmy żądać od literatury nadziei, jakby książka miała obowiązek po wszystkim pogłaskać nas po głowie. Chcemy, by nawet najciemniejsza opowieść kończyła się światłem. By cierpienie miało sens, katastrofa prowadziła do rozwoju, a rozpad okazywał się początkiem nowego życia. To jeszcze jedna odmiana naszego narcyzmu. Nie dopuszczamy, że coś może pozostać nierozwiązane. Że rana może nie uczynić nas lepszymi. Że podróż może nie prowadzić do żadnego portu. Że wieloryb nie jest lekcją, tylko wielorybem. Melville nie pociesza. On odbiera pocieszenia, które były kłamstwem. Pokazuje, że „ja” nie jest własnością. Nie można go zabezpieczyć, zamknąć i ubezpieczyć od rozpadu. Nie jesteśmy monolitem. Jesteśmy miejscem przecięcia cudzych słów, pragnień, traum, historii i spojrzeń. Jesteśmy konstrukcją tymczasową, która każdego dnia próbuje zachować pozór trwałości. Można uznać to za katastrofę. Można również uznać to za wyzwolenie. Skoro nie jesteśmy raz na zawsze określeni, nie musimy do końca życia bronić człowieka, którym staliśmy się przypadkiem. Możemy porzucić rolę. Odwołać przysięgę złożoną własnej przeszłości. Przestać czcić swoje rany. Przestać budować osobowość z tego, co nam zrobiono. Przestać mylić konsekwencję z lękiem przed zmianą. To nie jest pogodny optymizm. Raczej wolność człowieka, który odkrył, że dom, w którym mieszkał, został zniszczony. Najpierw pojawia się rozpacz. Potem wiatr.
Melville zostawia nas w domu po wielorybie. W ruinie. W konstrukcji pękniętej, zalanej i pozbawionej dawnego kształtu. Nie ma już bezpiecznych ścian. Nie ma pewności, gdzie kończymy się my, a zaczyna świat. Ale być może dopiero w tej ruinie można zamieszkać naprawdę. Nie jak właściciel. Jak gość. Tymczasowo. Bez złudzenia, że wszystko nam się należy. Bez przymusu pozostawienia po sobie pomnika. Bez obowiązku stawania się coraz pełniejszą i doskonalszą wersją siebie. Może nie musimy się odnaleźć. Może właśnie obsesyjne poszukiwanie „prawdziwego siebie” jest jednym z największych oszustw współczesności. Każe nam wierzyć, że gdzieś pod warstwami doświadczeń znajduje się czyste, autentyczne „ja”, które wystarczy odkopać, uwolnić i zaprezentować światu.
A jeśli nikogo takiego tam nie ma? Jeśli jesteśmy tylko kolejnymi wersjami, próbami, pęknięciami i chwilowymi układami? Jeśli nie ma jądra? Nie ma portu? Nie ma ostatecznej odpowiedzi? Wówczas przestaje mieć sens pytanie: „kim naprawdę jestem?”. Pozostaje inne: co robię z tym, kim chwilowo się stałem? Czy wykorzystuję swoją kruchość jako usprawiedliwienie przemocy? Czy swoją ranę zamieniam w harpun? Czy wciągam innych na statek własnej obsesji? Czy gram rolę, której nienawidzę, tylko dlatego, że publiczność przywykła do mojego kostiumu? Czy potrafię powiedzieć: „wolałbym nie”, zanim całe moje życie stanie się kancelarią, w której kopiuję cudze słowa?
Po lekturze Lipszyca Melville przestaje być dal mnie pisarzem od wieloryba, morza i dawnych wypraw. Staje się kronikarzem naszych czasów — epoki ludzi bez portu, którzy udają, że dryf jest świadomym wyborem. Wszyscy jesteśmy rozbitkami. Niektórzy tylko urządzili sobie na wraku salon i nazwali go stabilizacją. Nie wiem, czy z domu po wielorybie da się jeszcze gdziekolwiek wyruszyć. Nie wiem, czy po rozpadzie tożsamości czeka nas wolność, czy tylko kolejna iluzja. Nie wiem, czy biel jest początkiem, końcem, czy obojętną powierzchnią, na której przez chwilę pojawia się nasz ślad.
Wiem jedynie, że Melville nie pozwala już spokojnie wierzyć w człowieka, którego codziennie pokazujemy światu. Być może ta osoba nigdy nie istniała. Być może całe życie bronimy pustego domu. A może wieloryb już dawno przepłynął przez jego ściany, pozostawiając po sobie tylko biel, ciszę i pytanie, którego boimy się bardziej niż śmierci: kim będziesz, kiedy wreszcie przestaniesz odgrywać siebie?
2022/2026
Adam Lipszyc – „Melville. Ostatki tożsamości”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2022, str. 363.
