„Banan” A. Warhol, 1966/1967

 

Zdarzyło się w sierpniu….

W jednej z pierwszych scen „Człowieka z żelaza”, w studiu radiowym, zatroskana matka -Polka zwraca się z błaganiem do strajkujących na Wybrzeżu robotników o zaprzestanie „nieuzasadnionych przerw w pracy” , bo w porcie jakoby stoją statki z ładowniami pełnymi bananów, które wkrótce zaczną gnić a na które tak czekają dzieci. Polskie dzieci.

Ten drugorzędny epizod, emocjonalnie zagrany przez Ludmiłę Terlecką, przyćmiony został wkrótce przez inne większe wydarzenia, jakie miały miejsce w sierpniu 80’ i zostały upamiętnione w starszym o rok filmie Wajdy.

A co z tymi bananami? -o ile w ogóle istniały a nie były, podobnie jak wiozące je statki, wytworem komunistycznej propagandy, narzędziem szantażu, nieskutecznej presji na protestujących? Czy robotnicy zaraz po podpisaniu porozumień sierpniowych rzucili się do ich rozładunku, czy też zgniły na redzie i powędrowały na dno, wraz z dziecięcymi marzeniami o odrobinie egzotyki? Nie przypominam sobie, aby jesień lub zima 1980 roku były jakoś szczególnie bogate w cytrusy.

My-dzieci, polskie dzieci dekady Gierka, stanu wojennego, pierwszego i drugiego etapu reformy gospodarczej owoce egzotyczne znaliśmy, doskonale a jakże. Z piosenek na przykład. Kora jadła słodkie słodkie winogrona na Cykladach. Ananas kojarzył się ze staroświeckim, obciachowym określeniem łobuza, gagatka lub zawartością cylindrycznej puszki, gdzie w słodkiej zalewie leżały ułożone warstwowo żółte koła. Do dziś nie wiem, co było lepsze w smaku: ich soczysta łykowatość czy ulepek zalewy, bogatej w syrop glukozowo-fruktozowy i konserwanty.

Kokosy-synonim bajecznych zarobków (za granicą, na saksach lub w kraju-o, ile było się badylarzem lub cinkciarzem) w swojej orzechowej dosłowności znany był wyłącznie w formie wiórków. Służyły do obtaczania kostek biszkoptów, umoczonych w czekoladowej masie, dając niezbyt smaczne ciastka-kokosanki.
Bananów po raz pierwszy posmakowałem w formie papkowatej- kolega, który skądś je dostał, przyniósł do szkoły owoc obrany ze skóry, w woreczku foliowymi. W telewizji czterech panów w białych garniturkach pląsało w rytmie reagge, śpiewając „Bananowy song” a w wielkich miastach brylowała bananowa młodzież.

Tymczasem owe luksusowe, żółte owoce wypłynęły po kilku latach; nie dosłownie, nie w zatęchłym portowym doku lecz w przenośni i w formie zgoła nieoczywistej …

Surowa zima tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego lub siódmego roku poczyniła niemałe spustoszenia w sadach. Nie była wprawdzie tak śnieżna jak „zima stulecia” ’79 lecz mroźna, co sprawiło, że przemarzły nie tylko ciepłolubne brzoskwinie, delikatne morele czy grusze lecz także zahartowane zdawałoby się jabłonki. Skutkiem tego były skąpe plony i horrendalnie wysokie ceny tych owoców, które przetrzebione drzewka wydały. Tym wyższe, że kupowane w szczycie sezonu, w centrum obleganej nadmorskiej miejscowości, na jej głównym deptaku. Jabłka na sztuki, na wagę, cena jak u jubilera. Ale czego się nie robi z nudów, tym bardziej że po srogiej zimie nastało deszczowe lato, z reguły zimny Bałtyk jeszcze bardziej nie nadawał się do kąpieli. Trzytygodniowe kolonie w Trójmieście upływały więc na jeździe SKM- ką, włóczeniu się po Długim Targu, Monciaku i Skwerze Kościuszki, między straganami jarmarku dominikańskiego, na chodzeniu do kina („Terminator”, „Crittersi”, „Gremliny rozrabiają”) i na lody.

Lodziarnia mieściła się na parterze domu w jednej z willowych gdyńskich dzielnic. „Prywatna inicjatywa”, jeden z wielu kiełkujących biznesów doby II etapu reformy gospodarczej, rodzinna firma, przedsiębiorczych Kaszubów; godnych spadkobierców Hanzy. Lodziarnia ta była egzotyczną laguną smaków pośród morza peerelowskiej szarzyzny. W odróżnieniu od dobrze znanych, rodzimych, oferujących lody w trzech kanonicznych smakach (śmietankowe, truskawkowe, czekoladowe)-oszałamiała bogactwem owocowego asortymentu: ananasowe, arbuzowe, kokosowe, mango, marakuja, papaja i oczywiście bananowe.

A więc to tam trafiły owoce, o które tak martwiła się kilka lat wcześniej matka-Polka. Skrzętnie zebrane z ładowni statków , zamrożone, zmiksowane- po kilku latach trafiły do prosto do naszych ust, do ust dzieci.

Polskich dzieci.