
„Żyje się tak, jak się śni – w pojedynkę.”
Joseph Conrad „Jądro ciemności”
* * *
„Dzień – wspomnienie lata… Dzień – słoneczne sny… Uuu!”
* * *
Nie wiem dlaczego kiedyś było inaczej. Dlaczego słońce i letnie obłoki, i ranki, i południa, i zmierzchy były inne niż dziś. Nie umiem powiedzieć, na czym ta różnica polega…
A może tu chodzi o dźwięki, o zapachy, otoczkę całą…?
50 lat temu miasto latem brzmiało zupełnie nie tak jak potem. W powietrzu, wcale często, niósł się stukot końskich kopyt i koński zapach także (samochodów było mało, no, autobusy jeździły; jeśli już, to na osiedlu było słychać jak popiardywały „Komary” i „Motorynki”), pokrzykiwania i gwizdy chłopaków (nie umiałem gwizdać na dwa palce, na cztery tak – głośno i porządnie), rytm trzepania dywanów, radiowe przeboje z otwartych okien, stamtąd też charakterystyczne czołówki popularnych telewizyjnych programów i seriali, gitary i śpiewy z ławeczek, meczowe odgłosy z asfaltowych boisk, msze i litanie z polowego ołtarza za płotem – no i potężne wieczorne chóry żab na stawach (co się z nimi później stało…?).
To chyba było to.
Teraz tylko kawki i gawrony kraczą jak dawniej. Ćwierkania wróbli nie słychać tak często jak kiedyś. Choć ostatnio jest ich więcej. Ale hałasujących na żywopłotach stadek wciąż prawie nie ma.
* * *
Wtedy w radiu (w „Lecie z Radiem” to już koniecznie) często można było usłyszeć takie piosenki jak „Sereno è”.
Włosi zawsze olewali nasze poczucie granicy „ą, ę”. Dlatego lubili proste (na dwa, góra trzy, chwyty) melodyjne piosenki o miłości. I bardzo dobrze!
Hydraulik z zawodu, Drupi, czyli Giampiero Anelli. Jakiś 1977, 1978 rok. Był wtedy w Polsce na niego absolutny szał – plotka głosiła, że trampki, w których występował na festiwalu w Sopocie poszły na aukcji za dwa tysiące – wtedy!
I komu to przeszkadzało…?
* * *
Lato się już właściwie przepołowiło. Od świętej Anki…
* * *
Czytam sobie powoli listy Słowackiego, te do Salomei głównie, bo ich najwięcej. 14 czerwca 1837 roku, w trakcie podróży morskiej, pisał tak: „Na górze Libanu pracowałem trochę i owoc moich marzeń także ze mną wędruje. Myślałem nawet zamknąć go w butelce, aby na przypadek rozbicia można go rzucić w morze, i tak coś po sobie ocalić. Ale potem mnie jakaś religijna wzięła filozofia i myśląc o marności rzeczy światowych, pomyślałem, że jeżeli mnie weźmie, to niech i wszystko moje bierze Neptun.”
I dalej: „Wczoraj jadłem nową potrawę – był to żółw morski, któregośmy ułowili śpiącego na wodzie; mięso jego dobre mi się wydało i trochę do łososia podobne. Prowizje nasze wystarczyły nam do końca, woda się nie zepsuła, kury potłuściały; trzy barany, długo nas swoją figurą bawiące na pokładzie okrętowym, już nie egzystują, a śmierć ostatniego była opłakaną rzewnymi łzami przez okrętowego chłopczyka, który się był do zwierza przywiązał jak do braciszka i ze strony barana podobne przywiązanie pozyskał, tak że baś biedny, póki żył, jak pies biegał za nim. Czasem widziemy ogromne tłumy delfinów igrających na morzu w dzień ciszy. Wczoraj ciągle strzelały z fali wielkie srebrne fontanny, tak pełno było ryb nazwanych capo d’oglio, które wielkością zbliżając się do wielorybów, wodę z paszczęk na powietrze wyrzucają.
Oto są wszystkie rozmaitości, jakie się na morzu przytrafiają. Teraz, bliscy Europy, spotykamy okręty. Przez pierwsze dnie 30 żywej duszy nie spotkaliśmy i dobrze nam z tym było, bo koło brzegów greckich jeszcze zdarzają się napady korsarzów.”
Fascynujące. Życie i śmierć.
Myślę ciągle o tym chłopczyku okrętowym…
CDN…
zdj.: Tomasz Młynarczyk
