
Ojciec zmarł przed wprowadzeniem e-recept – pisze Małgorzata Sokorska. Ta fraza utkwiła we mnie na dłużej, jakby była pieczątką przybitą na wewnętrznej stronie mojej pamięci. Taką, której nie można zetrzeć. Czytam jej tom i raz po raz doznaję uczucia niełatwego do uchwycenia – uczucia, że w tej poezji zawiera się nie tylko opowieść o jednej relacji, ale też coś szerszego: lament cywilizacji, która porzuciła cielesną obecność, ręczny podpis, powolny gest. Zamiast tego – logowanie, ekran, cyfrowa asceza.
„Upadł buk” to książka o ojcu, ale też o stracie – nie tylko tej osobistej, ale tej, która dotyczy nas wszystkich. Stracie rytuałów, gestów, zapachów gabinetów lekarskich z czasów, gdy medycyna pachniała papierem, a nie plastikiem. W poezji Sokorskiej przebrzmiewa coś, co nazwałbym duchowym głodem epoki – potrzeba dotyku, obecności, trwania. Coś, co wymyka się z nowoczesności, która dąży do przyspieszenia, do oddzielenia, do skuteczności.
Czytam te wiersze i myślę, że ta książka nie powstałaby, gdyby nie śmierć. Ale zarazem: nie powstałaby, gdyby nie miłość. Rzadko dzisiaj mówi się o miłości bez ironii, bez zdystansowania, bez protekcjonalnego uśmiechu. A już miłość do rodzica – na granicy kultu, pełna czułości i wdzięczności – to uczucie tak silne, że w dzisiejszym świecie wydaje się niemal archaiczne. Córka pisząca o Ojcu z taką czcią i prostotą przypomina mi, że są jeszcze światy, w których słowo „Ojciec” nie musi być uwikłane w żadne psychologiczne kruczki, konflikty, terapie. Może po prostu znaczyć: opiekun, przewodnik, mędrzec.
Z drugiej strony – czy to nie właśnie nasza epoka potrzebuje na nowo przywrócić ojcostwu znaczenie? Nie ojcostwu władczemu, nie opresyjnemu, ale obecnemu. Takiemu, które umie być i zniknąć jednocześnie, zostawiając po sobie bloczki recept – przedmioty bez użytku, a jednak pełne znaczenia. To przecież nie tylko papier. To ślad. Znak, że ktoś kiedyś tutaj był.
Poezja Sokorskiej nie sili się na literackie akrobacje. Jest szczera, intymna, nienachalna. To wiersze, które nie chcą zachwycać, tylko być. Ich wartość polega na tym, że nie odgrywają teatru, nie chcą bawić się słowem. One milczą razem z bólem. Czasem zadrżą, jak nerw w ciele, które już dawno przestało mówić, ale jeszcze pamięta.
Zastanawiam się nad tym wszystkim w czasach, gdy żałoba została przeniesiona do strefy prywatnych algorytmów. Nie pisze się już nekrologów – pisze się posty. Nie odwiedza się cmentarzy, ale przegląda archiwa czatów. Nie przechowuje się rękopisów, tylko przeszukuje się hasła. A tu, w „Upadł buk”, mam do czynienia z zupełnie innym wymiarem pamięci – takim, który boli, ale też niesie. Jest w tej książce coś bardzo kobiecego – w najlepszym sensie tego słowa – macierzyńskiego wobec pamięci. Córka staje się strażniczką opowieści o Ojcu, o świecie, który odszedł.
A może to nie tylko książka o Ojcu? Może to także książka o nas – pokoleniu dzieci, które nie umieją żegnać, bo nie uczono nas żałoby? Nie pozwolono jej przeżywać, tylko ukrywać. Dzisiaj nawet pogrzeby są skrócone – szybkie ceremonie, szybkie powroty do codzienności, byle nie zagłębiać się zbyt mocno. Dlatego ten tom tak porusza. Bo jest sprzeciwem wobec tego „byle nie”. Byle nie płakać, byle nie mówić za dużo, byle nie nosić żałoby zbyt długo. A Sokorska mówi jasno: ta miłość nie kończy się na śmierci. Trwa. I przemawia. Przez wiersze, przez wspomnienia, przez obrazy włoskich miast, które oglądała już bez Ojca, a jednak w jego obecności.
Są takie książki, które nas zatrzymują. Nie wielką formą, nie błyskiem nowatorstwa, ale cichym westchnieniem. „Upadł buk” to właśnie taki tom. Jak spacer po parku, w którym kiedyś chodziło się z kimś bardzo ważnym. I nagle idzie się samemu. Ale niezupełnie samemu.
Zostały pieczątki. Bloczek. I głos, który brzmi dalej.
2022/2026
Małgorzata Sokorska – „Upadł buk”, Wydawnictwo Austeria, Kraków, Budapeszt, Syrakuzy 2022, str. 313.
