W półfinale tegorocznego mundialu stawili się w komplecie mistrzowie i wicemistrzowie świata i Europy. To potwierdzenie stabilizacji. Różne jednak drogi prowadziły te drużyny do Arlington i Atlanty.

Francja weszła z drzwiami, wytrzymując po drodze rąbankę zafundowaną przez Paragwaj. Hiszpania spokojnie, nie panikując po falstarcie. Mały problem sprawiła jej tylko Belgia. To miała być uczta. I była, ale tylko jeden kucharz zaserwował smakołyki.

Na początku drużyny się badały, bo poznawać nie musiały. Ostrożnie. Niespiesznie. W oczekiwaniu na błąd, który miał mecz ożywić. A popełnili go Francuzi. Lucas Digne zagapił się, nie zarejestrował wyskakującego znienacka Lamine’a Yamala i zamiast piłkę – kopnął Hiszpana. Niestety dla siebie we własnym polu karnym. Jedenastkę wykorzystał Oyarzabal. Dobiegł do piłki bez naskoku, bez przystawania, równym tempem. Uderzył mocno, precyzyjnie, przy słupku. Tak, drodzy futbolowi adepci, strzela się rzuty karne.

Hiszpania od początku meczu grała jak od linijki. Bezbłędnie, pewnie, przyjemnie dla oka nawet w destrukcji. Od objęcia prowadzenia rządziła na boisku wyraźnie. Drugi gol po niespełna godzinie gry nawet specjalnie nie dziwił, co tylko podkreśla perfekcyjną dyspozycję La Roja. Francja niemal nie istniała. Fatalnie grał Olise, niewiele lepiej Mbappe. Trójkolorowi przegrali środek pola; może szkoda, że Didier Deschamps (wszak były pomocnik) nie postawił na starego wyjadacza N’Golo Kante. Choć pewnie i on niewiele by pomógł. Może Francja pokazała w mistrzostwach największą moc, ale to Hiszpania zagrała mecz najbardziej kompletny.

Anglia wędrowała do półfinału wyboistą ścieżką. Miała problemy w każdym meczu, pokazała wielki charakter w starciu z Meksykiem, z Norwegią zaś wygrała za sprawą indywidualności w osobie Bellinghama. Argentyna za to przeżyła szaloną przygodę. Przylądek miał ją na linach, a Egipt na deskach. Mistrzowie świata powychodzili z tych tarapatów, ale pojawiało się pytanie, czy obciążenie dogrywkami nie okaże się dla nich zbyt duże?

Mogło się wydawać, że tak, bo Argentyńczycy do przerwy unikali gry w piłkę, być może w ten sposób zbierając siły na potem. Agresją „zachęcali” Anglików do podobnej postawy. W rezultacie dostaliśmy wyjątkowo niestrawną pierwszą połowę, której dużą część naznaczały gwizdki sędziego po kolejnych faulach i prowokacjach. Od razu na myśl przychodziły zaszłości historyczne między tymi państwami, a także futbolowe (1986, 1998) między tymi reprezentacjami. Przerwa była potrzebna każdemu, nie tylko piłkarzom.

Mecz wreszcie się rozkręcił, kiedy gola po szybkiej akcji strzeliła Anglia. Podobnie, jak z Meksykiem, po dokładnym i nieosiągalnym dla bramkarza dośrodkowaniu z prawej strony i dynamicznym wejściu w pole karne zawodnika kończącego, w tym wypadku Anthony’ego Gordona. Anglia zdecydowana, Anglia energetyczna. I nagle… ktoś jej wyciągnął baterie. Piłkarze Thomasa Tuchela (do którego wrócimy) nagle zaczęli snuć się po boisku. Cofnęli się, chcąc widocznie bronić prowadzenia przez ponad pół godziny. Ale Argentyny to nie sfrustrowało, a tylko nakręciło.

Albicelestes ruszyli do ataku i przypomnieli sobie, że zwycięstwa odnosi się grając w piłkę. Zaczęli więc to robić. Messi, do tej pory prezentujący się bardzo przeciętnie, wziął się do roboty i jak za dawnych lat rozpoczynał swoje akcje spod bocznej linii. Gol wisiał w powietrzu.

Tymczasem Tuchel jak gdyby poszedł w sukurs swoim piłkarzom, wprowadzając na plac kolejnych defensorów. Gdyby się udało, mielibyśmy w sierpniu angielskich pielgrzymów w Częstochowie, którą miesiąc wcześniej obronili. Z kolei Lionel Scaloni odświeżał drużynę zmianami. Anglików przy życiu trzymał tylko Jordan Pickford, mocny kandydat do nagrody bramkarza turnieju.

Do czasu…

Bo co Anglikom po cofnięciu się w pole karne, skoro Enzo Fernandez miał przed nim mnóstwo miejsca do oddania skutecznego strzału? Piłkarz z Premier League, którego rywale doskonale znali i wiedzieli, że akurat on z daleka uderzyć potrafi. Nikt nie doskoczył, a Pickford piłki nie sięgnął. Żeby to był pierwszy taki przypadek… Ale Messi z Fernandezem wykonywali tę prostą kombinację już w Katarze!

I co Anglikom po wysokich stoperach i dynamicznym O’Reillym na boku obrony, skoro Messi bez problemu dośrodkowuje prawą(!) nogą, a Lautaro Martinez nieniepokojony pieczętuje awans Argentyny do finału?

Po sześćdziesięciu latach oczekiwania, z pamiętającym poprzedni finał Mickiem Jaggerem na trybunach, Anglicy zaprzepaścili największą szansę na zaciągnięcie futbolu „z powrotem do domu” (nie przepadam za tym określeniem). I brawo dla Argentyny za upór i pognębienie, po przerwie nareszcie umiejętnościami, rywala.