Zaczął się maj 1551 roku. Biedna królowa Barbara z Radziwiłłów dogorywała w swej komnacie na Wawelu. Coraz bardziej nękały ją mdłości i wielogodzinne bóle. Stan zdrowia królewskiej małżonki był coraz gorszy i spodziewano się, że to prawdopodobnie ostatni miesiąc jej życia.

Cała Polska czekała więc na wieści ze stolicy, a wielu opozycjonistów cieszyło się z faktu, że już niedługo Litewka o wątpliwej reputacji przestanie w końcu zawadzać. Tylko nieliczni, szczerze oddani królowi i królowej, robili wszystko co w ludzkiej mocy, aby ratować ją od śmierci.

Zmęczony coraz bardziej sekretarz Koszutski wybrał się do miasta, aby kupić sobie kilka niezbędnych rzeczy. Był przybity stanem królowej, która jeszcze nie tak dawno jaśniała urodą. To wszystko odbierało mu chęć do życia, zwłaszcza, że Barbara była dla niego dobra i łaskawa. W każdej potrzebie mógł jej zaufać i szukać u niej obrony. Koszutski zdawał sobie sprawę z tego, że funkcja sekretarza królowej to wspaniały wstęp do dalszej kariery, która jeszcze do niedawna stała przed nim otworem, a teraz miała się skończyć. Takie też myśli krążyły po jego głowie, gdy szedł ulicami Krakowa. Nagle, gdy przechodził obok jednej z karczm, zaczepiło go dwóch podpitych szlachciców. Jednym z nich był Piotr Boratyński, poseł krakowski na ostatnich sejmach, a drugim jego kompan Piotr Witowski.

-Witaj, panie sekretarzu. – Zaczepił go Boratyński, który był doskonale zorientowany w godnościach królewskiego dworu.

-Nie znam waćpana. – Odparł uprzejmie Koszutski i chciał iść dalej, ale wtedy drogę zastąpił mu Witowski.

-Ale my cię znamy panie sekretarzu i chcemy zamienić parę słów z waszmością.

-Ale o czym mamy mówić? – zapytał niepewnie Koszutski.

-Doprawdy nie pamiętasz mnie waszmość? – nie ustępował Witowski.

-Nie.

-Zanim panie sekretarzu wyjechałeś na Litwę i wstąpiłeś na służbę do tych Zdradziwiłłów, mieszkałeś niedaleko mnie.

-Jakoś waszmość pana nie pamiętam.

-A nie pamiętasz sekretarzu jak ułożyłeś panegiryk na okoliczność ślubu mego pana Jacka Pomorskiego z panną Danielą Kalicką?

-Teraz sobie przypomniałem.

-To bardzo dobrze ,panie sekretarzu – wtrącił się Boratyński. – Chodź z nami waszmość do karczmy. Ja będę płacił.

-Wybaczcie panowie, ale nie mogę, bo czas mnie nagli.

-A gdzie ci tak spieszno panie sekretarzu?

-Na zamek – odparł Koszutski.

-Napij się waszmość z nami, póki jeszcze jesteś sekretarzem, bo już niedługo będziesz ex sekretarzem – zadrwił Boratyński i zaczął śmiać się w głos. Koszutski jednak milczał. – Przecież królowa nie skona bez swojego sekretarza.

-Może bym się i napił, ale po tym co powiedziałeś waszmość, już się nie napiję! – I uznawszy rozmowę za skończoną chciał się oddalić. Wtedy jednak Witowski złapał go za ramię i oznajmił.

-Jeśli napijesz się z nami waszmość, to Bóg mi świadkiem, że z panem Boratyńskim pomyślimy o tym, aby wynaleźć jaką posadę dla waszmości, gdy już nie będziesz potrzebny na Wawelu. A, że to niedługo nastąpi, to lepiej tego nie odkładać panie sekretarzu. – I uśmiechnął się do swego kompana.

-Od wczoraj królowa ma się dużo lepiej.

-Zawsze przed śmiercią następuje na krótko poprawa. – stwierdził Boratyński. – Powiedz nam waszmość lepiej, kiedy będzie można spodziewać się bicia dzwonów? – Tu rozgniewany na dobre Koszutski spojrzał na ich wesołe miny i szybko odrzekł.

-Powiem wam panowie czego możecie się rychło spodziewać.

-No? – rzekł jednocześnie Boratyński i Witowski i obaj nadstawili uszu.

-To prawda, że królowa choruje, ale ja jestem i dalej będę sekretarzem królowej!

-A po co sekretarz, jak królowej nie będzie? – zaśmiał się Witowski.

-Ustalone już jest – kontynuował Koszutski – że jeśli królowa Barbara zejdzie z tego świata, czego uchowaj Boże.

-Daj Boże – wtrącił Boratyński.

-Jeśli królowa Barbara zejdzie z tego świata, tedy wtedy król poślubi jej siostrę Annę z Radziwiłłów.

-Tak być to nie może! – zdenerwował się Boratyński, a jego kompan oniemiał.

-A właśnie, że może, bo siostra królowej Anna, niedawno pochowała księcia Piotra Kiszkę. – Dokończył triumfalnie Koszutski i ruszył przed siebie, zadowolony z tego, że tak ich oszukał.

-To już lepiej, żeby ta Litewka nie umierała, bo podobno jej siostra jest gorsza od diabła – wydusił z siebie Witowski i spojrzał na zdumionego Boratyńskiego.

Koszutski tymczasem wstąpił do kościoła mariackiego i uklęknął przed samym ołtarzem. Następnie złożywszy pobożnie ręce zaczął prosić.

-Panie Boże spraw, żeby królowa ozdrowiała, jeszcze chociaż na rok, chociaż na pół roku. – Następnie przeżegnał się i zaczął się cicho modlić.

– „Zdrowaś Mario łaski pełna. Pan z Tobą. Błogosławionaś Ty między niewiastami”.

W tym samym czasie w katedrze wawelskiej znalazł się Lasota, który również modlił się o zdrowie dla królowej Barbary.

-„I błogosławiony owoc żywota Twojego Jezus. Święta Maryjo, Matko Boża.” – W tym momencie ex sekretarz westchnął głęboko i z nadzieją spoglądał w ołtarz.

***

W swojej komacie modlitwę odmawiał też August, który wierzył, że uda mu się wyprosić zdrowie dla Barbary.

-„Módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci”. Nie! – Zawołał i zerwawszy się z klęczek pobiegł do komnaty Barbary. Przed drzwiami zastał Trzebuchowskiego, który ze smutkiem oznajmił.

-Panie, nikt z dworzan nie chce usługiwać królowej! Została tylko dwórka Zofia i sama się krząta, ale widać, że już jest ledwie żywa.

-Jak to nie chce usługiwać?! Idź i przyprowadź kogo się da! – Po jego odejściu otwarły się drzwi od komnaty Barbary, w których stanęła Zofia Konarska. – Co z królową?

-Pani jest znowu w gorączce, a ta ropa cały czas cieknie. – Po tych słowach August wszedł do środka pomieszczenia i od razu uderzył go przenikliwy smród. Przyczyną odstręczającego zapachu było ciało królowej, które w dolnej części brzucha zaczęło gnić, a do tego dawały o sobie znać inne wydzieliny. Mimo to Jagiellon podszedł do łoża ukochanej i z czułością ogarnął ją wzrokiem. Następnie usiadł obok śpiącej Barbary i podniósł do góry opatrunek przykrywający jej brzuch. Ciecz koloru rudawego zabarwiła okład i sączyła się aż na pościel. August powoli zdjął opatrunek i z trudem opanowując mdłości, rzucił go do stojącej opodal misy. Po chwili wziął drugi i przykrył chore miejsce. W końcu ucałował głowę ukochanej i cicho wyszedł z komnaty.

Tymczasem Trzebuchowski zdołał już zwołać kilku dworzan i kilka dwórek. Wszyscy oni stali ze spuszczonymi głowami i czekali na reprymendę króla.

-Doszły mnie słuchy i sam widzę, że nie chcecie usługiwać królowej? Dostajecie przecież ostatnio drugie tyle co wpierw dostawaliście! – August nie usłyszał jednak żadnej odpowiedzi, gdyż nikt nie śmiał zabrać głosu. – Skoro tak, to droga wolna. Nie chcecie usługiwać królowej, to precz! – rzekł wściekły. – Inni będą usługiwać.

-Panie – odważył się jeden z dworzan – chcemy służyć królowej, tylko, że nie sposób tam wytrzymać, bo taki jest fetor. – Po tych słowach August zrobił krok w stronę pyszałka, ale się pohamował i odparł.

-Śmierdzi? Posiedzisz miesiąc w wieży, to dopiero zobaczysz co to smród.

-Panie, ale za co? – zawołał dworzanin i upadł na kolana.

-Za to, że obraziłeś królewski majestat. Straże! – krzyknął i po chwili przed królem stanęło dwóch gwardzistów. – Do wieży z nim!

-Panie. Panie – lamentował dworzanin, ale daremnie, bo August był nieugięty.

-A wy precz mi z oczu! – Wówczas wszyscy dworzanie pokłoniwszy się wyszli z sali. Został tylko Trzebuchowski.

-A ty czego chcesz?

-Panie, przyszedł list od marszałka litewskiego Radziwiłła.

-Później. Teraz daj mi wina. – Rozkazał Jagiellon i wychyliwszy puchar tokaju poszedł do komnaty Barbary.

Po jego wejściu królowa ocknęła się, a na jej wychudzonej i zniszczonej chorobą twarzy pojawił się nikły uśmiech. August usiadł obok niej, ucałował czule i siląc się na żartobliwy ton oznajmił.

-Śpisz ostatnio jak niedźwiedź zimą, a przecież jest wiosna – i pogładził ją po głowie.

-Słaba jestem Auguście, ale wiem, że jest maj. Pamiętasz jak w maju chodziliśmy po ogrodach we Wilnie?

-Pewnie, że pamiętam. Ale to dobrze, że ci Barbaro minęły te mdłości.

-Auguście, tak sobie teraz myślę, że czułabym się lepiej, gdybym mogła odmienić powietrze. Gdybym wyjechała z tego zamku do puszczy, a przecież Niepołomice są niedaleko.

-Przednia myśl. Poczekaj chwilkę Barbaro. Każę wszystko przygotować i wezwę Zofię, aby zmieniła ci opatrunek.

-Dobrze Auguście. Dobrze – i znów słabo się uśmiechnęła. On zaś odwzajemnił ten uśmiech i polecił wezwać Lasotę.

Królewski ex sekretarz szybko pojawił się przed obliczem króla i usłyszawszy jego zamierzenia, zdecydowanie odparł.

-Leśne powietrze dobrze by zrobiło królowej, tylko, że królowa jest osłabiona i nie wiem jak ją tam zawieziemy.

-Trzeba Lasota zbudować jakiś powóz, w którym można by wygodnie położyć królową.

-Zatem musi być to powóz tak duży, aby pomieścić łoże królowej z miejscem dla jednej chociaż dwórki, która by przy niej siedziała w drodze.

-Pojedziesz teraz do krakowskich majstrów i zapłacisz, ile sobie zażyczą, aby jak najszybciej zbudowali taki pojazd. Słyszysz Lasota?

-Tak, panie. Zaraz jadę.

-Nigdy ci tego Lasota nie zapomnę. – Rzekł mu na odchodne Jagiellon i poklepał go po ramieniu. Wówczas Lasota uśmiechnął się tylko i pośpieszył z nową misją.

***

Wieczorem August siedział u siebie i czytał list od marszałka wielkiego litewskiego Mikołaja Czarnego, który nie ukrywał swego zadowolenia z faktu uznania Barbary przez Bonę. Gdy władca skończył czytać list pojawił się zmęczony całodniową bieganiną Lasota.

-I co? Wszystko załatwione?

-Tak panie, cieśle już rozpoczęli pracę. Wprawdzie nie mogli się długo dogadać między sobą, ale już rozpoczęli budowę i mają też przez noc pracować.

-To dobrze, bo czas nagli. Są jeszcze trudności ze służbą. Nie przeczę, że z brzucha królowej wydziela się przykry zapach, ale to nie powód do tego, aby nie miał kto jej usługiwać. Gdyby nie ta Zofia, to sam bym tylko pozostał przy królowej.

-Słyszałem, że kazałeś panie osadzić w wieży Kobylskiego?

-Tak, ale jutro każę go wypuścić. Musi jednak opuścić dwór.

-To dobrze panie, bo tak to byłoby niepotrzebnie wiele krzyku.

-Nie zależy mi na tym Lasota, a póki żyję, nie pozwolę obrażać mojej małżonki.

-To ci się panie chwali. Tak sobie pomyślałem, że można by wezwać z jakiegoś klasztoru dwie zakonnice i przebrać je w dworskie szaty, tak żeby królowa nie wiedziała, że to zakonnice. Wtedy dwórki nie będą już potrzebne, a zakonnice przecież posługują przy chorych.

-Dobry pomysł Lasota. Każę cię wynagrodzić, tylko pobądź jeszcze trochę na Wawelu. To już długo nie potrwa.

-O czym mówisz, panie? – udał zdziwienie Lasota.

-Nie jestem małym dzieckiem. Wierzyłem i jeszcze wierzę, bo przecież muszę wierzyć. – Tu przerwał wypowiedź i opanowując wzruszenie mówił dalej. – Wiem Lasota, że lada dzień przyjdzie koniec – i znów zamilkł na chwilę. – Ale cieszę się z każdego dnia, że jeszcze żyje, że oddycha, że mówi do mnie. – Tu załkał i szlochał jakiś czas. W końcu otarł łzy i zwrócił się do Lasoty, który też miał łzy w oczach. – Pisze mi marszałek Czarny, że po tym jak królowa Bona uznała Barbarę za synową, to już ostatnia kłoda została odrzucona z naszej drogi. I ma rację, bo usunęła się ostatnia przeszkoda. Teraz już gładka droga do grobu – i znów się rozpłakał.

-Panie, tak nie wolno! Przecież królowa żyje. – Tu August podniósł głowę do góry, otarł zapłakane oczy i rzekł.

-Żyje i póki będzie nadzieja to nie dam jej umrzeć. Nie dam! Choćbym miał duszę diabłu zaprzedać to jej nie dam!

-Bluźnisz, panie.

-Sprowadzę nowe wiedźmy, czarnoksiężników i kogo się tylko da, bo musi być jakiś sposób. Musi być. – Po tych słowach uspokoił się na chwilę i rozkazał. – Zostaw mnie samego. Dziś już nie będziesz mi potrzebny – i powiódł gorączkowym wzrokiem po komnacie.

Kilka minut później poszedł do Barbary, która znowu spała. Sen był jednak niespokojny, ciężko oddychała i dziwny charkot wyrywał się jej z płuc. Nagle oddech urwał się i zapanowała cisza. August zerwał się z krzesła i podbiegł do łoża. Drżącą dłoń przyłożył do jej serca i odetchnął z ulgą – na szczęście biło. Po chwili Barbara znów zaczęła oddychać. Uśmiechnął się więc i poczuł ulgę. Następnie wziął do rąk świecę i ustawił ją przy krzyżu. Upadł na kolana i oparłszy głowę na klęczniku bezradnie zaszlochał. Po dłuższej chwili spojrzał na krzyż i drżącym głosem wyszeptał.

-Patronie mój. Święty Augustynie. Ratuj! Ratuj ją! – I łzy ponownie zalały mu twarz.