
Sejm koronny z 1550 roku był już zupełnie inny od poprzedniego. Posłowie jak gdyby zapomnieli o małżeństwie króla i wyładowali swój gniew na jego doradcach, którzy dodawali mu odwagi i otuchy w sporze ze szlachtą. Ten decydujący o przyszłości Barbary sejm, który wprowadził zupełne uspokojenie w kraju, obserwowała niezwykle uważnie królowa Bona.
Chcąc być jak najbliżej miejsca obrad przeniosła się z Warszawy do swej małej rezydencji w Garwolinie. Stara królowa łudziła się, że jeszcze nie wszystko jest stracone i nie zamierzała kapitulować przed niechcianą synową.
W piękny pogodny ranek jednego z ostatnich dni czerwca przed obliczem królowej Bony miała pojawić się jej nowa ulubienica.
-Janczyk, czy ta wiedźma już przyszła?
-Tak, najjaśniejsza pani.
-To ją wprowadź – rozkazała stanowczo. Wtedy w drzwiach stanęła wyjątkowo niezadbana kobieta w średnim wieku. Ponieważ królowa przyzwyczaiła się już do jej wyglądu i zapachu, jaki bił od niej, stąd też zbliżyła się do niej i zapytała. – Zrobiłaś to co ostatnio obiecałaś?
-A pewnie że zrobiłam – i teraz pokazała niewielką kukłę ubraną w białą szatę.
-Tyle o tobie słyszałam i wzięłam cię tu z sobą, ale widzę, że się nie postarałaś.
-A cóż ci się pani nie widzi? Przecież wygląda cudnie.
-Wygląda tak cudnie jak ty, ale to nic. Ważne, żeby to podziałało.
-Musi. Musi pani zadziałać. Wcześni czy późni diabli ją wezmą. – Tu Bona usiadła przy stole i rozkazała.
-To zaczynaj, bo chcę iść na mszę. – Wtedy wiedźma spojrzała przeraźliwie na kukłę, a następnie wyjęła niewielką flaszę. Następnie jej zawartość wylała na kukłę.
-Co ty robisz? – zdziwiła się Bona.
-Cierpliwości pani. Oblałam ją wodą święconą, żeby chrzest przeszedł z niej na tę kukłę, to wtedy ta Litewka po śmierci pójdzie do piekła.
-Do piekła to ty pójdziesz, a ja pewnie z tobą. Nie frasuj się o to co będzie z nią po śmierci, tylko zrób tak, żeby zachorowała i umarła.
-Rozchoruje się pani, oj rozchoruje – i po tych słowach wyjęła mały bagnecik. – Wbij jej to pani w serce. – Wówczas oburzona królowa gwałtownie odpowiedziała.
-Ja? To ty jesteś wiedźmą. Za co ci płacę! – Wtedy wiedźma ścisnęła mocno za bagnecik i złowrogo spoglądając na kukiełkę zaczęła swoje gusła.
-Barbaro, przeklinam cię! – i wbiła bagnecik w środek kukły. – Barbaro, suko ty jedna, przeklinam cię! – Tu popatrzyła na zdziwioną jej gusłami Bonę i szybko dokończyła. – Barbaro, zdechnij raz na zawsze! – i po raz trzeci wbiła w kukłę bagnecik.
-Wystarczy już tego. Zapewne daremnie straciłam pieniądze na ciebie.
-Zobaczysz pani, że ta Litewka roku nie przeżyje – zapewniała wiedźma. Nagle rozległo się pukanie do drzwi, a po chwili stanął w nich dowódca gwardii królewskiej.
-Najjaśniejsza pani. Wybacz mi to najście, ale z rozkazu króla Zygmunta Augusta mam rozkaz pojmać tę wiedźmę.
-Ja tu rozkazuję – oznajmiła podniesionym głosem. – Precz z moich oczu!
-Wybacz mi pani, ale taki mamy rozkaz. – Po tych słowach dowódca gwardii zrobił parę kroków do przodu, a za nim weszło czterech innych gwardzistów.
-Nie rób tego waszmość, bo każę wezwać straże – zagroziła Bona.
-Miłościwa pani, przybyłem tu w trzydzieści koni, więc twoje straże nie mają szans – ostrzegał ją dowódca gwardii.
-To gwałt na królowej, którego dopuszcza się mój zwyrodniały syn – bulwersowała się Bona.
-Miłościwy król kazał mi też oznajmić, że gdy tylko skończy sejm, osobiście stanie przed twoim pani obliczem.
-Tylko nie wiem czy go przyjmę!
-Miłościwa pani, ja przybyłem tu tylko po tę wiedźmę. – Teraz Bona uspokoiła się nieco, ale postanowiła potargować się z królewskim rotmistrzem.
-Hojnie cię obdarzę waszmość, jeśli zaraz stąd odjedziesz.
-Nie mogę, miłościwa pani. Taki mam rozkaz.
-A jeśli panie rotmistrzu hojnie cię wynagrodzę i przyjmę do siebie na służbę? – zapytała próbując się uśmiechać.
-Obiecałem miłościwemu panu, że choćbym miał sam to zrobić, to dostarczę tę wiedźmę do Piotrkowa – i tu popatrzył przez chwilę na nią.
-Widzę, że moje perswazje na nic się nie zdadzą.
-Nie zdadzą się, miłościwa pani – potwierdził rotmistrz.
-To ją zabierajcie, ale przekażcie królowi, że zapłaci mi za tę zniewagę – i po tych słowach skierowała się do wyjścia. Wtedy wiedźma podbiegłszy do niej rzuciła się do jej nóg i zaczęła błagać.
-Pani. Pani, nie zostawiaj mnie. Zmiłuj się pani – prosiła przerażona. Bona jednak odepchnęła ją nogą i skierowała się do drzwi.
-Z drogi, chamie jeden i drugi – krzyknęła na gwardzistów, którzy pospiesznie odskoczyli od drzwi. Po chwili, gdy Bona była już za drzwiami, rotmistrz wydał rozkaz swoim podwładnym.
-Bierzcie ją. – Wówczas dwóch z czterech gwardzistów zbliżyło się do wiedźmy. Ta zmierzyła ich złowrogim spojrzeniem i zaczęła przeraźliwie krzyczeć.
-Chodźcie, a oczy wam wydrapie! – i wtedy gwardziści zawahali się na chwilę.
-Na co czekacie? – ponaglał rotmistrz. Wtedy gwardziści rzucili się na nią, lecz zanim ją pochwycili zostali nieźle opluci. Następnie jeden z gwardzistów z podrapaną twarzą odskoczył od wiedźmy, a po nim to samo zrobił drugi.
-Chryste! Moje oko – biadolił pierwszy z gwardzistów, ocierając krew z pod oka. Wtedy dwaj pozostali gwardziści opuścili przyłbice na twarz i zbliżyli się do rozwścieczonej wiedźmy, którą szybko pochwycili. Ta zaczęła się tak bardzo szamotać, że już prawie uwolniła się z ich objęć.
-Obalcie ją i z nogi – polecił im rotmistrz i tamci szybko posłuchali jego rady. Po chwili, gdy wiedźma leżała na posadzce, gwardziści zaczęli ją kopać, a zwłaszcza ten, który o mało co nie stracił oka. – Skopcie ścierwo, to się uspokoi – zachęcał rotmistrz, który po krótkim czasie zmienił zdanie. – Wystarczy już tego, bo mamy ja dowieźć do króla żywą.
Nie upłynęło wiele czasu, gdy spętaną czarownicę prowadzono do wozu, na którym znajdowała się żelazna klatka. Ledwie żywa kobieta, bełkocząc niewyraźnie, spoglądała litościwie na Bonę, która z krużganek obserwowała całe zajście. Pobita wiedźma liczyła naiwnie, że królowa zdoła ją wybawić od śmierci.
-Co z nią zrobicie? – zapytała Bona, gdy jej współpracowniczkę wpychano do klatki.
-Jest wiedźmą, to zapewne ją spalą, ale o tym król zdecyduje – oznajmił rotmistrz. Następnie zwrócił się cicho do będących za nim gwardzistów. – Ta włoska żmija też powinna być w tej klatce, bo nie lepsza jędza od tej. – Następnie dowódca gwardzistów skłonił głowę przed Boną i cała chorągiew ruszyła do Piotrkowa.
***
W tym samym dniu wieczorem August powracał z ratusza, gdzie odbywały się obrady sejmowe. Towarzyszył mu Lasota oraz marszałek wielki koronny Piotr Kmita, który porzucił szeregi opozycjonistów i próbował pozyskać łaskę króla.
-Przyznaję panie marszałku, że bardzo mile mnie zaskoczyłeś dzisiaj, kiedy broniłeś mojego królewskiego prawa do sądzenia.
-Po ostatnim sejmie zrozumiałem, że trochę błądziłem, broniąc ci panie wielu rzeczy, bo to może przynieść Rzeczypospolitej wiele nieszczęść – podchlebiał się Kmita. W tym momencie jeźdźcy wjechali na plac przed zamkiem i August raz jeszcze zadał mu pytanie.
-Rozumiem, że mogę do końca liczyć na ciebie panie marszałku?
-Tak, panie. Tak jak to dzisiaj pokazałem na obradach.
-Wiesz panie marszałku co mam na myśli?
-Koronacja małżonki waszej królewskiej mości – rzekł z lekkim uśmiechem.
-Dokładnie tak. Liczę na ciebie panie marszałku i dziękuję za towarzyszenie mi do zamku.
-Wielka to będzie łaska dla mnie, jeśli wasze królewskie moście zechcą odwiedzić mnie w Wiśniczu. Wszak moja małżonka jest siostrzenicą twojej panie małżonki.
-Dobrze panie marszałku, że sobie o tym przypomniałeś – zakpił August. Kmita nie dał jednak poznać po sobie złości, tylko kończył to co zaczął.
-Można by przy tym omówić przygotowania do koronacji, bo to zawiła rzecz.
-Dziękuje panie marszałku za zaproszenie do Wiśnicza. Pomyślę o tym. – Po tych słowach Kmita pokłonił się przed królem i powoli odjeżdżał z zamku.
-Wierzyć mi się nie chce, gdy na to wszystko patrzę. Pomyśleć, że na ostatnim sejmie marszałek aż pienił się ze złości, a teraz jest miły i łagodny niczym baranek – rzekł Lasota i wchodził za Augustem do zamku.
-Lasota, ty jeszcze nie poznałeś ludzkiej przewrotności? – pytał rozbawiony Jagiellon.
-Poznałem, tylko nie myślałem, że ty panie tak szybko zapominasz o tym co było.
-Mylisz się Lasota. Pewnie zauważyłeś, że marszałek Kmita czekał na to, że zaproszę go na wieczerzę, ale niech zobaczy, że tak łatwo nie wkradnie się w moje łaski.
-Tylko co na to powie hetman Tarnowski? Oni przecież się nie ścierpią – zauważył królewski sekretarz.
-Hetman to zrozumie. A teraz chodźmy przygotować się do wieczerzy, bo tamci zaraz tu przyjadą. – Następnie August zastanawiał się nad tym co powie Tarnowskiemu, aż w końcu wszedł do swej komnaty, gdzie czekali na niego pokojowcy.
Wieczerza tak jak zawsze była przygotowana wyjątkowo okazale, wprawdzie nie tak jak na Wawelu, ale na królewskim stole nie brakowało niczego. August po zmianie ubrania zasiadł przy stole i oczekiwał na Maciejowskiego i Tarnowskiego, którzy nieco się spóźniali.
-Powinni już być. Już taki jestem głodny, że chyba zacznę bez nich – oznajmiła Jagiellon.
-Posłowie króla Ferdynanda powiedzieli mi dzisiaj, że my Polacy jesteśmy tak przewrotni jak panna na wydaniu – zażartował Lasota i nalewał Augustowi wino.
-Tak ci powiedzieli? – zapytał uśmiechnięty.
-Tak panie, bo dobrze wiedzą co się u nas działo przez ostatnie trzy lata. Dziwili się, że na jednym sejmie mówiono tylko o twoim panie małżeństwie, z powodu którego prawie do wojny domowej doszło, a półtora roku później, na teraźniejszym sejmie, ani razu nie poruszono sprawy małżeństwa.
-I bardzo dobrze.
-Pewnie, że dobrze, ale zgodzisz się panie ze mną, że to wielce głupie, aby najpierw skakać sobie do gardeł, a potem zapraszać się na wizyty – zakpił królewski sekretarz.
-Taka jest polityka, Lasota, a mężowie stanu zawsze byli przewrotni.
-Tak jak królowie.
-Zrozum Lasota – zaczął poważnym tonem król – chcę wreszcie ukoronować Barbarę, a bez marszałka Kmity trudno było by to zrobić. – W tej samej chwili w drzwiach pojawił się nieco zasmucony kanclerz Maciejowski, który skłonił się przed królem. Wówczas August wskazał mu ręką, aby zasiadł do stołu.
-A co zatrzymało pana hetmana Tarnowskiego? – Tu Maciejowski przeżegnał się przed posiłkiem i odpowiedział.
-Miłościwy panie, hetman Tarnowski prosi cię o wybaczenie, gdyż nie przybędzie na wieczerzę.
-Obraził się o to, że marszałek Kmita towarzyszył mi dzisiaj w drodze do zamku? – zapytał wyraźnie wzburzony Jagiellon.
-Tego nie wiem, panie?
-Ty księże kanclerzu tego nie wiesz? – zażartował król. – Wiem dobrze jak oni się nienawidzą. Próbowałem ich już nie raz pogodzić, ale daremny to był trud.
-Pan hetman wielce się dzisiaj zdziwił, tak jako i ja, że wasza królewska mość zmienia sobie doradców.
-Doradców nie zmieniam, księże kanclerzu, ale nie mogłem odrzucić ręki wyciągniętej przez marszałka Kmitę, bo to pierwszy senator świecki w Polszcze! – bronił się August.
-Ale tym zniechęciłeś panie hetmana Tarnowskiego, który wspierał cię panie w najtrudniejszych chwilach. – Teraz August zdecydował się powołać na jedną z przypowieści biblijnych.
-Przypomnę ci księże kanclerzu przypowieść o synu marnotrawnym. Tam ojciec przebaczył swemu niegodziwemu synowi, którego przyjął na powrót z wielką gościnnością, czym zraził sobie drugiego syna, który był mu oddany. – Na te słowa Maciejowski uśmiechnął się nieco i szybko odpowiedział.
-To dobrze, że wasz królewska mość potrafi wybaczać, tylko że hetman Tarnowski bardzo dużo ci panie pomógł i jeszcze wiele może pomóc.
-Wiem o tym dobrze – zdenerwował się wyraźnie August – ale ja chcę przeprowadzić koronację mojej małżonki i muszę pozyskać marszałka Kmitę.
-Teraz na sejmie posłowie uznali panie twoją małżonkę, a swój gniew wyładowali na hetmanie Tarnowskim i na mnie – rzekł rozżalonym głosem.
-Przecież was broniłem!
-W sprawie recesu owszem, tylko dostało mi się za to, że jestem jednocześnie biskupem krakowskim i kanclerzem wielkim. I myślę, że powinienem oddać pieczęć.
-Chyba tego nie zrobisz, księże kanclerzu? – zapytał zaniepokojony Jagiellon. – Przecież w tej sprawie nie mogłem nic więcej zrobić.
-Wiem, ale dostało mi się za to, że popierałem i popieram twoje panie małżeństwo. Z tych samych powodów dostało się też panu hetmanowi.
-Księże kanclerzu, pan hetman powinien zrozumieć, że egzekucja dóbr to rzecz nieunikniona i wcześniej czy później to się stanie.
-Pewnie tak będzie. – Tu Maciejowski przerwał na chwilę i nabrał głęboko powietrza. – Pan hetman trzyma nieprawnie jedno starostwo, a inni mają takich kilka, ale ich nie atakowano, tylko pana hetmana.
-Dobrze! – zaczął zdenerwowany August. – Powiedz mi księże kanclerzu czego chcesz?
-Proszę cię panie, żebyś nie odtrącał hetmana Tarnowskiego, bo o koronacji nie było mowy na sejmie, a sam marszałek Kmita tego nie załatwi.
-Czyżby hetman Tarnowski chciał mi w tym przeszkodzić? – zdenerwował się na dobre August.
-Jesteś panie niesprawiedliwy, bo hetman Tarnowski to nie marszałek Kmita. To prawy i oddany ci panie senator. On ci panie wadził nie będzie, tylko że może przestać pomagać, a to duża strata. – Tu nastało krótkie milczenie, po którym nieco już opanowany August zapytał.
-A ty księże kanclerzu poprzesz moje zamysły w związku z koronacją?
-Jeśli coś poparłem, to do końca będę popierał, tylko nie wiem czy będę mógł ci panie jeszcze pomóc.
-Czyżbyś księże kanclerzu wybierał się do Rzymu? – zażartował August, a po chwili to samo zrobił Maciejowski.
-Prędzej do świętego Piotra. A do Rzymu też by się przydało pojechać po ten kapelusz kardynalski, który już pewnie mi przygotowano. – Tu Augustowi zrobiło się niezmiernie głupio, bo od dawna obiecywał Maciejowskiemu, że zostanie kardynałem.
-Wierz mi księże kanclerzu, że sprawa idzie w dobrym kierunku, tylko potrzeba jeszcze trochę czasu.
-To niech wasza królewska mość upatrzy sobie innego kandydata na to kardynalstwo.
-A to dlaczego? Odmawiasz mi księże kanclerzu?
-Nie odmawiam panie, ale nie wiem czy doczekam tego dnia, bo coraz bardziej zapadam na zdrowiu i mam się coraz gorzej. – Po tych słowach August postanowił szybko zmienić temat i wyjawił propozycję, która w jego odczuciu powinna spodobać się Maciejowskiemu.
-Tak sobie pomyślałem, żebyś to ty księże kanclerzu, jako biskup krakowski, nałożył koronę na głowę mojej małżonki – oznajmił z zadowoleniem.
-Chętnie bym to zrobił, ale tylko wtedy, gdyby nie było księdza Dzierzgowskiego, a że mamy prymasa Polski, to ja w jego prerogatywy wchodził nie będę. Zresztą ostatnio ksiądz prymas zmienił front i zapewne chętnie nałoży koronę na głowę twojej panie małżonki.
-Nie raz to mówiłem, że dziękuje Panu Bogu za to, że dał mi do pomocy takiego męża stanu jak ty księże kanclerzu.
-Miło jest słyszeć takie słowa od ciebie miłościwy panie, ale też proszę, abyś nie utracił panie pomocnej ręki hetmana Tarnowskiego. Drugiego tak oddanego senatora tak szybko panie nie znajdziesz, a już na pewno nie w osobie marszałka Kmity. – Tu Maciejowski zrobił znak krzyża świętego i dodał. – Dziękuję ci panie za zaproszenie na wieczerzę i proszę o wybaczenie, ale już odejdę, bo nie czuję się dobrze.
-To cię odprowadzę księże kanclerzu.
-Ty panie chcesz mnie odprowadzić? – zdziwił się Maciejowski.
-A czemuż by nie. Korona mi z głowy nie spadnie, bo nie mam jej na głowie – i uśmiechnąwszy się do kanclerza szedł z nim do wyjścia.
-Podobno wysłałeś panie gwardzistów do królowej Bony, która trzyma u siebie wiedźmę?
-To prawda. Rozkazałem ją przywieźć, a jutro w przedostatni dzień sejmu, chcę ją pokazać panom posłom, żeby zobaczyli jak postępuje pani matka. – Po tych słowach wyszli obaj z zamku i udali się do stojącej na uboczu karety Maciejowskiego.
-Boję się myśleć do czego doprowadzi ta niezgoda między tobą panie, a królowa Boną?
-To nie moja wina. Ja tego nie chciałem. – W tej samej chwili w bramie muru otaczającego plac zamkowy pojawiła się chorągiew gwardzistów prowadzona przez rotmistrza królewskiego. Po chwili August, Maciejowski i stojący przy nich Lasota, ujrzeli wóz z metalową klatką, a w niej ledwie żywą wiedźmę.
-Oto i pomocniczka pani matki – zakpił August.
-Panie, nie pozwól męczyć za wiele tej zagubionej owieczki, bo jest ledwie żyje, a najgorsze dopiero ją czeka. – Poprosił Maciejowski i skłoniwszy się przed królem wsiadł do swej karety i odjechał do swojej kwatery.
-Zobaczę ją z bliska. Lasota daj pochodnię. – I tamten pospiesznie wykonał polecenie. – Tylko nie podchodź za blisko Lasota, bo jeszcze ta wiedźma urok na ciebie rzuci! – ostrzegł August i szedł za swoim sekretarzem.
-Panie, ona ledwie żyje. Oby do jutra dożyła.
-Dajcie jej jeść i pić, bo jeszcze umrze w nocy – rozkazał Jagiellon zmiękczony widokiem ledwie żywej kobiety.
-Miłościwy panie – zaczął rotmistrz – chcesz dawać jeść wiedźmie! Toż diabeł ją w nocy nakarmi. Spójrz panie na nią, a zobaczysz diabelski uśmiech na jej gębie. – Po tych słowach August popatrzył na nią, ale biedaczka była daleka od uśmiechu.
-I co ty na to Lasota?
-Marnie wygląda. Niech jej chociaż pić dadzą.
-Dać jej pić i jeść, żeby nie skonała.
-Panie, po co karmić wiedźmę? – zapytał rotmistrz.
-Po to, żeby nie skonała! – krzyknął August. Następnie splunął na ziemię i pospiesznie wracał do zamku, aby dokończyć wieczerzę.
