Z Głosem góry jest jak z filiżanką herbaty w ciszy – trzeba usiąść i pozwolić, żeby opowieść przeniknęła cię nie przez fabułę, ale przez nastroje, detale, półcienie. Przez przemilczenia. Dziś, w świecie natarczywym, bezczelnym, obnażającym wszystko od razu i do końca – taka literatura działa jak akt oporu. Jak oddech.

Yasunari Kawabata napisał powieść o rodzinie, jakich wiele – ojciec, syn, synowa, wspomnienie córki, oddech przeszłości. Ale to, co wciąga, nie dzieje się w akcji – dzieje się pod. W półsłowach. W snach głównego bohatera, Shingo. W jego spojrzeniach, które zatrzymują się na włosach młodej kobiety, na drżącej filiżance, na przeszłości, która osiadła na nim jak pył. Kawabata – jak nikt inny – potrafił uchwycić ten stan zawieszenia między życiem a śmiercią, między pragnieniem a pogodzeniem się z przemijaniem.

Czytając go dziś, mam wrażenie, że Głos góry jest książką napisaną przeciwko naszej epoce. Bo dzisiejszy świat nie znosi przemijania. Wyprzedzamy starość suplementami, tuszujemy smutek zastrzykami z botoksu, uczucia rozkładamy na posty i wiadomości. Relacje – te rodzinne, małżeńskie – nie dojrzewają, ale szybko się zużywają. Gdy coś przestaje działać – wyrzucamy, wymieniamy, kasujemy. Tymczasem Shingo trwa. Starzeje się, słabnie, zapomina, ale jest. Patrzy. Czuje. Wspomina. Rozmyśla. Jego życie – i życie jego rodziny – nie ma nic z hollywoodzkiego dramatu. A jednak to, co się dzieje w duszach tych ludzi, w ich cieniach, w spojrzeniach, w milczeniu – poraża głębią.

I tak sobie myślę, że może właśnie tego dziś nam brakuje: uważności na siebie i na drugiego człowieka. Kawabata pokazuje, że dramaty nie krzyczą. Rozgrywają się w środku. W tym, co przemilczane. I w tym, co niewypowiedziane – jak w relacji Shingo z jego synową Kikuko, kobietą, która jest delikatna jak mgła i równie trudna do uchwycenia. Czy łączy ich coś więcej niż obowiązek i codzienność? Czy Shingo coś do niej czuje? Czy ona do niego? Kawabata nigdy nie mówi tego wprost. I to właśnie jest jego siła.

Jego proza uczy, że prawdziwe piękno nie potrzebuje wykrzyknika.

Głos góry jest też książką o kobietach. O ich roli w japońskim społeczeństwie – wtedy bardzo służebnej, dzisiaj może już nie tak jednoznacznej, ale wciąż dalekiej od równowagi. Kobiety u Kawabaty są obecne ciałem, ale często nieobecne głosem. Przemawiają gestem, herbatą, spojrzeniem, delikatnym uśmiechem. My dzisiaj mówimy dużo – o równości, o empatii, o sprawiedliwości. Ale czy słuchamy? Czy pozwalamy innym być sobą – w milczeniu?

W czasach, gdy każda opowieść musi być „dynamiczna”, a każda relacja „produktywna”, Kawabata przypomina, że życie to nie spektakl ani projekt. To raczej ceremonia herbaty. Prosta, powolna, rytualna. Nasycona ciszą. Czy mamy dziś jeszcze na to miejsce?

Nie wiem. Ale wiem, że kiedy zamknąłem książkę, miałem ochotę spojrzeć w stronę gór. Może usłyszeć ich głos. A może tylko – usłyszeć swój własny. I choć Głos góry kończy się jak wiele dzieł japońskich, cicho, jak opadający płatek kwiatów. Po lekturze jednak zostaje w człowieku echo. Echo, które przypomina, że nie wszystko trzeba zrozumieć. Czasem wystarczy poczuć. I pozwolić odejść.

 

Yasunari Kawabata, – „Głos góry” , przekład Ewa Szulc, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021, str.304.