Już Albania nie taka dobra, jak dwa i pół roku temu. A my (wydawało się) – jak wówczas – nie tak słabi. Ostrożnie obiecujący początek selekcjonerskiej przygody Jana Urbana sprawił, że nikt w Polsce nie wyobrażał sobie porażki w barażu z, nomen omen, Orłami. I trudno upatrywać w tym nadmiernej pewności siebie. Nie lekceważyć, po prostu ograć.

„Pierwsze piętnaście minut perfekt!” – zakrzyknął w przerwie meczu z Koreą Południową Jerzy Engel, w słynnej scenie pochodzącej z kulisów zawstydzającego występu reprezentacji na mistrzostwach w 2002 roku. Po czasie brzmi to groteskowo, ale wczoraj przypomniało mi się w trakcie pierwszej połowy. Polacy od początku gnietli Albańczyków, zamknęli na ich połowie, bardzo chcieli szybko załatwić sprawę; swoją okazję na gola miał Lewy. A potem… nie powiem, że Biało-Czerwoni się uspokoili, ale przestało im cokolwiek wychodzić. Mecz wyglądał jak starcie z ekstraklasy.

Zieliński włożył czapkę-niewidkę. Kamiński raził niedokładnością, Skóraś naiwnością, dla Rózgi progi okazały się za wysokie. Lewandowskiego obrońcy złapali krótko i nic nie był w stanie z tym uczynić. A Bednarek zawalił przy golu dla gości. Jego próba przyjęcia długiego górnego podania Albańczyków zamieniła się w asystę do czającego się między polskimi obrońcami Hoxhy. Ten skorzystał z prezentu, mijając niezdecydowanego na cokolwiek Grabarę i strzelając do pustej bramki.

Czasem naprawdę lepiej wybić w „maliny”, żaden wstyd…

Nie wiadomo, czy śladem poprzednika Urban chwalił w szatni zespół za pierwszy kwadrans. Na pewno nie chciał dłużej czekać z wypuszczeniem w bój najpopularniejszego w ostatnich tygodniach polskiego piłkarza.

Ale sprawę w drugiej połowie załatwili ci najlepsi, o czym za moment.

Oskar Pietuszewski od razu przedstawił się Albańczykom, wchodząc z nimi w dryblingi, próbując swojej głównej broni. Jeszcze nie wszystko wyszło, jeszcze było w tym sporo chaosu. Natomiast entuzjazmu młody skrzydłowy dodał kolegom z pewnością. Lecz nie od razu.

Albania bowiem powinna strzelić drugiego gola, ale Bajrami na nasze szczęście nie trafił. Później, już po wyrównaniu przez Polaków, Pilo trafił w Grabarę. To była kluczowa interwencja bramkarza.

Najpierw jednak wielką klasę pokazał Robert Lewandowski. Proszę zwrócić uwagę, w jaki sposób kapitan reprezentacji odkleił się od obrońcy, by za moment wyjść w górę do dobrego, acz trudnego, dośrodkowania Szymańskiego z rzutu rożnego. Lewy idealnie skontrował piłkę uderzeniem głową. Mieliśmy remis; i to w momencie kiedy Polakom nadal nic nie wychodziło. Ten gol padł naprawdę niespodziewanie.

Natomiast chwilę po obronie Grabary, z armaty zaatakował Zieliński. To znaczy: strzelił typowego dla siebie w bieżącym sezonie pięknego gola z dystansu. Tyle, że tym razem nie dla Interu, a dla Polski!

https://www.youtube.com/watch?v=-OUutvUl0wE

Urodziwa ozdoba średniego meczu, i tym pozytywnym akcentem zostawmy Albanię. W drugim meczu naszej ścieżki barażowej Szwecja pozbawiła złudzeń Ukrainę, po hattricku coraz lepszego w Arsenalu Viktora Gyokeresa. Wydaje się, że Trzy Korony zostawiły za sobą eliminacyjny koszmar, kiedy ośmieszali się regularnie, mając jednak z tyłu głów świadomość pewnego udziału w barażu, który zapewniała im dziwaczność uefowskiego regulaminu. Pozbyli się również z selekcjonerskiego stołka kiedyś świetnego na boisku, ale dziś nieudacznego na ławce Jona Dahla Tomassona.

Trudno oczekiwać, że we wtorek zagrają tak naiwnie, jak przed czterema laty. Miejmy nadzieję, że Polacy zaprezentują się – jak wówczas – równie skutecznie.