na zdj.: hetman Jan Tarnowski

Zgodnie z zapowiedzią król już dwa dni później wyruszył w kierunku Lwowa, który witał go bardzo uroczyście. Czambuły tatarskie nie docierały wprawdzie jeszcze na przedpola tego miasta, ale rozlały się po całym Podolu, a także pojawiły się na Rusi Czerwonej.

August odbywał tę wyprawę w asyście blisko pięciuset zbrojnych, chociaż sam pochód nie odbywał się zbyt pospiesznie ze względu na tabory. Towarzyszył mu jak zawsze nieodłączny ostatnio Lasota, który oprócz tego, że był jego zaufanym sekretarzem, stał się teraz najbliższym przyjacielem i powiernikiem Jagiellona.

Ze Lwowa oddział królewski skierował się w stronę Tarnopola, gdzie znajdował się już hetman wielki koronny Jan Tarnowski. Tutejsze tereny były bardzo ładne, chociaż napotykano osady, które padły już łupem wroga. Wnet spostrzeżono dwóch jeźdźców, którzy pędzili jak tylko mogli. Po chwili znaleźli się przed obliczem Augusta, za którym łopotała chorągiew królewska z pięknym dużym orłem w koronie.

-Miłościwy panie, my od hetmana Tarnowskiego – rzekł zdyszany pierwszy z jeźdźców.

-Mów co ci powierzono?

-Pan hetman stanął przedwczoraj w Tarnopolu i pragnie ci panie oznajmić, że czambuły tatarskie powoli opuszczają granice Polski.

-Nie dziwota skoro usłyszeli o hetmanie Tarnowskim. Jego wszyscy się boją – i zaśmiał się nieco. – Mów dalej.

-Pan hetman radzi, abyś był panie ostrożny, bo tysiące Tatarów poszły na nas na czele z bratem wielkiego chana.

-Co ci jeszcze wiadomo?

-Pan hetman rozbił wczoraj jeden z czambułów i dowiedział się od jeńców, że podobno dwadzieścia tysięcy niewiernych poszło na nas.

-To to nie najazd, ale wojna – wtrącił nieco przerażony August. W tym samym momencie odezwał się drugi z gońców.

-Pan hetman dowiedział się też, czemu Tatarzy najechali na nas w tym roku.

-Przecież ciągle nas najeżdżają, bo chodzi im o łupy i jasyr – zauważył król.

-To prawda panie, ale pan hetman twierdzi, że ten najazd jest karą za to, że zawarłeś panie traktat przyjaźni z królem Ferdynandem, a ten umyślnie powiadomił o tym sułtana, aby zasiać wrogość między naszymi państwami.

-Widzę, że mojemu ex teściowi nie można do końca ufać – rzekł zdenerwowany. – A zatem ten najazd jest dlatego, że zbliżyłem się do Habsburgów i sułtan Sulejman chce mnie za to ukarać. – Po tych słowach król zwrócił się do obu jeźdźców. – Dziękuję wam panowie za te wieści. A teraz posilcie się nieco, bo przebyliście długą drogę. – Wtedy jeźdźcy skłonili się przed Augustem i odjechali na tyły, gdzie znajdowały się tabory. – I co na to powiesz Lasota?

-Wojna to najgorsza rzecz. Słusznie powiadają, że to rozrywka dla szatana.

-Gdyby było stałe wojsko, to bym je postawił na granicy i mogliby sobie Tatarzy najeżdżać. Tylko, że u nas wojsko zbiera się dopiero wtedy, gdy wróg z łupami powraca na Krym. Trudno się zatem dziwić, że nas Tatarzy najeżdżają.

Po tych słowach król i jego sekretarz jechali w milczeniu przez dłuższy czas, spoglądając z niepokojem na spalone zabudowania jednej ze wsi. W końcu jednak Lasota nieśmiało zaproponował.

-Miłościwy panie zdałoby się coś zjeść.

-Na wojnie nie myśli się o jedzeniu, tylko o wojaczce – zażartował król ku zmartwieniu swego sekretarza. Po chwili jednak wydał polecenie. – Czas na postój, tylko szybko czyńcie co potrzeba.

Kilka minut później August siedział wygodnie pod drzewem przy małym stoliku w towarzystwie rotmistrzów oraz dwóch jeźdźców od hetmana Tarnowskiego, którym pozwolił spożywać z nim posiłek. Jeden z nich sprawiał wrażenie bardzo głodnego, bo zjadał na poczekaniu wszystko co wpadło mu w ręce. Widząc to August postanowił z nim porozmawiać.

-Kim jesteś waszmość?

-Jestem Siemieński z Siemieniówki – odparł krótko i zajadał się dalej, ale król dla zabawy nie dawał mu spokoju.

-A gdzie to jest, bo jakoś nie słyszałem o Siemieniówce?

-Gdybyś miłościwy panie rezydował we Lwowie, to na pewno byś słyszał o Siemieniówce, bo to piękna majętność pod Gródkiem. A jest znana, bo mieszka tam niewiasta tak urodziwa, że nie ma takiej drugiej na Rusi Czerwonej. Nie chwaląc się, to moja żona. – Tu Siemiński podkręcił sobie nieco wąsy i z radości szczerzył zęby.

-To musiałeś ją waszmość dobrze ukryć przed Tatarami. Zapewne gdzieś ją wywiozłeś?

-Nigdzie jej panie nie wywoziłem. U mnie we dworze takie są lochy pokopane, że można w nich pobłądzić. Myślałem wprawdzie o swoim bracie, który jest mnichem w klasztorze we Lwowie, ale po namyśle zaniechałem tego.

-A czemuż to? – zapytał August będąc rozbawiony mową Siemieńskiego.

-A bo to diabeł wie przed kim byłoby trudniej bronić żony? Czy u siebie w Siemieniówce przed Tatarami czy tam w klasztorze przed mnichami. – W tym momencie całe towarzystwo będące w otoczeniu króla wybuchło śmiechem. Po chwili jednak przestano się śmiać, gdyż oczom wszystkim ukazały się kłęby dymu wznoszące się w niedalekiej odległości. August powstał z miejsca i wpatrywał się przez moment, aż w końcu oprzytomniał i rozkazał.

-Panowie na koń. Tylko dwudziestu niech zostanie przy taborach, a my komunikiem w tamto miejsce – i wskazał w stronę unoszącego się dymu.

-Miłościwy panie – zaczął rotmistrz królewski Stanisław Zamoyski – Tatarzy są niedaleko, skoro dym tak dobrze widać. Zdążymy ich dopaść zanim zrabują i ruszą w drogę.

-Zatem ustaw szyki panie Zamoyski i pędzimy na nich – rzekł Jagiellon wyraźnie podekscytowany zbliżającym się starciem z Tatarami.

-Wedle rozkazu waszej królewskiej mości – potwierdził rotmistrz i podbiegł do swojego konia. Wkrótce potem blisko pięciuset konnych ruszyło truchtem w stronę wroga.

Nie upłynęło wiele czasu, gdy jadący na czele król i jego otoczenie poczuło dym z palonych domostw. August coraz bardziej przeżywał tę wyprawę, gdyż nie miał żadnego doświadczenia wojennego, a w dodatku nie było przy nim hetmana Tarnowskiego, przy którym nie musiałby się o nic martwić. Pocieszał się jednak, że jest przy nim Zamoyski, który nabył dużo doświadczenia pod okiem Tarnowskiego i postanowił zdać się na niego.

-Co radzisz teraz czynić, panie Zamoyski?

-Nie powinieneś panie zbytnio wysuwać się do przodu, bo Tatarzy dobrze strzelają z łuku jako mało kto.

-Zatem co mam czynić?

-Nalegam, abyś panie wycofał się na tyły.

-Nie potom ruszyłem na wyprawę, aby przesiedzieć w tyle – obruszył się August.

-Ja też zgadzam się z panem Zamoyskim – wtrącił się królewski sekretarz.

-Czyżby cię Lasota strach obleciał? – żartował August, chociaż wcale nie było mu wesoło. – Nie bałem się niedźwiedziowi stanąć na drodze, to mam się bać Tatara!

-Uczynisz panie jak zechcesz – oznajmił Zamoyski i postanowił już nic nie mówić w tej sprawie.

-Panie Zamoyski, już nie raz z hetmanem Tarnowskim biłeś Tatarów, zatem co proponujesz?

-Myślę, że w czambule nie będzie ich więcej niż dwustu, a nas jest prawie pół tysiąca, więc możemy ich wybić co do jednego. Tylko, że brańców szkoda, bo tych wyrżną zanim my ich wybijemy. – W tym momencie król i jego żołnierze dostrzegli płomienie unoszące się z dopalających się już w większości zabudowań.

-Za późno przybyliśmy – rzekł smutno Lasota. – Za późno.

-Pewnie już chłopów wybili, a niewiasty i dzieci pędzą w jasyr. Jak uderzymy na nich, to i resztę wybiją – rzekł z doświadczenia Zamoyski.

-Można by wysłać kilkunastu konnych, żeby wywiedli w pole Tatarów, to wtedy ich dopadniemy i wybijemy zanim oni wymordują brańców – zaproponował August i zatrzymawszy konia popatrzył na Zamoyskiego.

-Oni wiedzą, że jeszcze jest kawał drogi do granicy i wyczują, że to podstęp.

-Zatem co czynić?

-Dalej nie ma co ruszać, bo nas mogą dostrzec. Trzeba się tu przyczaić w lesie i musowo coś wymyślić – zaproponował Zamoyski.
-Zatem pomyślmy nieco – rzekł August, a po jego słowach nastała dłuższa cisza.

Po kilku minutach dostrzeżono pierwszych jeźdźców tatarskich, którzy wyłaniali się jeden po drugim. Dopiero za nimi ukazali się powiązani i popędzani brańcy.

-Z nimi szybko nie pójdą – wtrącił Zamoyski, a obok niego pojawił się Siemieński.

-Widzi mi się, że dzieci nie brali, tylko same niewiasty pędzą, żeby nie opóźniać marszu. – Po tej uwadze Siemieńskiego znów nastało milczenie, gdyż nikt nie potrafił podać sposobu, jak wybić Tatarów i oszczędzić kobiety. Spoglądano wiec z ukrycia na poruszający się w dali czambuł tatarski, któremu przewodziło kilkudziesięciu konnych. Dalej pędzono kilkadziesiąt kobiet, ustawionych w dwóch szeregach, obstawionych z obu stron przez kilkunastu jeźdźców. Za nimi jechali kolejni Tatarzy, za którymi ciągnięto wozy stanowiące tabory. Natomiast na samym końcu jechała trzecia i największa grupa Tatarów.

-Będzie ich ze dwustu albo i więcej – ocenił szybko Zamoyski. Po nim zaś wtrącił się Siemieński.

-Więcej niż dwustu ich nie ma.

-A założymy się! – zdenerwował się rotmistrz królewski. – Wybijemy ich to wtedy policzymy co do jednego.

-Panowie, nie czas na zakłady – skarcił ich August. – Lepiej radźcie jak odbić brańców.

-Panie, ja bym wysłał podjazd i mogę go poprowadzić. A gdy oni ruszą za nami w pościg, to wtedy ich wybijecie – zaproponował Siemieński.

-A oni wtedy wybiją brańców! – rzekł stanowczo Zamoyski.

-Dość tego! – zdenerwował się August i zwrócił się do drugiego z rotmistrzów. – Panie Drużbicz, zostaniesz tutaj z pięćdziesięcioma konnymi i będziecie szli za czambułem, tylko uważajcie, aby was nie dostrzegli. Gdy Tatarzy ruszą na nas, uderzycie szybko na tych co pilnują jeńców, tak żeby tamci nie zdążyli wybić brańców.

-Ruszam, miłościwy panie – potwierdził Drużbicz i pospiesznie udał się do swej chorągwi.

-Reszta za mną – rozkazał August i wsiadłszy na konia ruszył w stronę pobliskiego lasu.

-Co zamierzasz, panie? – zapytał zdumiony Zamoyski.

-Powiem w drodze – i zadowolony z siebie pędził polaną wzdłuż lasu.

Wkrótce król i żołnierze znaleźli się w olbrzymim kompleksie leśnym, który z trudem udawało im się przebyć. Dopiero potem wjechali na niezmierzone wręcz połacie traw i niewielkie obszary pól uprawnych.

-Miłościwy panie, a jeśli Tatarzy nas nie zauważą i pójdą innym traktem?

-Panie Zamoyski, skoro myśmy ich spostrzegli po ogniu to i oni nas po tym spostrzegą. Trzeba tylko znaleźć jakąś wieś i puścić z dymem kilka chałup. Wtedy Tatarzy pomyślą, że jeszcze jeden z ich czambułów tu grasuje. Wtedy ruszą w tę stronę, aby jeszcze coś dla siebie zagrabić, a my ich wtedy – i tu się uśmiechnął.

-A jeśli zorientują się, że to podstęp? – zapytał Zamoyski.

-To wtedy będziemy się tym martwili – odparł Jagiellon. – Panie Siemieński podjedź tutaj – rozkazał i gdy tylko tamten się zbliżył, August zapytał. – Znasz dobrze te strony?

-Nie tak dobrze jak swoje, ale znam.

-Daleko stąd do jakiejś wioski?

-Tutaj panie wsi wiele, tylko że maluśkie, nie to co moja Siemieniówka – odparł Siemieński. – Jeśli mnie pamięć nie zawodzi, to za tym wzgórzem powinien być mały folwark.

Kilka minut później dostrzeżono dość dużą osadę położoną nad kilkoma stawami. Szybko się jednak okazało, że w całej wsi składającej się z kilkudziesięciu zagród nie było ani jednej żywej duszy, co oznaczało, że jej mieszkańcy schronili się gdzieś w pobliskim lesie.

-Już tutaj się dowiedzieli, że Tatarzy najechali. Nikogo nie ma, to pewnie chłopi uciekli do lasu – włączył się Zamoyski.

-Panie Zamoyski, niech żołnierze skryją się za domami i niech czekają w gotowości.

-Miłościwy panie, tam przy lesie jest niewielki dwór, to może ktoś tam został – oznajmił Siemieński.

-Mniejsza o to czy ktoś tu jest. Trzeba podpalić kilka zabudowań. Najlepiej z tej strony, bo stamtąd będą szli Tatarzy. Wybierz takie najgorsze, bo szkoda palić dobre – rozkazał August.

-Zatem podpalać? – zapytał Lasota.

-Podpalaj – polecił Jagiellon i rzekł sam do siebie. – Żeby tylko coś z tego było – i po chwili dostrzegł płomienie na pierwszym z budynków.

***

August siedział pod drzewem przy jednej z chat wiejskich i oczekiwał na pojawienie się Tatarów. W pewnym momencie dostrzegł dwóch żołnierzy, którzy prowadzili starszego już wiekiem szlachcica. Ten nie wiedząc przed kim mu przyjdzie stawać szarpał się i cały czas dogadywał.

-Puśćcie mnie hultaje! Z łapami to pod kościół, a nie do mnie. – Wówczas tamci postanowili dać mu spokój i puściwszy go szli za nim.

-Panie, znaleźliśmy go we dworze – oznajmił jeden z żołnierzy.

-We dworze, który zaczęliście plądrować, złodzieje. Nie bronicie tych ziem, tylko je okradacie, a do tego palicie domostwa – protestował szlachcic.

-Musieliśmy je podpalić. A ty waszmość kim jesteś?

-Kim jestem to jestem. To moje dobra i wara wam stąd, a za te spalone chałupy odpowiecie mi przed sądem – bulwersował się nadal szlachcic. – Wojska nie ma, posłowie na żeniaczce sejm zmarnowali, a król tylko gania za jakąś Litewką i zgłupiał dla niej do reszty.

-Nie rozdrażniaj mnie waszmość, bo całą tę wieś z dworem spalić każe. – Teraz dopiero szlachcic zorientował się, że stoi przed władcą.

-Stoisz waszmość przed obliczem samego króla, który sam przybył bronić twojego śmierdzącego dworu – oświecił go nieco zdenerwowany Lasota.

-Nigdy nie myślałem, że jeszcze zobaczę nowego króla – i skłonił się jak tylko mógł.

-Lepiej by było dla waszmości, gdybyś mnie nie widział i nic nie mówił – oznajmił złowrogo August.

-A ooo czym ja gadałem, bo stary już jestem i pamięć już nie ta, co potrzeba.

-Przypomnieć ci waszmość co mówiłeś? – zdenerwował się na dobre król.

-Nie potrzeba, chybam już sobie przypomniałem – i uśmiechając się nieco udawał głupiego.

-Miłościwy panie! – krzyknął jeden z jeźdźców, który po chwili zeskoczył z konia i stanął przed obliczem Augusta. – Pędzą. Tatarzy pędzą prosto na nas, chyba cały czambuł, bo wielu ich jest. – W tej samej chwili August wsiadł na konia i popędził do przodu, gdzie obok dopalających się domów stał w otoczeniu jeźdźców rotmistrz Zamoyski. Z daleka zaś widać było pędzących wręcz na oślep Tatarów, którym wydawało się, że jadą po łatwą zdobycz.

-Panie Zamoyski, gdy będą blisko, to strzelajcie do nich, a potem otoczcie ich i wybijcie co do jednego.

-Panie, nie przystoi żołnierzowi, aby z nienacka do nich strzelać. Lepiej wyjechać przed wieś i pobić ich w otwartym polu – zaproponował rotmistrz.

-A przystoi wojownikowi napadać, palić i mordować bezbronnych ludzi! – odparł Jagiellon. Wówczas Zamoyski nic nie odpowiedział, tylko zaczął wydawać rozkazy.

Po dłuższej chwili rozległy się strzały z łuków i ze strzelb, które od razu powaliły wielu z pędzących Tatarów. Zanim zdołali zorientować się co zaszło, zostali otoczeni przez polskich jeźdźców, którzy wyrośli niczym spod ziemi. Bardzo szybko Tatarzy znaleźli się w kole, z którego właściwie nie było wyjścia. Przewaga po stronie polskiej była tak wyraźna, że było tylko kwestią czasu, kiedy spadnie z konia ostatni z najeźdźców. Nieoczekiwanie jednak kilku Tatarów wyrwało się z okrążenia i próbowało się schronić we wsi. Obserwujący to starcie z dala August spostrzegł jak najeźdźcy pędzą wprost na niego. Przeciwko nim ruszyło czterech jeźdźców, którzy asekurowali dotąd króla, po to tylko, aby zasłonić go przed Tatarami. Teraz przed oczami Jagiellona rozpoczął się pojedynek na dobre, gdy nagle usłyszał on głos Lasoty.

-Panie, cofnijmy się do tyłu.

-Czyżbyś się bał, Lasota? – odrzekł lekceważąco, lecz w tym momencie jeden z Tatarów raniąc polskiego jeźdźca przedostał się do przodu, jadąc wprost na króla. Nim August zdołał cokolwiek zrobić usłyszał przeraźliwy jęk swego sekretarza.

-Jejuuu. – Zaraz też dostrzegł wbity w jego ramię nóż. W tej samej chwili Lasota zemdlał i upadł na ziemię. Po chwili Jagiellon zobaczył Tatara, który z szablą w górze mierzył w niego. W obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa wydobył swój niewielki bagnecik, jaki miał przy sobie.

-Zbóju! – krzyknął stary szlachcic i nieoczekiwanie wystąpił przed Augusta z szablą w dłoni. Następnie skrzyżował kilka razy swą broń z najeźdźcą, lecz po chwili został ugodzony przez niego w brzuch i upadł na ziemię. W tej samej chwili swoją szablę wypuścił z kolei Tatar, raniony od tyłu przez polskiego jeźdźca. Ten podjechał do Augusta i przerażonym głosem zawołał.

-Panie, zjedź na bok, bo tu niepewnie – i tym razem król cofnął się do tyłu. Szczęśliwie dla niego po chwili pojawiło się dwóch konnych, którzy stanęli przy nim, aby go osłonić w razie niebezpieczeństwa.

-Lasota! Podnieście Lasotę – rozkazał nieco oprzytomniawszy po całym zagrożeniu. Wówczas jeden z jeźdźców zbliżył się do leżącego na ziemi królewskiego sekretarza i z trudem go podniósł.

-Nic takiego. Ma tylko wbity nóż w ramię – i po chwili wyrwał bagnet z jego ciała. Wtedy pod wpływem bólu Lasota ocknął się i jęcząc z bólu dostrzegł uśmiech na twarzy Augusta, który podbiegł do niego i przycisnął do siebie z całej siły. Trwali tak przez moment, aż w końcu August rozkazał.

-Wy dwaj. Zawieźcie go do dworu i opatrzcie. Mnie tu już nic nie grozi. – Wówczas tamci niezwłocznie wykonali polecenie.
Tymczasem przed wsią trwało dobijanie ostatnich Tatarów, z których tylko niektórzy trafili do niewoli. Dopiero teraz August przypomniał sobie o swym wybawicielu i zbliżył się do starca, przyciśniętego przez Tatara.

-Zdejmijcie tego dzikusa – rozkazał stojącym przy nim jeźdźcom i tamci pospiesznie ściągnęli niewiernego z ciała szlachcica.

-Panie, on jeszcze żyje! – oznajmił jeden z żołnierzy. Wtedy August pochylił się nad starcem i zapytał.

-Kim jesteś, waszmość?

-Drzewicki. Jan Drzewicki – wymówił z trudem.

-Uratowałeś mnie waszmość. Każe cię sowicie wynagrodzić.

-Uratowałem cię panieee – i teraz krew wypłynęła mu z ust. August szybko odwrócił twarz w drugą stronę, bo łzy cisnęły mu się do oczu.

-Dobry fortel, miłościwy panie – przemówił stojący obok Zamoyski. – O takim, to jeszcze nie słyszałem.

-Nie taki dobry, skoro tylu naszych zabito.

-Większość to rani, panie i wyjdą z tego.

Niedługo potem do wioski nadjechał rotmistrz Drużbicz, który chociaż był nieco ranny, to jednak miał powody do radości.

-Miłościwy panie, wiktoria, prawdziwa wiktoria! Wybiliśmy wszystkich, kilku tylko zdołało umknąć. Odbiliśmy wszystkich brańców, będzie ze sto niewiast, bo dzieci nie brali w jasyr.

-Dobrze się spisałeś, panie Drużbicz – pochwalił go August.

-Gdy powiedziałem niewiastom, że sam król je ocalił od niewoli, to tak się rozpłakały, że nie mogłem na to patrzeć. – W tym momencie niespodziewanie głos zabrał Siemieński, mający przywiązanego do siodła skrępowanego jeńca tatarskiego.

-Tutejsze chłopki urodziwe i zapewne nie jedna byłaby gotowa oddać ci się panie z wdzięczności. – August popatrzył na niego lekceważąco i postanowił z niego zażartować.

-A może byś mi waszmość oddał swoją urodziwą małżonkę? – W tym momencie Siemieńskiemu przestało być wesoło. – Zaniemówiłeś, waszmość?

-A co mówić? – odparł nie wiedząc co powiedzieć, czym jeszcze bardziej rozbawił Zamoyskiego i innych rotmistrzów.

-Obcą byś waszmość dał, ale swojej już nie. Nie po to wybawiliśmy te niewiasty z niewoli, żeby je teraz w nową wpędzać. – Następnie udał się do rannych żołnierzy, których zaczęto właśnie opatrywać. Chwalił ich za męstwo i poklepując po ramionach pocieszał, że do wesela rany się zagoją.