
To są szepty – ona szepcze
szeptami. W wiatr je wrzuca, jeśli tylko się pojawi
jakiś wiatr – łasi się jak miękkie zwierzę pod dłonią.
Zadomawia się na klawiaturze w łakomej ciszy.
Alicja jest pięknem – pełnią
sierpnia, rumieńcem słońca pomiędzy falami
jej włosów. Zwróć uwagę na jej palce,
gdy dłonie opiera o chłód krasnostawskich kamienic,
w jaki sposób opiera ten chłód
o siebie. Jej ciało
ożywia się jakby pozowała co raz do innego do obrazu,
niczym wieczny Pirosmani w kolorach farb w dotyku pędzla.
Marzy o Gruzji,
gładkich owocach winnic, zmierzchach ułożonych
niczym soczyste plastry dnia na wzgórzach, wodach. Wejdzie w rzekę Reprua
z toastem, który tam zawiezie – ku wysokim drzewom, niech rosną
powoli, by bez końca
trwało życie.
Jej imię to Alicja. Gorące jak ogień
skradziony bogom przez Prometeusza. Oddany
w dobre, ludzkie ręce. Rozgrzany w kamiennych plażach Batumi.
Po twarzy Alicji przebiega rumieniec,
by skryć się
pod skórą gruzińskich jaskini,
wypełnionych szeptem
i światłem.
