Nie wiem, kiedy dokładnie zaczęliśmy rezygnować. Kiedy przestaliśmy wierzyć, że świat ma sens. Może wtedy, gdy uznaliśmy, że prawda to relikt – zbyt niebezpieczny, zbyt wymagający. A może wtedy, gdy zastąpiliśmy ją emocjonalną wygodą i zgrabnym sloganem: żyj i daj żyć innym. Przeczytałem Czas wyrzeczenia Chantal Delsol i miałem wrażenie, że oto ktoś w końcu nazwał ten rodzaj duchowego rozkładu, który przeczuwałem, ale do którego nie chciałem się przyznać. Nie sam przed sobą, ale przed rzeczywistością, która z dnia na dzień staje się coraz bardziej mglista i wypłukana z metafizyki.

Delsol pisze o Europie jak o pacjentce w stanie przedśmiertnym. Kultura Zachodu, jej duchowość i struktury myślowe, przypominają ciało, które z pozoru jeszcze żyje, porusza się, reaguje, konsumuje, ale w środku wszystko się już zatrzymało. Brzmi to dramatycznie? Może. Ale jeśli przyjrzeć się bliżej, czyż nie jesteśmy społeczeństwem, które – w imię wolności – wyzbyło się odpowiedzialności? Które zamieniło głód sensu na łaknienie doznań?

Autorka z chirurgiczną precyzją pokazuje, że kryzys, którego doświadczamy, nie zaczął się dziś ani wczoraj. Że jego korzenie sięgają głębiej – do momentu, gdy zamiast szukać prawdy, zaczęliśmy produkować narracje. Kiedy religia została zepchnięta na margines jako zbyteczny ornament, a w jej miejsce wkroczył rozum. Zimny. Tnący. A ostatecznie ślepy na to, czego nie można zmierzyć.

Dziś jesteśmy na etapie, który pisarka określa mianem wyrzeczenia. Nie walczymy już z wielkimi ideami – po prostu je porzucamy. Świadomość, że coś się kończy, że pewien paradygmat myślenia o człowieku, świecie, dobru i złu przestaje obowiązywać, wisi w powietrzu jak duszący smog. Zamiast prawdy – mamy relatywizm. Zamiast odpowiedzialności – komfort. Zamiast wspólnoty – subiektywną tożsamość, zlepioną z etykiet, algorytmów i lęków.

Pandemia była tylko zwierciadłem. Pokazała, jak krucha jest nasza cywilizacja. Jak łatwo zamieniamy się w zestresowane atomy. Jak szybko porzucamy zasady na rzecz przetrwania i jak bardzo nie chcemy cierpieć – nawet przez chwilę. Kultura cierpliwości, ofiary, trwania – to wszystko wydaje się dzisiaj anachroniczne. Wszyscy chcemy „żyć najlepiej jak się da”. Ale nikt już nie wie, co to znaczy.
Delsol nie moralizuje. Ona rozumie. Wie, że współczesny człowiek nie rezygnuje z wartości z przekory, ale z wyczerpania. Bo przecież w imię prawdy też można mordować – historia zna zbyt wiele takich przypadków. Dlatego dziś mamy dość. Chcemy pokoju, relaksu, Netflixa i psychoterapii. Ale może – jak sugeruje filozofka – ci „opętani prawdą” są jednak potrzebni. Może są jak latarnicy, którzy nie pozwalają zgasnąć światłu duszy, nawet jeśli jest to dusza osamotniona, udręczona i wyśmiana.

Myślę o młodych ludziach, dla których jedyną stałą w życiu jest niestabilność. Dla których każde „zawsze” brzmi jak żart, a każde „musisz” jak przemoc. Żyjemy w czasach radykalnej samotności pomimo lawiny komunikatów. To nie tylko kryzys filozoficzny, ale też emocjonalny: depresje, lęki, wypalenie, zaburzenia tożsamości. Delsol diagnozuje to na poziomie kultury – ja widzę to w oczach ludzi, których spotykam na co dzień.

Może naprawdę stoimy dziś – jak pisze – na granicy dwóch światów. Z jednej strony duchowość, która nie chce umierać, choć została pozbawiona języka. Z drugiej – rozum, który zbudował wieżę Babel z danych, wykresów i technologii, ale nie wie, po co istnieje. Wybór nie jest oczywisty. Ale może chodzi nie tyle o wybór, co o powrót do zadawania pytań?

Czas wyrzeczenia to nie tylko książka o upadku. To także – paradoksalnie – książka o nadziei. Bo skoro coś się kończy, to może coś nowego się zaczyna. Może jeszcze przyjdzie czas powrotu. Nie do przeszłości, ale do głębi. Do sensu, który nie musi być łatwy ani przyjemny. Ale który ratuje duszę.

A jeśli nie – to przynajmniej nie będziemy mogli powiedzieć, że nikt nas nie ostrzegał.

 

 

Chantal Delsol – “Czas wyrzeczenia”, przekł. Grażyna Majcher, wprowadzenie Marcin Darmas, Państwowy Instytut Wydawniczy, Biblioteka Myśli Współczesnej, Warszawa 2020, str. 346.