
– Fajny film wczoraj widziałem.
– Momenty były?
– No masz! Najlepiej jak…
(„Para-męt pikczers, czyli Kulisy srebrnego ekranu”
z cyklu” 60 minut na godzinę” Program Trzeci Polskiego Radia)
W oczekiwaniu na rozdanie nagród za wybitne osiągnięcia w dziedzinie filmu, przyznawanych przez Amerykańską Akademię Sztuki i Wiedzy Filmowej (AMPAS) podczas tegorocznej, 98. Gali Oskarowej- nie zarywając nocy na transmisję telewizyjną nie będąc ani w LA ani filmoznawcą; niepytany i nieproszony-chciałbym wygłosić kilka laudacji, dotyczących pewnych filmów, nominowanych i nienominowanych do tegorocznej nagrody. Ściślej: jedną kontr- jedną anty- i cztery mikrolaudacje. Mam nadzieję, że zapowiedzenie powyżej i przedstawione poniżej rekomendacje i antyrekomendacje pozwolą Państwu zaoszczędzić kilkadziesiąt złotych na biletach czy abonamentach platform streamingowych oraz wiele godzin czasu. A może przeciwnie- zachęcą do obejrzenia któregoś lub wszystkich filmów. I okaże się, że nasze wrażenia są zbieżne. Lub kontr- zbieżne.
Tradycyjnie laureaci Oscara mają z około 45 sekund na wygłoszenie przemówienia, w związku z tym tekst jest odpowiednio krótki a reszta zależy to od tempa czytania. Czytając szybko można osiągnąć, obserwowany w starych filmach efekt „przyspieszenia”, wynikający z tego, że gdy zarejestrowano 16 klatek, które mają wyświetlić się w ciągu sekundy, a projektor wyświetla ich 24, obraz porusza się o około 30-50% szybciej, co powoduje nienaturalny, „szarpany” ruch ludzi (podpowiedź od AI). Dalej już bez promptera; z głowy, czyli z niczego.
Let the show begin!

Kontrlaudacja
„Jedna bitwa po drugiej” (One Battle After Another”) reż. Paul Thomas Anderson. Obraz nominowany aż w 13 kategoriach, który z tego powodu zapewne otrzyma w tym roku kilka lub kilkanaście statuetek. Tytuł: oryginalny, wzbudza zainteresowanie i skłania do obejrzenia (czytaj: kupienia biletu lub wypożyczenia filmu na jednej z platform streamingowych). I o to chodzi-blockbuster gotowy. Aktorstwo: Leonardo Di Caprio gra jakby nie grał. Rolą nieogarniętego, wiecznie „wczorajszego” Boba Fergusona zrywa z emploi cudownego naturszczyka („Co gryzie Gilberta Grape’a?”), amanta („Titanic”), geniusza („Aviator”), ekscentrycznego milionera („Wielki Gatsby”), twardziela („Zjawa”). Więcej filmów z L. di C. nie pamiętam, żadnego nie żałuję, z wyjątkiem tego. Może to najwyższy poziom sztuki, takie antyaktorstwo, (kontr- aktorstwo?) -nie wiem, ale nie kupuję- przenośni, bo dosłownie to już kupiłem, zwrotów nie przyjmują i tego co się zobaczyło nie da się „odzobaczyć”. Za to szoł kradnie Szon. Sean Penn (Pułkownik Steven J. Lockjaw), którego rola również z pozoru nie wymaga nic poza zachowaniem kamiennej twarzy i drewnianych ruchów podstarzałego trepa. Choć skądinąd wiadomo, że Sean grać potrafi-vide rola taksówkarza w dramacie „Nocą w Nowym Yorku” (Daddio) w duecie z Dakotaą Johnson jako pasażerką. I tak płynnie przechodzimy do aktorek, które w „Bitwie…” pojawiają się, a jakże! pod imionami: Willa, Perfidia Beverlyhills czy Junglepussy. Muzyka: intrygująca, czasem irytująca, czasem jedno i drugie za to dialogi zdecydowanie irytujące. Może to wina tego, że obejrzałem wersję z dubbingiem, przez co śmiertelnie poważne kwestie brzmiały infantylnie jak z „High School Musical” czy „Scooby Doo” -bez obrazy dla tych sympatycznych filmów.
Film jest wychwalany pod niebiosa za scenariusz, za wartką akcję a ja ciągle nie wiem, o jaką rewolucję w nim chodzi? Czy dlatego, że nie mam pojęcia o rewolucjach, bo jedyna, jaką przeżyłem była aksamitna? A może dlatego, że nie znają się na nich Amerykanie, nazywając rewolucją bunt bogatych, białych właścicieli niewolników z trzynastu kolonii przeciw swemu królowi? A momenty? Były, były, z wyżej wspomnianymi osobami pięknymi, płci żeńskiej, silnymi i dominującymi tak bardzo, że jedna z osób płci męskiej (nie zdradzę która), stwierdza post factum, że została (częściowo z własnej woli) kontr- zgwałcona choć po głębszym namyśle dochodzi do wniosku, że była to po prostu…kradzież nasienia.
Ale dość zanudzania i spojlerowania poza tym czas nagli, w związku z powyższym czas na konkluzję: film mi się nie podobał

Antylaudacja
Często bywa tak, że gdy wydaje się, że to już dno, rozlega się pukanie od spodu. Rekordzista tegorocznej edycji Oscarów, „Grzesznicy” (Sinners) reż. Ryan Coogler, 16 nominacji, IMHO jest jeszcze gorszy niż obie „Bitwy”. Już widzę te pozwy z Proximity Media (wytwórnia) i.Warner Bros. Pictures. (dystrybutor), już słyszę te okrzyki oburzenia:
-Jak to!!! Akademia, krytycy i zachwyceni widzowie nie mogą się mylić!
Przyznam, że pewną część filmu …przespałem, co samo w sobie jest już recenzją i automatycznie dyskwalifikuje mnie z roli krytyka (czyżby? część członków Akademii, która nagrodziła trzema statuetka „Zniewolonego” (12 Years a Slave) na 86. w 2014 przyznała, że filmu… nie oglądała) ale towarzyszka mej ponad dwugodzinnej niedoli, oglądająca film bez mrugnięcia okiem po pojawieniu się napisów końcowych miała identyczne odczucia.
–O tso więc chodzi? Przecież to sprawnie nakręcony film muzyczny, w bajecznie kolorowej scenografii amerykańskiego południa z elementami kina wampirycznego?
Taki „Ragtime”, „Smażone zielone pomidory” i „Abraham Lincoln-łowca wampirów” w jednym. No właśnie! Trzy dobre filmy zmieszane razem nie stają się jednym bardzo dobrym. Pomimo „momentów” (które były, przynajmniej w tej nieprzespanej części). To tak jakby zmieszać „Jacka Danielsa” z jakimś zacnym rumem, równie zacnym ginem i wypić duszkiem. Na zdrowie! 🤮

Mikrolaudacje
Można przecież nakręcić bardzo dobry film muzyczny, który nie ciągnie się jak guma z majtek, lecz w 18 (sic!) minutach zamyka doskonałą treść: „Śpiewacy” (Singers). Powiedzieć coś o tym króciutkim filmie więcej, niż to, że jest świetny byłoby spojlerem jak stąd do Hollywood. Dlatego ograniczę się do listy wyśpiewanych w filmie piosenek:
- „House of the rising sun
- „Unchained melody” z filmu „Uwierz w ducha”,
- jakaś aria operowa
- i dwie inne piosenki.
Kolejność losowa – bez spojlerowania 🤐
Skoro o muzyce mowa to nie można nie wspomnieć o ścieżce dźwiękowej, autorstwa Davida Lopatina do filmu pod oryginalnym tytułem Marty Supreme), polskie tłumaczenie „Wielki Marty”, chyba niepotrzebna aluzja do „Gatsby’ego”. Polskie translacje amerykańskich tytułów to temat na osobną opowieść, dość wspomnieć o „Wirującym seksie” (The Dirty Dancing) czy “Elektronicznym mordercy” (Terminator). Podobno ten ostatni miał wejść na ekrany rodzimych kin pod oryginalnym tytułem, ale któryś z decydentów stwierdził, że „terminator to u szewca” i został „Elektroniczny…” do czego po męsku przyznał się autor tłumaczenia, Konrad J. Zarebski.
Wracając do Marty’ego- nieważne „wielki” czy „najwyższy” -to bardzo dobry film, nominacje w pełni zasłużone. Z przyjemnością obejrzą go wielbiciele talentu Timothée Chalameta i urody Gwyneth Paltrow lub-w zależności od płci i preferencji-urody Timoty’ego i talentu Gwyneth. Które to talenty i urody ściśle się ze sobą splatają. Momentami… Oraz amatorzy tenisa stołowego -kto nie rąbał na długich przerwach i okienkach w ping-ponga? 🏓
Zmęczonym fikcją polecam dokument „Idealna sąsiadka” (The Perfect Neighbor), nominacja w kategorii Najlepszy Pełnometrażowy Film Dokumentalny. Ponad półtorejgodzinny zapis z BWC (body-worn cameras ) funkcjonariuszy nie pozwala oderwać wzroku od ekranu, do ostatniej minuty. 😳
Jedno jest pewne:
-The Oscar doesn’t go to …„Jay Kelly” (reż. Noah Baumbach) z George Clooneyem w roli tytułowej, z prostego powodu – ten znakomity film nie otrzymał żadnej nominacji do Oscara. A powinien, bo to solidne kino, wielki hołd dla Dziesiątej Muzy, niczym „Fabelmanowie” Spielberga i monodram wielkiego aktora („Artysta” 2011).
Film przez wielkie „f”. Nawet pomimo braku „momentów” 😉 🤩
Miłego seansu 🍿
Lew Kinowy
🦁 🎥

Spin-off
Wszystkie wyżej opisane filmy są made in USA nie dlatego że 🇺🇸 najlepsze (zgodnie z gradacją z „Misia” Stanisława Barei:”
–Panie reżyserze kochany, bo ja to pana we wszystkich filmach widziałam, polskich i zagranicznych, i amerykańskich…
a kinematografia z innych części świata nie zasługuje na uwagę. Przeciwnie-rodzima (europejska, polska) produkcja filmowa nie tylko nie ustępuje, ale wyprzedza tę zza Atlantyku, dosłownie i w przenośni. Dość wspomnieć o tym, że pierwszy film w historii, 🇫🇷 „Scenka ogrodu z Roundhay” pochodzi z 1888 roku. A nasz blockbuster wszechczasów- „Znachor’’- zarówno tamten pierwszy, w reżyserii Michała Waszyńskiego z 1937 roku, ów kultowy z 1981 roku autorstwa Jerzego Hoffmana, czy ten najnowszy (2023 ), Michała Gazdy, bijący rekordy popularności na Netflixie?
Czy wreszcie mój faworyt-wielokrotnie nagradzany na Starym Kontynencie oraz nominowany do tegorocznego Oscara w dziewięciu kategoriach 🇳🇴 dramat w reżyserii Joachima Triera „Wartość sentymentalna” (norw. Affeksjonsverdi).
Stare i nowe, małe i wielkie- dobre kino.
Małe kino
Czy pamiętasz małe, nieme kino?
Na ekranie Rudolf Valentino
A w zacisznej loży Ty i ja
Na ekranie
On ją kocha i umiera dla niej
My wierzymy, bośmy zakochani
Dla nas to jest prawda, a nie gra
(…)
„W małym kinie” 1960
wyk. Mieczysław Fogg
tekst Ludwik Starski
muzyka Władysław Szpilman
